HAWAJE
15:09
CHICAGO
19:09
SANTIAGO
22:09
DUBLIN
01:09
KRAKÓW
02:09
BANGKOK
08:09
MELBOURNE
12:09
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 68; Krzyk w nocy
DkG 68; Krzyk w nocy

Juliusz Verne


Osada dowiedziała się wkrótce, że zeznania Ayrtona nie wyjaśniły tajemnicy losów kapitana Granta. Zniechęcenie było ogólne, bo liczono bardzo na kwatermistrza, okazało się tymczasem, że Ayrton nie wie nic, co by pozwalało trafić na ślad Britanji.

Nie zmieniono więc kierunku jachtu; należało tylko wybrać wyspę, na której miał pozostać Ayrton. Paganel i John Mangles radzili się map okrętowych. Właśnie pod tym 37° szerokości oznaczona była samotna wysepka, znana pod imieniem Marji Teresy, skalisty punkt, rzucony śród pełnego oceanu, oddalony o 3500 mil od wybrzeży amerykańskich, a o 1500 od Nowej Zelandji. Ku północy ziemie najwięcej zbliżone tworzyły archipelag Pomotu, będący pod opieką Francji; ku południowi zaś było pusto zupełnie aż do wiecznych lodów bieguna południowego. Ani jeden okręt nie przybijał do tej samotnej wyspy, żadne echo świata nie dolatywało do jej wybrzeży; tylko ptaki odpoczywały tam w czasie długich swych wycieczek. Na wielu nawet kartach geograficznych skała ta, otoczona przez fale oceanu Spokojnego, nie była oznaczona.

Nigdzie samotność nie mogła być zupełniejsza, jak na tej wyspie, z dala od dróg uczęszczanych przez ludzi. Wskazano położenie jej Ayrtonowi, a gdy zgodził się na życie tam samotne, skierowano statek ku Marji Teresie. W dwa dni potem o godzinie drugiej marynarz na straży zwiastował bliskość ziemi. Była to Marja Teresa, wyspa zaledwie wynurzona z wody, podłużnym kształtem swym podobna do olbrzymiego wieloryba. Trzydzieści mil angielskich oddzielało ją jeszcze od statku, którego dziób pruł fale z szybkością szesnastu węzłów. Kształty wyspy zarysowywały się zwolna na widnokręgu. Słońce, schylając się ku zachodowi, pełnem światłem uwydatniało kapryśne jej kształty. Kilka niewielkich szczytów błyszczało jaśniej w różnych miejscach wyspy.



O piątej po południu zdawało się Johnowi, że widzi dym, wznoszący się ku niebu.
- Czy to wulkan? - pytał Paganel, który przez lunetę przyglądał się nieznanej ziemi.
- Nie wiem, co myśleć o tym dymie - odpowiedział kapitan. - Marja Teresa jest prawie nieznana; nie należałoby się jednak dziwić, gdyby była pochodzenia wulkanicznego.
- Ależ - mówił Glenarvan - jeżeli powstała wskutek jednego wybuchu, to wolno przypuszczać, że drugi może ją zniszczyć.
- Nie sądzę - odpowiedział Paganel - a rękojmią tego jest istnienie tej wyspy od kilku wieków. Co innego nowe wyspy, na przykład Julja, która ukazawszy się na morzu Śródziemnem, znikła w parę miesięcy potem.
- Jak myślisz, Johnie - mówił Glenarvan - czy przybijemy tam przed wieczorem.
- W żaden sposób. Nie mogę narażać Duncana na zarzucanie kotwicy po nocy przy nieznanym mi brzegu! Podpływać będziemy zwolna, a jutro, o wschodzie słońca, wyślemy szalupę.

0 ósmej wieczorem wyspa, oddalona tylko o pięć mil, widniała, jak cień podłużny i zaledwie widzialny. Duncan przybliżał się ciągle. O dziewiątej dosyć mocne światło, niby ogniska, zabłysło w ciemności i trwało nieruchomo.
- I ten ogień dowodziłby istnienia tam wulkanu - rzekł Paganel, przyglądając się uważnie światłu.
- W tej odległości powinni byśmy słyszeć trzask zwykły przy wybuchu - odpowiedział John - a wiatr wschodni nie przynosi najmniejszego nam odgłosu.
- To prawda - potwierdził geograf - ten wulkan świeci, ale się nie odzywa, można by powiedzieć, że wybucha z przerwami, jak świecą niektóre latarnie morskie.
- Masz pan słuszność - odparł John Mangles - a jednak nie jesteśmy przy oświetlonym brzegu. Ot - zawołał po chwili - i drugi ogień! 1 to na brzegu! Patrzcie, porusza się! Zmienia miejsce!

John nie mylił się. Ukazał się istotnie nowy ogień, który zdawał się to gasnąć, to znów płonąć jaśniej.
- Wyspa zatem jest zamieszkała - odezwał się Glenarvan.
- Zapewne przez dzikich - odpowiedział Paganel.
- W takim razie nie możemy pozostawić na niej Ayrtona.
- W żaden sposób - potwierdził major. - Byłby to zanadto zły podarunek nawet dla dzikich.
- Poszukamy jakiej innej wyspy - rzekł na to Glenarvan, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu wobec uwagi Mac Nabbsa. Obiecałem Ayrtonowi wolność i muszę dotrzymać obietnicy.
- W każdym razie strzeżmy się - dodał Paganel. - Zelandczycy mają zwyczaj oszukiwać okręty ruchomemi ogniami, jak niegdyś mieszkańcy Kornwalji; a mieszkańcy Marji Teresy mogą znać ten podstęp.
- Jutro o wschodzie słońca - rzekł John - będziemy wiedzieli, czego się trzymać.

O jedenastej podróżni i John wrócili do kajut. Na dziobie okrętu przechadzała się po pokładzie straż, na rufie tylko sternik był przy rudlu. Marja i Robert wyszli w tej chwili na pokład. Oparci o poręcz spoglądali smutno na błyszczące fosforycznie morze i smugę światła, ciągnącą się za Duncanem. Marja myślała o przyszłości Roberta, on o przyszłości siostry - a oboje zarazem o ojcu. Czy żyje ten ukochany ich ojciec, czy też trzeba się go już wyrzec? Ale jakże żyć bez niego? Co się stanie z nimi i co by już się stało dotychczas, gdyby nie lord Glenarvan i jego żona!

Chłopczyna, dojrzały pod wpływem nieszczęścia, odgadywał myśli siostry. Ujął ją za rękę i rzekł:
- Mary, nie trzeba nigdy rozpaczać; przypomnij sobie, jak nas uczył nasz ojciec: „Odwaga wszystko zastąpi na ziemi”. Miejmy więc tę odwagę, która go wynosiła nad innych. Dawniej tyś pracowała na mnie; teraz ja na ciebie będę pracował.
- Kochany Robercie! - szepnęła młoda dziewczyna.
- Muszę ci coś powiedzieć - mówił Robert - ale nie będziesz się gniewała, Mary?
- I za cóż miałabym się gniewać, dzieciaku?
- I pozwolisz mi na to, czego pragnę?
- O czem mówisz? - zapytała Marja z niepokojem.
- Siostrzyczko, ja będę marynarzem...
- I rozłączasz się ze mną, Robercie! - zawołała, ściskając rękę brata.
- Tak, będę marynarzem jak nasz ojciec, jak kapitan John. Mary, droga Mary!

Kapitan John nie stracił nadziei, a ty nabierzesz, tak, jak ja, do niego zaufania. On zrobi ze mnie, przyrzekł mi to, dobrego i dzielnego marynarza, a tymczasem będziemy razem szukali naszego ojca. Powiedz, siostrzyczko, że się zgadzasz. Co ojciec zrobiłby dla nas, myśmy powinni, a raczej ja powinienem zrobić dla niego. Moje życie ma jedyny cel, do którego zdążać będzie: szukać ciągle tego, który nie byłby nigdy opuścił żadnego z nas. Kochana Marjo! Jakże dobry był ojciec dla nas!
- A jak szlachetny i wspaniałomyślny - dodała Marja. - Czy wiesz Robercie, że był chlubą naszego kraju i że, gdyby los nie był powstrzymał go w drodze, zaliczono by go do wielkich ludzi.
- Ja miałbym nie wiedzieć o tem! - zawołał Robert.

Marja uścisnęła chłopca, który poczuł łzy jej, spływające mu po czole.
- Mary, kochana Mary - zawołał - niech nasi przyjaciele co chcą mówią, ale ja ciągle mam nadzieję i mieć ja będę! Taki człowiek, jak nasz ojciec, nie umiera, nie dokonawszy tego, co mu było przeznaczone.

Marja nie była w stanie odpowiedzieć, dławiło ją łkanie. Tysiące uczuć budziła w jej duszy myśl, że przedsięwzięte będą usiłowania, by odnaleźć jej ojca, tak wzruszało ją poświęcenie młodego kapitana.
- Więc pan John nie zwątpił jeszcze? - pytała.
- Nie zwątpił siostrzyczko; jest on dla nas bratem i nie opuści nas nigdy. Wszak zgodzisz się, abym i ja stał się żeglarzem i razem z nim poszukiwał naszego ojca.
- I owszem, pragnę tego - odpowiedziała Marja. - Ale w ta kim razie będziemy musieli się rozłączyć!
- Nie pozostaniesz sama, wiem dobrze; mówił mi nasz przyjaciel John, że lady Helena nie puści cię od siebie. Ty, jako kobieta, możesz, a nawet powinnaś przyjąć od niej tę łaskę. Odmówić byłoby niewdzięcznością. Co innego ja. Ojciec mówił nieraz, że mężczyzna sam sobie swój los wywalczyć powinien.
- Co się stanie z naszym kochanym domkiem w Dundee, z którym tyle łączy się wspomnień?
- Zatrzymamy go, siostruniu! Już o wszystkiem pomyślał dobrze to urządził John, z pomocą lorda Glenarvana. Pozostaniesz u lorda, na zamku Malcolm, jak córka.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Pacyfik: Polinezyjskie piękności
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AL 2; Amerykańskie Pogranicze
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl