HAWAJE
01:58
CHICAGO
05:58
SANTIAGO
08:58
DUBLIN
11:58
KRAKÓW
12:58
BANGKOK
18:58
MELBOURNE
22:58
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 55; Przybycie do ziemi, której uniknąć należało
DkG 55; Przybycie do ziemi, której uniknąć należało

Juliusz Verne


To, co Paganel opowiadał o Nowo- Zelandczykach, było prawdziwe; o ich okrucieństwie nie można było wątpić. Niebezpiecznie zatem było wysiąść na ląd. Ale gdyby to niebezpieczeństwo sto razy było większe, trzeba było narazić się na nie. John wiedział dobrze, że trzeba co prędzej opuścić statek, który niedługo już wytrzyma.

Pomiędzy dwoma niebezpieczeństwami, z których jedno było niezawodne, a drugie prawdopodobne, trudno było się wahać z wyborem. Nie można zaś było rozsądnie liczyć na to, że trafi się statek, na który podróżni mogliby się przesiąść. Macquarie zeszedł z drogi, którą płyną okręty, zdążające do Nowej Zelandji. Płyną albo powyżej, do Aucklandu, albo poniżej, do New- Plymouth. A Macquarie uwiązł właśnie pomiędzy temi dwoma punktami, niedaleko pustych brzegów Ika- Na- Maoui. Stolica ta jest niebezpieczna i złego używa rozgłosu. Statki nie lubią do niej się zbliżać; a jeśli je tam wiatr poniesie, to starają się co prędzej od niej oddalić.


- Kiedyż się tam udamy? - spytał Glenarvan.
- Jutro z rana o 10- ej - odpowiedział John - zacznie się przypływ, który poniesie nas ku ziemi.


Nazajutrz, 5- go lutego, o ósmej godzinie z rana budowa tratwy była skończona. John zwrócił całą troskliwość na jej urządzenie. To, co było dostateczne do przewiezienia kotwic, nie mogło być dobre dla podróżnych i zapasów, które z sobą wziąć mieli. Trzeba było coś mocnego, dającego się kierować i zdolnego wytrzymać na morzu podczas dziewięciomilowej przeprawy. Trzeba było użyć do tego masztów. Wilson i Mulrady jęli się roboty. Wiązania masztów u dołu rozebrano, a wielki maszt, ścięty siekierą, rozbił padając prawą burtę brygu. Macquarie wyglądał ogołocony z masztów, jak ponton. Pospuszczano na wodę popiłowane bale, powiązano je silnie, a w przedziałach spodu umieszczono próżne baryłki, żeby pomogły całej konstrukcji do unoszenia się na wodzie.

Na tym pierwszym pokładzie Wilson ułożył drugi, nieścisły, żeby się woda na nim zatrzymywać nie mogła, gdyby fale zalewały, i żeby podróżni nie potrzebowali stać w wodzie. Zrobiono wreszcie z czego się dało rodzaj obramowania tratwy, żeby ją uchronić od napływu fal większych. Wiatr zapowiadał się pomyślny tego ranka; John więc kazał postawić w środku maszt niewielki i przywiązać do niego żagiel. Szeroka drygawka, umieszczona na tyle tratwy, miała służyć do kierowania nią, jeśliby wiatr nadał jej szybkość odpowiednią. Taka tratwa mogła przy sprzyjających okolicznościach oprzeć się zwykłym falom morskim; ale czy wytrzyma, czy da się kierować, jeśli się wiatr odwróci? To wielkie pytanie.

O dziewiątej rozpoczęto ładowanie.
Przede wszystkiem umieszczono żywności tyle, żeby jej starczyło aż do Aucklandu, bo nie było co liczyć na znalezienie czegoś na tej niewdzięcznej ziemi. Niewielkie były to zapasy. Reszta solonych mięsiw, które zabrano z sobą, wsiadając na Macquarie, i mało co więcej. Musiano pomnożyć to sucharami okrętowemi i dwoma baryłkami ryb solonych, czem Olbinet był bardzo zgorszony. Wszystkie prowizje umieszczono w skrzynkach, które zamknięto hermetycznie, żeby się do nich woda morska nie dostała, i dobrze przywiązano do masztu na tratwie. W suchem też miejscu złożono broń i amunicję, bo szczęściem karabinów i rewolwerów nie brakowało.

Wzięto też mniejszą kotwicę na przypadek, gdyby się nie dało dosięgnąć brzegu za jednym przypływem morza i trzeba było wyczekać na drugi. O dziesiątej zaczęło morze przybierać, wiatr dął północno- zachodni, więc przyjazny dla podróżnych; falowanie też morza było niewielkie.
- Czyśmy gotowi? - zawołał John Mangles.
- Najzupełniej, kapitanie - odpowiedział Wilson.
- A więc siadajmy.

Lady Helena i Marja zeszły na tratwę po drabinie ze sznurów i zajęły miejsce przy maszcie, na skrzyniach z zapasem żywności; inni umieścili się naokoło. Wilson jął się drygawki sterowniczej, John stanął przy żaglu, a Mulrady odciął linę, przytrzymującą tratwę przy brygu. Rozwinięto żagiel i tratwa powoli ruszyła z prądem wody ku brzegom. Do brzegu było około dziewięciu mil angielskich. Przestrzeń tę przebyłoby we trzy godziny dobre czółno, ale nie tratwa. Jeśli wiatr dotrwa, to może za jednym przypływem morza dałoby się dobrnąć do lądu; gdyby jednak ustał, to odpływ porwie statek znów ku morzu i trzeba będzie zapuścić kotwicę, a i czekać na nowy przypływ. Była to sprawa dosyć kłopotliwa dla Johna.

Miał jednak nadzieję, że się podróż uda od razu. Wiatr dął silnie, a że morze miało jeszcze przez kilka godzin przybierać, około trzeciej można by dotrzeć do brzegu. Jeśli nie, to trzeba będzie czekać. Początek drogi był pomyślny. Wierzchołki skał i ławic ginęły pod wodą, wzbierającą coraz więcej; trzeba było wielkiej baczności i nie mniejszej zręczności, by nie potrącić o te ukryte zawały statkiem niedołężnym, niedającym się łatwo i nagle skierować. Już nadeszło południe, a jeszcze pięć mil dzieliło tratwę od brzegu. Powietrze było dosyć jasne i można było widzieć ważniejsze wyniosłości na ziemi. Od północno- wschodu zarysowała się góra 2500 stóp wysokości. Góra ta posiadała kształt dziwny; jakby skrzywiony profil małpiej twarzy, osadzony na wygiętej szyi. Była to Pirongia, góra leżąca na samym trzydziestym ósmym równoleżniku, jak wskazywała mapa.

O wpół do pierwszej Paganel zauważył, że wszystkie skały skryły się już pod wodę.
- Wyjąwszy jednej - rzekła lady Helena.
- Której, pani? - zapytał Paganel.
- Oto tej - odparła lady Helena, wskazując punkt czarny w odległości mniej więcej mili.
- To prawda! - rzekł Paganel. - Uważajmyż dobrze, gdzie ona leży, żeby o nią nie uderzyć, gdy się schowa pod wodę.
- Leży zupełnie na wprost północnego krańca góry; Wilsonie, uważaj, aby ją ominąć.
- Dobrze, kapitanie - odparł Wilson, napierając na drygawkę z całych sił.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Papua NG: Ludzie Sepiku
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 12: 04`06; Gambia, Senegal, Gwinea Bissau
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl