HAWAJE
09:22
CHICAGO
13:22
SANTIAGO
16:22
DUBLIN
19:22
KRAKÓW
20:22
BANGKOK
02:22
MELBOURNE
06:22
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 52; Skały
DkG 52; Skały

Juliusz Verne


W tej chwili Will Halley zrozumiał na koniec niebezpieczeństwo, ale stracił głowę. Jego majtkowie, na pół tylko roztrzeźwieni, nie mogli zrozumieć rozkazów; wreszcie wyrazy jego nie trzymały się jedne drugich - a sprzeczność rozkazów świadczyła, że ogłupiałemu pijakowi brakło zimnej krwi. Zdziwił się, że ziemia tak blisko, gdy tymczasem sądził, że jeszcze do niej bardzo daleko. Był to rutynista i nic więcej; to też nie umiał sobie radzić, gdy go fala spędziła z drogi, którą zazwyczaj przebywał.

Nagłe manewry Johna oddaliły statek od skał podwodnych; ale Mangles nie znał położenia - a być mogło, że jest otoczony wieńcem skał. Niech się statek zanurzy przodem lub tyłem, a może dostać do gruntu. Istotnie dał się słyszeć łoskot z prawej strony dzioba i znów trzeba było zażyć wiatru, żeby się od tego miejsca oddalić. John jął się znów steru i pokierował przód statku inaczej, ale spostrzeżono, że i tu są skały; należało ponownie oddalić się od nich. Trudna to była sprawa ze statkiem źle zbudowanym w chwili, gdy jego żagle były spuszczone. Ale trzeba było próbować. Nowy obrót statku znów powiódł go ku skałom i wkrótce zobaczono pieniące się wały morskie. Była to chwila niewypowiedzianego niepokoju. Na falach połyskiwała piana.



Można by powiedzieć, że wystąpiło na nich nagle zjawisko fosforescencji. Morze ryczało, jakby obdarzone głosem, który w starożytności mitologja pogańska przypisywała jego skałom, branym za istoty żywe. Wilson i Mulrady, nachyleni nad kołem sterowem, napierali na nie całą siłą. Niemniej spód statku otarł się o dno morskie.

I w tej chwili dało się czuć uderzenie - statek wpadł między skały, ogromny bałwan podbił go od spodu, popchnął jeszcze dalej, a usuwając się, zmusił do spadnięcia całym ciężarem. Pękły wiązadła, trzymające maszty, statek zachwiał się kilkakrotnie i stanął nieruchomy, pochyliwszy się na prawy bok pod kątem jakich trzydziestu stopni.

Szyby w baraku rozprysły się w kawałki. Podróżni wyskoczyli na pokład, ale nie mogli na nim pozostać bez niebezpieczeństwa, bo fale zamiatały pokład od końca do końca. John wiedział, że statek silnie osadzony jest na ławicy piasku; żądał więc, by weszli na powrót do baraku.
- Powiedz mi całą prawdę, Johnie! - pytał spokojnie Glenarvan.
- Prawdą jest, żeśmy osiedli na mieliźnie, ale nie zatoniemy. Czy bałwany nie rozbiją statku, to inne pytanie; ale mamy czas radzić sobie.
- Teraz jest północ.
- Tak milordzie, trzeba czekać do rana.
- Czy nie można spuścić czółna na morze?
- Niepodobna na taką falę i w taką ciemnicę. A zresztą, w którem miejscu przybić lądu?
- A więc pozostańmy tu aż do dnia.

Tymczasem Will Halley biegał po pokładzie jak szalony. Majtkowie jego, wyszedłszy z osłupienia, rozbili baryłkę wódki i zaczęli pić. John przewidział, że gdy się popiją, to może przyjść do scen okropnych. Nie można było spodziewać się, że ich powściągnie ich dowódca. On załamywał ręce i targał sobie włosy, myśląc tylko o ładunku, który nie był zabezpieczony.
- Zgubiony jestem, zrujnowany! - wrzeszczał, biegając od burty do burty.

John nie myślał go pocieszać; kazał się uzbroić swym towarzyszom i być w pogotowiu do odparcia napaści majtków, którzy pijąc, okropnemi miotali przekleństwy.
- Pierwszy z tych nędzników - rzekł zimno major - padnie trupem jak pies, jeśli się tylko zbliży do baraku.

Majtkowie, spostrzegłszy te przygotowania do przyjęcia ich, jak należy, pokręcili się więc w pewnej odległości, jakby badając, czy nie da się co porwać, po czem zniknęli. John nie zajmował się więcej nimi. Czekał tylko dnia niecierpliwie.

Statek był zupełnie nieruchomy; morze uspokoiło się, wiatr przycichał; mógł więc statek wytrzymać przez pewien czas. - Gdy słońce wzejdzie - myślał sobie John - trzeba będzie przypatrzeć się ziemi. Jeśli się okaże, że wylądowanie jest łatwe, to jedyne czółno, jakie jeszcze pozostało, musi przewieźć na brzeg wszystkich. Trzeba będzie odbyć trzy podróże co najmniej, bo na czółnie zmieszczą się tylko cztery osób. Co za szkoda, że fala porwała drugie, większe czółno!

Tak rozmyślając o położeniu, John nasłuchiwał odgłosu fal, bijących o skały - ale daremnie chciał okiem przebić ciemności. Starał się odgadnąć, jak daleko jest do tej ziemi tak pożądanej i tak strasznej zarazem. Ławy skaliste ciągną się niekiedy o kilka mil od brzegu; czy takie liche czółno, jak to, na które liczyli, wytrzyma dłuższą przeprawę?

Gdy tak John rozmyślał, błagając chmurnego nieba o odrobinę światła, inni podróżni, ufni w jego słowo, spoczywali. Nieruchomość brygu poręczała im spokój kilkogodzinny. Nie słysząc już krzyków osady, upojonej widać na dobre, czerpali siły we śnie dorywczym. O pierwszej po północy głęboka cisza zapanowała na statku, który także spał na piaskowem łożysku. Gdy o czwartej z rana ukazały się pierwsze oznaki nadchodzącego dnia, oświetlając blado- ciemne tło chmur, John wyszedł na pokład. Na widnokręgu wisiała zasłona mglista; z pomiędzy wyziewów porannych wyzierały zarysy niepewne, ale na znacznej jeszcze wysokości. Morze bałwaniło się lekko przy statku; dalej fale zlewały się z chmurami widnokręgu.

John czekał. Światło wzrastało stopniowo i widnokrąg zaczął się rumienić. Wierzchołki czarne skał ukazały się nad falami; na wodzie spienionej zalśniła nitka świetlna; wyżej w jednym punkcie trysnęła jasność, jakby aureola ogniska, jeszcze ukrytego. I ukazała się ziemia o jakie dziewięć mil (angielskich).
- Ziemia! - zawołał Mangles.

Zbudzeni tym okrzykiem towarzysze wybiegli na pomost i patrzyli w milczeniu w stronę rozjaśnionego widnokręgu - bo ten ląd gościnny, czy wrogi, miał być teraz miejscem ich schronienia.
- Gdzie jest Will Halley? - zapytał Glenarvan.
- Nie wiem, milordzie - odpowiedział John.
- A jego majtkowie?
- I oni gdzieś zniknęli.
- Zapewne leżą gdzie bez duszy upici - dodał major.
- Trzeba szukać - mówił Glenarvan - przecież nie można zostawić ich na tym statku.

Mulrady i Wilson zajrzeli do kajuty, zeszli pod pomost, nawet pod dolny pokład - i w parę minut wrócili, mówiąc, że żywej duszy nie znaleźli.
- Jak to, nikogo? - pytał Glenarvan.
- Czyżby powpadali w morze? - wtrącił Paganel.
- Wszystko to być może - rzekł John, zakłopotany tem zniknięciem osady statku.

Potem, zwracając się ku rufie, rzekł:
- Idźmy do czółna.

Wilson i Mulrady poszli za nim, żeby spuścić czółno na wodę. Czółna nie było.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Hawaje: Big Island
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

IND 9; McLeod Ganj
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl