HAWAJE
18:03
CHICAGO
22:03
SANTIAGO
01:03
DUBLIN
04:03
KRAKÓW
05:03
BANGKOK
11:03
MELBOURNE
15:03
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 65; Skąd się wziął Duncan przy wschodnim brzegu Nowej Zelandji
DkG 65; Skąd się wziął Duncan przy wschodnim brzegu Nowej Zelandji

Juliusz Verne


Daremnie siliłoby się pióro na opisanie uczuć Glenarvana i jego towarzyszów w chwili, gdy wchodzili na pokład i gdy zabrzmiała im w uszach pieśń starej Szkocji. Kobziarz okrętowy wygrywał na kobzie narodowy hymn klanu Malcolma i święcił nim, śród okrzyków osady, powrót lorda na pokład. Glenarvan, John Mangles, Paganel, Robert, nawet major, płacząc, ściskali się wzajemnie. Cieszyli się, jak pozbawieni zmysłów. Geograf, oszalały zupełnie, skakał i celował jak z karabinu nieodstępną swą lunetą do ostatniej łodzi krajowców, dobijającej do brzegu.

Jednak załoga statku, zauważywszy poszarpane odzienie i wynędzniałe twarze podróżnych, dowodzące strasznych cierpień, powściągnęła swoje uniesienia. Nie byli to ci sami podróżni, odważni i promieniejący nadzieją, którzy przed trzema miesiącami ruszyli szukać śladów kapitana Granta, ale jakieś widma. Przypadek sprowadził ich na okręt, którego nie spodziewali się zobaczyć nigdy, ale w jakimże smutnym stanie wycieńczenia i bezsilności!


Glenarvan, zamiast pomyśleć o wypoczynku, o zaspokojeniu gwałtownego głodu i pragnienia, wypytywał Toma, skąd się wziął w tej stronie? Jak się stało, że Duncan nie dostał się w ręce Ben Joycea? Jakimże cudem opatrzność sprowadziła jacht na pomoc uciekającym? Dlaczego? Jakim sposobem? Czemu? Brzmiało mnóstwo jednoczesnych pytań, spadających natarczywie na Toma. Stary marynarz nie wiedział, na co wprzód odpowiadać. Postanowił w końcu słuchać tylko pytań Glenarvana i jemu tylko dawać wyjaśnienia.
- Ależ ci złoczyńcy? - zapytał Glenarvan - coś z nimi zrobił?
- Złoczyńcy? - powtórzył Tom głosem człowieka nierozumiejącego pytania.
- Naturalnie, ci którzy napadli na jacht?
- Co za jacht? - pytał Tom Austin. - Jacht Waszej Dostojności?
- Naturalnie, że mój! I cóż się stało z tym Ben- Joycem, który wszedł na pokład?
- Nie znam wcale Ben- Joycea i nigdy go nie widziałem - odpowiedział Austin.
- Jak to nigdy? - zawołał Glenarvan, zdumiony odpowiedziami marynarza. - Powiedz mi zatem, Tomie, skąd się wziął Duncan przy brzegach Nowej Zelandji?

Jeżeli wszyscy świeżo przybyli na statek nie mogli pojąć zdziwienia starego marynarza, to jakież było ich samych zdziwienie, gdy odpowiedział spokojnym głosem:
- Z rozkazu Waszej Dostojności.
- Z mego rozkazu? - zapytał Glenarvan.
- Nie inaczej, milordzie, zastosowałem się do instrukcyj, zawartych w liście pańskim z dnia 14- go stycznia.
- W moim liście? W moim liście? - powtarzał Glenarvan.

Dziewięciu podróżnych, otoczywszy Toma Austina, pożerało go wzrokiem. Więc list, pisany nad brzegiem Snowy, doszedł na pokład Duncana?
- Wytłumacz mi to - nalegał Glenarvan - zdaje mi się, że śnię. Więc odebrałeś list.
- Tak jest, list od Waszej Dostojności.
- W Melbourne?
- W Melbourne, w chwili, gdym kończył naprawę statku.
- Jakiż to list?
- Pisał go ktoś inny, ale jest podpisany ręką Waszej Dostojności.
- Dobrze. Ten list przyniósł ci zbieg złoczyńca, nazwiskiem Ben- Joyce.
- Bynajmniej, przyniósł mi go majtek nazwiskiem Ayrton, kwatermistrz statku Britannia.
- Ayrton czy Ben- Joyce, to jeden i ten sam djabeł. Cóż było w tym liście?
- Rozkaz natychmiastowego opuszczenia Melbourne i krążenia u wschodnich wybrzeży.
- Australji! - zawołał Glenarvan z taką pewnością, że zmieszał starego marynarza.
- Australji? - powtórzył Tom, otwierając szeroko oczy. - Ależ nie, Nowej Zelandji!...
- Australji, Tomie, Australji - zawtórowali jednogłośnie towarzysze Glenarvana.

Twierdzenie, wypowiedziane z taką pewnością, zakłopotało Toma. Przypuszczał, że być może omylił się istotnie, czytając list. Czy to jednak możliwe, by on, tak akuratny i baczny marynarz, do tego stopnia się pomylił? Zaczerwienił się więc i zmieszał.
- Uspokój się, Tomie - mówiła lady Helena. - Bóg tak chciał widocznie.
- O nie, niech Wasza Dostojność wybaczy - mówił Tom - ale to niepodobna! Ja nie omyliłem się. Ayrton czytał list tak, jak i ja go czytałem, i on to właśnie chciał koniecznie, abym płynął wzdłuż brzegów Australji!
- Ayrton? - zawołał Glenarvan.
- On! Utrzymywał, że to była pomyłka, że Wasza Dostojność kazał mi stanąć w zatoce Twofold.
- Czy masz list, Tomie? - zapytał major, zaintrygowany do najwyższego stopnia.
- Mam, panie Mac Nabbs, i pójdę go poszukać.

Pobiegł do swej kajuty na dziobie okrętu. Podczas jego nieobecności spoglądano na siebie w milczeniu; major tylko, wpatrzony w Paganela, odezwał się, zakładając ręce:
- Przyznaj, Paganelu, że to trochę za wiele!
- Co? - mruknął geograf. Zgarbiony i w okularach na nosię wyglądał jak olbrzymi znak zapytania.

Austin powrócił z listem, pisanym przez Paganela, a podpisanym przez Glenarvana.
- Czytaj, milordzie - mówił stary marynarz.

Glenarvan czytał, co następuje:
„Polecam Tomaszowi Austin, aby bezzwłocznie wypłynął na morze i doprowadził Duncana, trzymając się zawsze 38- go stopnia szerokości, do wschodniego wybrzeża Nowej Zelandji”.

- Nowej Zelandji! - krzyknął, podskakując, Paganel.

I uchwyciwszy list z rąk Glenarvana, przetarł oczy, poprawił okularów i czytał od początku.
- Nowej Zelandji! - rzekł głosem, dowodzącym niezmiernego przygnębienia i upuszczając list.

W tej chwili poczuł, że ktoś oparł mu rękę na ramieniu, obrócił się zatem i stanął oko w oko z majorem.
- Ot, dzielny Paganelul - mówił major z powagą - szczęście, żeś nie wyprawił Duncana do Kochinchiny.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Australia: Kuranda i Aborygeni
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Ch 8; Kanding, Litang
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl