HAWAJE
09:25
CHICAGO
13:25
SANTIAGO
16:25
DUBLIN
19:25
KRAKÓW
20:25
BANGKOK
02:25
MELBOURNE
06:25
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 69; Wyspa Tabor
DkG 69; Wyspa Tabor

Juliusz Verne


Henryk Grant nie dał się prosić.
- Moja historja - rzekł - jest taka sama, jak każdego rozbitka, wyrzuconego na bezludną wyspę; każdy z nich czuje, że nie mając na kogo liczyć, chyba na Boga i siebie samego, powinien życia swego bronić przed napaścią żywiołów. Było to nocą z 26- go na 27- my czerwca 1862 r. Britannia, kołatana burzą przez sześć dni, rozbiła się na skałach blisko Marji Teresy. Morze było rozhukane i ratunek niemożliwy. to też cała moja nieszczęśliwa osada zginęła. Tylko ja, oraz dwaj majtkowie, Bob Learce i Joe Bell, dostaliśmy się na brzeg po długich usiłowaniach. Ziemia, która nas przyjęła, była wysepką o dwu milach (angielskich) szerokości i pięciu milach długości; znaleźliśmy na niej około trzydziestu drzew, kilka łąk i źródło świeżej wody, które, szczęściem, nigdy nie wysycha. A choć sam byłem z dwoma tylko majtkami, nie poddałem się rozpaczy; zaufałem w Bogu i postanowiłem walczyć z trudnościami. Moi towarzysze i przyjaciele zarazem pomagali mi całemi siłami. Rozpoczęliśmy od tego samego, od czego rozpoczął Robinson, opisany przez Daniela Foe, jakby dlatego, żeby nam być wzorem: zaczęliśmy zbierać szczątki okrętu. Dostało się nam trochę narzędzi, prochu, broń i worek z ziarnem. Pierwsze dni ciężko nam przyszło przebyć, ale potem polowanie i rybołóstwo ułatwiły nam utrzymanie życia, mnóstwo bowiem było dzikich kóz na wyspie, a na jej brzegach dostatek zwierząt morskich. Powoli uporządkowaliśmy nasze życie. Położenie wyspy znałem doskonale, bo miałem narzędzia, wyratowane z rozbitego okrętu. Wiedziałem więc, że wyspa, na którą nas 1os rzucił, nie leży na drodze okrętów i że chyba nieprzewidziane okoliczności sprowadzą który w nasze strony. Choć mi boleśnie było żyć z dala od drogich mi osób, poddałem się z rezygnacją mej doli, a imiona dwojga moich dzieci wspominałem przy modłach codziennych. Pracowaliśmy wytrwale; zasialiśmy kilka morgów ziemi ziarnem, uratowanem z okrętu; kartofle, cykorja, szczaw zdrowszym uczyniły nasz pokarm codzienny; znalazły się też inne rośliny a kilkoro koźląt łatwo się dało przyswoić, mieliśmy więc i mleko, i masło. Ziarna traw, rosnąc w suchych rozpadlinach, dostarczały chleba dość pożywnego - to też nie troszczyliśmy się o życie materjalne. Zbudowaliśmy sobie domek z materjału po rozbitym okręcie, osłoniliśmy go płótnem, dobrze wysmołowanem - a pod takiem trwałem pokryciem przebyliśmy szczęśliwie porę deszczów. Dopóki trwały, rozważaliśmy niejeden projekt, tonęliśmy w niejednem marzeniu, z których najpiękniejsze spełniło się teraz. Chciałem z początku puścić się śmiało na morze, na łodzi zbudowanej z resztek okrętu; cóż, kiedy najbliższa ziemia, archipelag Pomotu, odległa jest od nas o tysiąc pięćset mil (angielskich). Na taką długą przeprawę nie mogliśmy zbudować łodzi dosyć trwałej. Trzeba się więc było wyrzec tej myśli i zdać się na opiekę Boską. Ach, moje kochane dzieci! Żebyście wiedziały, ileśmy razy spoglądali z wierzchołka tej skały na przestrzenie morskie, czy nie zobaczymy jakiego okrętu! Przez cały czas naszego życia pustelniczego dojrzeliśmy nie więcej niż trzy statki na widnokręgu, które jednak nikły nam z oczu bezpowrotnie. Tak upłynęło półtrzecia roku. Jużeśmy stracili nadzieję, aleśmy nie rozpaczali. Na koniec wczoraj wszedłem znów na najwyższe miejsce wysepki i zobaczyłem lekki dym na zachodzie. Powiększał się - i wkrótce dojrzałem okręt, który zdawał się płynąć prosto ku wysepce. Ale ominie ją z pewnością, pomyślałem, bo tu niema gdzie okręt wypocząć. Ach, co to był za dzień niepokoju! Ze też serce nie rozsadziło piersi! Moi towarzysze rozpalili ogień na jednym ze szczytów Marji Teresy. Noc nadeszła, a z jachtu nie dano znaku, że nasz sygnał dostrzeżono. A jednak stamtąd tylko przyjść mogło nasze wybawienie; czyż i tym razem mieliśmy się zawieść? Przestałem się wahać. Ciemność rosła coraz bardziej, a okręt mógł nocą ominąć wyspę; rzuciłem się więc do morza i podążałem ku niemu. Nadzieja potrajała moje siły i prułem fale z siłą niemal nadludzką. Zbliżałem się do jachtu i już byłem o jakie 30 sążni od niego, gdy zwrócił w inną stronę. Wówczas zacząłem wołać rozpaczliwie. I dzieci moje nie myliły się, utrzymując, że mnie słyszały. Powróciłem na brzeg, wyczerpany wysiłkiem fizycznym i złamany moralnie. Towarzysze moi znaleźli mnie ledwie żywego. Okropna była ta noc ostatnia, spędzona na wyspie! Jużeśmy się mieli za opuszczonych na zawsze, rankiem jednak spostrzegliśmy, że okręt posuwa się małą parą. Spuściliście szalupę na morze... byliśmy ocaleni! Czy to nie miłosierdzie Boże? Dzieci moje biegły ku mnie, wyciągając ręce.



Henryk Grant skończył opowiadanie, pieszcząc i całując swe dzieci. I dopiero wówczas dowiedział się, że ocalenie winien był owemu dokumentowi zagadkowemu, który włożył w butelkę i rzucił na morze w tydzień po rozbiciu się Britanji. Ale o czemże to rozmyślał Paganel podczas opowiadania kapitana? Oto zacny geograf po raz może już tysiączny zastanawiał się nad zagadkowym dokumentem. Teraz właśnie rozważał potrójny jego wykład, zawsze fałszywy. W jakiż sposób wskazana była ta wysepka na owym dokumencie, uszkodzonym przez wodę morską? W końcu Paganel nie mógł dłużej wytrzymać i, chwytając kapitana za rękę, zawołał:
- Kapitanie, powiedzże mi nareszcie, coś napisał w tej twojej depeszy dla nas tak niezrozumiałej?

To zapytanie geografa obudziło ciekawość ogólną, bo spodziewano się na koniec rozwiązania zagadki, nad którą męczono się przez dziewięć miesięcy.
- Czy pamiętasz kapitanie dokładnie wyrazy, które napisałeś? - pytał Paganel.
- Najdokładniej - odpowiedział Henryk Grant - bo nie było dnia, żebym sobie nie powtarzał tego, z czem może jedyna nadzieja naszego ocalenia była związana.
- I jakież to były wyrazy, kapitanie? - pytał z kolei Glenarvan - powiedz je nam, bo nasza miłość własna dotknięta jest do żywego.
- Z całego serca was zadowolę. Ale wiecie, że dla zapewnienia sobie tem lepszej szansy, włożyłem do butelki trzy dokumenty, każdy w innym języku. Któryż mam wam powtórzyć?
- Czy nie są jednoznaczne? - pytał Paganel.
- I owszem z maleńką różnicą.
- To prosimy o tekst francuski - rzekł Glenarvan - woda morska najmniej go zniszczyła i on to głównie był podstawą naszych dociekań.
- Więc powtórzę go, milordzie, słowo w słowo:
„Le 27 juin 1862, le trois- m (ts Britannia, de Glasgow, s`est perdu (quinze cents lieues de la Patagonie, dans l`hemisph (re austral. Port(s ( terre, deux matelots et le capitaine Grant, ont atteint l`ileTabor.
- Aha!! - wtrącił Paganel.
„L( (mówił dalej Grant), continuellement en proie (une cruelle indigence, ils ont jeté ce document par 153° de longitude et 37o 11` de latitude. Venez ( leur secours, ou ils sont perdus.”

Gdy kapitan, czytając słowa dokumentu, wyspę swoją nazwał Tabor, Paganel zerwał się z miejsca - a gdy dokończył, zawołał:
- Jak to Tabor? Przecież ta wysepka nazywa się Marja Teresa!
- Istotnie, panie Paganel, tak oznaczona jest na mapach angielskich i niemieckich, ale na francuskich widnieje, jako wyspa Tabor.

W tej chwili gwałtowne uderzenie pięścią w kark zgięło Paganela we dwoje. To major zapomniał się do tego stopnia.
- Oto mi geograf! - zawołał przy tem z najwyższą pogardą.

Ale Paganel ani odczuł uderzenia, bo czemże ono było w porównaniu z ciosem geograficznym, jaki go dotknął? Paganel, jak objaśniał Granta, i jak to wiedzieliśmy poprzednio, był coraz bliższy prawdziwego znaczenia wyrazów dokumentu. Z kolei to Patagonja, to Australja, to Nowa Zelandja zdawały mu się być wskazane niemylnie; inne wyrazy, ponadgryzane przez wodę morską, wykładał coraz lepiej - tylko ten jeden wyraz „abor” pomieszał mu szyki. Ani mu na myśl nie przyszło, że to ma być „Tabor”. I rzeczywiście trudno było wpaść na ten wyraz, skoro mapy angielskie, które miał pod ręką, nazywały ową wyspę Marja Teresa.
- A jednak nie powinienem był zapomnieć o tej podwójnej nazwie - wołał geograf, chwytając się za głowę. - To błąd nie do darowania, zapomnienie niegodne sekretarza Towarzystwa Geograficznego! Jestem zhańbiony!
- Ależ panie Paganel - rzekła na to lady Helena - miarkuj swą boleść!
- Nie pani, nie! Jestem osioł!
- Ale osioł uczony - zauważył major, chcąc pocieszyć strapionego.

Skończył się bankiet improwizowany. Henryk Grant uporządkował swój domek, pozostawiając w nim wszystkie ruchomości, żeby winowajca, którego miano tu wysadzić, odziedziczył mienie po uczciwym człowieku. Powrócono na okręt. Glenarvan chciał odjechać jeszcze tego samego dnia, kazał więc zaraz przewieźć na ląd kwatermistrza. Przyprowadzony na pokład, Ayrton spotkał się oko w oko z Henrykiem Grantem.
- To ja jestem - rzekł kapitan.
- Widzę - odparł Ayrton, nie okazując najmniejszego zadziwienia - i cieszę się, żeś zdrów, kapitanie.
- Zdaje mi się, Ayrtonie, żem źle zrobił, wysadzając cię nie gdyś na ziemię zamieszkałą.
- Tak się zdaje, kapitanie.
- Więc teraz zajmiesz moje miejsce na tej bezludnej wysepce. Oby cię niebo natchnęło lepszemi uczuciami.
- Amen! - odpowiedział Ayrton spokojnym głosem.

Glenarvan przemówił także do kwatermistrza.
- Więc trwasz, Ayrtonie, ciągle w chęci pozostania na tej wysepce?
- Tak, milordzie.
- Więc posłuchaj moich słów ostatnich. Będziesz tu daleko od każdej innej ziemi, żadnych nie będziesz miał stosunków z ludźmi. Cuda rzadko się zdarzają, zatem nie umkniesz z tej wyspy, na którą cię Duncan przywiózł. Będziesz tam tylko z Bogiem, który czyta w sercach ludzkich, i będzie cię widział; ale nie będziesz zapomniany, nie zginiesz w miejscu nieznanem, jak to było z kapitanem Grantem.

Jakkolwiek nie jesteś godny, aby ludzie pamiętali o tobie, nie zapomną cię oni. Ja wiem, że będziesz tutaj i gdzie cię szukać. Nie zapomnę o tem, Ayrtonie.
- Niech Pan Bóg szczęści Waszej Dostojności! - odpowiedział Ayrton z prostotą.

Taka była ostatnia rozmowa Glenarvana z Ayrtonem. Łódź czekała, kwatermistrz zszedł do niej. John Mangles kazał był już poprzednio przenieść na wysepkę kilka skrzyń z konserwami, odzieniem, narzędziami, bronią i zapasem prochu oraz ołowiu. Mógł więc Ayrton w pracy się odrodzić. Nic mu nie miało brakować, nawet książek, a była między niemi Biblja, którą tak szanują Anglicy. Gdy nadeszła chwila rozłąki, podróżni i cała załoga zebrali się na pokładzie. Niejedno ściskało się serce. Marja Grant i lady Helena nie mogły powściągnąć wzruszenia.
- Czy tak być musi koniecznie? - rzekła lady do męża. - Czyż ten nieszczęśliwy ma tu zostać opuszczony?
- Tak być musi, Heleno - odpowiedział Glenarvan. - Będzie to pokuta!

Łódź odpłynęła pod zarządem Johna. Ayrton, wyprostowany, ciągle zimny, zdjął kapelusz i poważnie kłaniał się pozostałym na jachcie. Glenarvan obnażył głowę, to samo uczynili wszyscy inni, jak to jest zwyczajem czynić wobec umierającego człowieka. Łódź oddaliła się śród milczenia powszechnego.

Gdy przybiła do brzegu, Ayrton wyskoczył na ląd, a czółno odbiło od brzegu. Była czwarta po południu. Z pokładu widać było kwatermistrza ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, stojącego nieruchomo na skale i patrzącego na okręt.
- Czy mamy ruszyć? - spytał John Mangles Glenarvana.
- Tak - odparł krótko lord, by nie okazać wzruszenia.
- Puszczaj parę! - krzyknął John na maszynistę.

Para gwizdnęła, poruszyła się śruba i o ósmej wieczorem ostatnie szczyty wysepki Tabor rozpłynęły się w cieniach nocy.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Nowa Zelandia: Mt. Aspiring NP
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 12; Żegnaj Maui, Witaj Kauai
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl