HAWAJE
19:50
CHICAGO
23:50
SANTIAGO
02:50
DUBLIN
05:50
KRAKÓW
06:50
BANGKOK
12:50
MELBOURNE
16:50
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 50; Przeszłość kraju, do którego się jedzie
DkG 50; Przeszłość kraju, do którego się jedzie

Juliusz Verne


Nazbierawszy przez pięć miesięcy mnóstwo ciekawostek, roślin krajowych, okazów etnograficznych i etnologicznych, nadał Cook 31- go marca swoje imię cieśninie, rozdzielającej dwie wyspy, i opuścił Nową Zelandję. W późniejszych podróżach miał znów do niej powrócić. Istotnie, w 1773 roku znakomity ten żeglarz zawinął ponownie do zatoki Hawkesa i był świadkiem kanibalizmu (ludożerstwa) mieszkańców, za którego wywołanie spada zarzut na jego towarzyszów. Oficerowie Cooka znaleźli na brzegu członki rozszarpanego młodego krajowca, sprowadzili je na okręt, „kazali je ugotować” i dali dzikim, którzy je z żarłocznością połknęli. Niegodna to igraszka, żeby stać się kucharzami uczty ludożerczej. Podczas trzeciej swej podróży odwiedził Cook jeszcze raz te wyspy, które szczególniej lubił i pragnął dopełnić ich obrazu hydrograficznego; opuścił je po raz ostatni 25- go stycznia 1777 roku.

Vancouver w 1791 r. zatrzymał się przez 20 dni w zatoce Ciemnej, nic nie zyskawszy dla nauk przyrodniczych ani geografji. DEntrecasteaux zdjął w 1793 plan długości 25- cio milowej ze strony północnej Ika- Na- Maoui. Kapitanowie statków handlowych: Hausen i Dalrympe, potem Baden, Richardson, Moody zjawiali się tam na krótko; dr. Savage, podczas pięciotygodniowego tam pobytu, nazbierał ciekawych szczegółów, tyczących się życia Nowo- Zelandczyków.




Było to w roku 1808, kiedy rozumny Doua- Tara, synowiec wodza w Raszgui- How, wsiadł na pokład okrętu Argo, stojącego w zatoce Wysp, pod kapitanem Baden. Jeśli się między Maorysami zjawi jaki Homer, to mu pięknego przedmiotu dostarczą losy Doua- Tara; doznał on niemało nieszczęść, niesprawiedliwości, złego obchodzenia się. W zamian za swe usługi otrzymywał biedny dziki wszystko złe: nie dotrzymywano mu słowa, więziono go, bito. Cóż za pojęcie musiał on wyrobić sobie o ludziach, pragnących uchodzić za cywilizowanych? Powieziono go do Londynu, kazano mu być majtkiem najniższego stopnia, popychadłem całej osady. Byłby umarł z trudów, gdyby nie wielebny Marsden. Misjonarz ten zajął się dzikim młodzieńcem, widząc w nim sąd zdrowy, charakter mężny, słodycz, wdzięk i łagodność. Za staraniem Marsdena dostał dziki kilka worków zboża i narzędzia do uprawy ziemi w swej ojczyźnie: ukradziono mu to wszystko. I znów nieszczęścia i cierpienia zwaliły się na biednego Doua- Tara; dopiero w 1814 r. powrócił do ojczyzny. Owoc tylu przejść i doświadczenia stracony był przez śmierć jego w 28 roku życia, właśnie, gdy się brał do przekształcenia krwiożerczej Zelandji. Cywilizacja opóźniła się tam niezawodnie o wiele lat wskutek tego nieszczęścia, bo nic nie zastąpi człowieka rozumnego i dobrego, w którego sercu złączyła się miłość dobra z miłością ojczyzny.

Do r. 1816 zaniedbano Nową Zelandję. W owej epoce Thampton, w 1817 Lidiard Nicholas, w 1819 Marsden przebiegali częściowo te wyspy, a w 1820 Ryszard Cruise, kapitan z 84- go pułku piechoty, przebywał tam przez dziesięć miesięcy, które wiele znaczyły dla poważnych badań nad obyczajami stron tamtych. W 1827 r. Duperrey, dowódca statku La Coquille, spoczywał w zatoce Wysp przez dwa tygodnie i był zadowolony ze stosunków z krajowcami. W 1827 angielski statek wielorybniczy, Mercury, musiał się bronić przed rabusiami i mordercami; a jednak tego samego roku kapitan Dillon, podczas dwukrotnych swoich odwiedzin gościnnie był przyjmowany za każdym razem. W marcu tego samego roku 1827 sławny Dumont dUrville, dowódca okrętu Astrolabe, przepędził bezkarnie, acz bezbronny, kilka dni na lądzie między krajowcami; zamieniał z nimi podarunki i pieśni, sypiał w ich chatach i pracował bez przeszkody nad zdejmowaniem planów, z których powstały w zakładach marynarki piękne mapy. Tymczasem zaraz roku następnego przybyły w tamte strony bryg angielski Hawes pod kapitanem John Jamesem, który zbliżył się do zatoki Wysp i zwrócił się ku przylądkowi wschodniemu, wiele ucierpiał od zdradliwego naczelnika krajowców, Enararo. Wielu z osady okropną zginęło śmiercią.

Z tych sprzecznych z sobą wypadków, z tych przejść od łagodności do barbarzyństwa trzeba wnosić, że okrucieństwo Nowo- Zelandczyków często bywało tylko odwetem. Dobre lub złe stosunki zależały od dobrych lub złych dowódców europejskich. Zdarzały się zapewne ze strony krajowców napady bez powodu; ale częściej była to zemsta, wywołana przez postępowanie Europejczyków, i na nieszczęście spadała kara najczęściej na tych, którzy na nią nie zasłużyli. Po dUrvilleu dopełnił etnografji stron tamtych zuchwały badacz, który ze dwadzieścia razy obiegł ziemię; ten koczownik, cygan naukowy, to Anglik Earle. Zwiedzając nieznane okolice dwu wysp, nie miał powodu osobistego do żalenia się na krajowców, ale bywał często świadkiem scen ludożerczych. Nowo- Zelandczycy pożerali się wzajemnie ze wstrętną rozkoszą. To samo dostrzegł w 1831 r. kapitan Laplace podczas spoczynku swego w zatoce Wysp. Bitwy bywały tam wówczas straszniejsze, niż poprzednio, bo dzicy z dziwną dokładnością umieli już posługiwać się bronią ognistą. To też okolice Ika- Na- Maoui, kwitnące dawniej, zmieniły się w głęboką pustynię. Całe plemiona zniknęły, jakby trzoda baranów, upieczone, zjedzone. Daremnie misjonarze usiłowali pokonać tę skłonność krwiożerczą. Od 1808 r. towarzystwo Church Missionary wysyłało najzręczniejszych ajentów - bo tak najwłaściwiej ich nazwać - do głównych stacyj na północnej wyspie; barbarzyństwo jednak krajowców zmusiło misjonarzów do zaniechania swego posłannictwa. Dopiero w 1814 r. Marsden (opiekun Doua- Tary), Hali i King, wylądowawszy w zatoce Wysp, nabyli od naczelników dwieście akrów gruntu za dwanaście siekier żelaznych i założyli tam siedlisko misji anglikańskiej. Trudno szło z początku; ale przynajmniej życie misjonarzów uszanowali krajowcy, przyjmowali od nich naukę i pomoc, a kilku bardzo srogich złagodniało. Nawet wdzięczność rozbudziła się w tych sercach nieludzkich; do tego nawet przyszło, że w 1824 roku bronili krajowcy swoich „ariki”, jak nazywali misjonarzów, przed gwałtami ze strony nieokrzesanych majtków, którzy ich lżyli i traktowali brutalnie. Tak więc misje rozwijały się z biegiem czasu, pomimo obecności zesłańców, zbiegłych z Port Jackson i demoralizujących krajowców. W 1831 r. Dziennik Misyj Reformowanych ogłaszał o dwu znacznych stacjach misyjnych, z których jedna była w Kidi- Kidi, nad brzegami kanału, wpadającego do zatoki Wysp, a druga w Pai- Hra nad rzeką Kawa- Kawa. Pod przewodnictwem misjonarzy swoich, krajowcy, nawróceni do chrystjanizmu, poprzebijali drogi przez niezmierne lasy, budowali mosty na strumieniach. Każdy z kolei misjonarz szedł opowiadać naukę cywilizacyjną między odległe pokolenia; budował kaplice z trzciny lub z kory, szkoły dla młodych krajowców, a na dachach tych skromnych budowli powiewał sztandar misyjny, na którym widniał krzyż i słowa: „Rongo- Pai” to jest ewangelja.

Na nieszczęście, wpływ misjonarzy nie sięgał poza ich siedziby - i cała koczująca część ludności wymyka się z pod tego wpływu. Tylko między zyskanymi dla chrześcijaństwa krajowcami ustał kanibalizm - a i tych nie trzeba narażać na pokusy; drga w nich zawsze jeszcze instynkt krwi chciwy. Zresztą wojna zawsze jest chroniczną chorobą tamtych okolic. Zelandczycy nie uciekają przed najazdem Europejczyków, jak zezwierzęceni Australijczycy; opierają się, bronią, nienawidzą najeźdźców, a straszna ich nienawiść zwraca się przeciwko wychodźcom angielskim. Przyszłość tych wielkich wysp zależy od losu. Albo szybko rozwinie się tam cywilizacja, albo głębokie barbarzyństwo przetrwa długie wieki. Oręż postanowi, jak będzie.

W taki to sposób snuła się historja Nowej Zelandji w rozgorączkowanym niecierpliwością umyśle Paganela. Nic przecież w całej tej historji nie było, co by pozwalało te dwie wyspy nazywać lądem stałym. I jeśli niektóre wyrazy dokumentu trapiły wyobraźnię Paganela, to ten jeden wyraz contin zagradzał mu uporczywie drogę nowych domniemań.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Sydney: fascynujące miasto
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AWC 5: Gdzie łóżkiem jest ziemia...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl