HAWAJE
04:37
CHICAGO
08:37
SANTIAGO
11:37
DUBLIN
14:37
KRAKÓW
15:37
BANGKOK
21:37
MELBOURNE
01:37
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Austria » Kraków – Bratysława – Wiedeń – Praga 2006
Kraków – Bratysława – Wiedeń – Praga 2006

Tomasz Rojek


Dzień przed startem był bardzo nerwowy. Wciąż brakowało nam sprzętu, w tym między innymi pary sakw i oświetlenia. Cały czas spędziliśmy w sklepach rowerowych kupując opony lampki, klucze i inne drobiazgi. Zacząłem się zastanawiać jak to się stało, że w wyciecze planowej z niemalże 4 - miesięcznym wyprzedzeniem jest wciąż tyle niedociągnięć...




Na szczęście wszystko załatwiliśmy na czas i dnia 15 lipca cała drużyna punktualnie spotkała się pod Wawelem, skąd odbył się oficjalny wyjazd. Od chwili startu miałem pewne obawy czy damy sobie radę jako zespól, w zasadzie nigdy nie jeździliśmy razem i bałem się, że mogą być pewne różnice kondycyjne.

Pierwszego dnia pomknęliśmy do Pszczyny. Trasa poszła całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że musieliśmy “dotrzeć” świeżo założone bagażniki, sakwy etc. Początkowo dziwnie czuliśmy się z obładowanymi rowerami. Dla mnie nowością była jazda z przyczepką rowerową, z początku jechałem dość niepewnie. Podział ról był z góry ustalony - Janek odpowiadał za trasę, Gutek za żywność (w tym gotowanie), Kacper zajmował się obsługą techniczną naszych rowerów, natomiast ja byłem tragarzem...

Na pierwszy nocleg obraliśmy las w okolicy Łąk nad jeziorem, tuż obok Pszczyny. Po rozbiciu namiotu zabraliśmy się za gotowanie i tu pojawił się problem, nie mieliśmy palnika (o czymś jednak zapomniałem)... Radziliśmy sobie jak mogliśmy i pyszne zupki chińskie jedliśmy z ogniska. Noc upłynęła spokojnie, z samego rana zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Tego dnia dotarliśmy do polskiego Cieszyna. Było już około dwudziestej trzeciej. Szukamy noclegu, najpierw pytamy w pensjonacie – 50 zł od osoby - jesteśmy zdesperowani, ale nie aż tak... W końcu udało się nam znaleźć nocleg na kempingu za niespełna trzydzieści złotych za 4 osoby. Decydujemy się bez wahania, szybki prysznic i do spania.

Kolejne dni upływały spokojnie - mieliśmy optymalnie spakowane sakwy, podobne dystansy zajmowały nam mniej czasu i w końcu można powiedzieć, że “się dotarliśmy”. Zauważam zdecydowaną poprawę tempa jazdy. Nadszedł 20 - ty lipca – znaleźliśmy się w Bratysławie, kilka godzin krążyliśmy po centrum podziwiając starówkę, aż ruszyliśmy w dalszą drogę. Wszyscy bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy zostać dłużej, ale plan jest planem.

Siódmego dnia dotarliśmy do Wiednia. Pierwsza uderzająca rzecz, z jaką się spotkałem, to masa dróg rowerowych. Wymarzone miasto – od tabliczki, do naszego mieszkania w centrum cały czas spokojna jazda ścieżkami dla rowerów. Wieczorne planowanie trasy stanęło na zaplanowaniu dnia wolnego. Pierwszy raz mogliśmy się wyspać do południa. Wieczorkiem dość pobieżnie oglądanie miasta, a wracając załapaliśmy się na grę w piłkę.

Nadeszła niedziela, leniwie wstajemy i ruszamy do sklepu, a tu spotyka nas wielkie rozczarowanie – wszystkie sklepy zamknięte! Z utęsknieniem wspominam wczorajszy serek wiejski z świeżym chlebem, gotując na śniadanie makaron przywieziony z polski, ale co zrobić... Dochodzi godzina 14 i w końcu startujemy, strasznie późno, przeciągaliśmy chyba dlatego, bo w rezultacie nikt nie miał ochoty opuszczać Wiednia. Tego dnia pedałujemy do Czech, późnym wieczorem przekraczamy granice austriacką. Jeszcze tylko szybkie zakupy i pędzimy do Znojmo.

Jest już po północy, a my wciąż szukamy kempingu. W końcu spotykamy pewna Panią, która informuje nas, że kempingu tu nie ma od 2 lat! Chwilę rozmawia z mężem, a następnie proponuje nam nocleg. Nie minęło 10 minut, a my już rozkładamy śpiworki w jednym z pokoi. Jesteśmy naprawdę mile zaskoczeni gościnnością Czechów. Tym razem udało nam się wstać o świcie. Tylko kilka dni dzieli nas od punktu docelowego – Pragi... Z tą świadomością jedzie się dużo łatwiej. Wieczorem Kacper znany z swych kaskaderskich popisów łamie szprychę i zdziera całkiem oponę... Kończy się to wizytą w serwisie, znów mamy pewne opóźnienia, niestety tego nie da się uniknąć.

Kolejne 3 dni upływają nam dosyć spokojnie. Okazuje się, że czasowo stoimy bardzo dobrze w związku z tym jeździmy nieco wolniej. Kolejny dzień jazdy i naszym oczom ukazuje się tabliczka z napisem “Praha”. Każdy z nas czuje ogromną satysfakcję i radość. Z jednej strony mamy świadomość, że wycieczka się kończy, z drugiej strony odnoszę wrażenie, że wszyscy chcemy już odpocząć. Oglądamy ścisłe centrum Pragi, po czym jedziemy na dworzec kupić bilety i tu zaczynają się schody...

Okazuje się, że nie tak łatwo jest wrócić do kraju. Obsługa na dworcu jest kompletnie niedoinformowana. W informacji w każdym okienku dostajemy sprzeczne informacje, raz, że można jechać z rowerem, z kolei później, że nie można. Kompletnie nie wiemy, co robić, na dodatek cena biletu jest przerażająca. W końcu prosimy o kontakt z kierownikiem, który zarzuca nam, że nie jesteśmy doinformowani i nie wiemy, że z rowerami nie wolno przekraczać granicy. Zastanawiam się czy ze mną wszystko w porządku - ja to mam wiedzieć czy pracownicy informacji kolejowej?

W rezultacie tracimy masę czasu i niepotrzebnie szarpiemy nerwy. Na koniec kupujemy w całkiem niezłej cenie bilety do Czeskiego Cieszyna. Podróż przebiega bezproblemowo i obiektywnie szybko, wysiadamy i po niespełna 15 minutach jesteśmy już w Polsce. Przejście przez granice przynosi zdecydowaną ulgę. Było bardzo fajnie, a jednak świadomość faktu, że jesteśmy już w Polsce jest bardzo przyjemna. Do Cieszyna przyjeżdża po nas Ojciec Gutka, pakujemy rowery i jazda. Trzy godzinach później znajdujemy się już w Krakowie...

Całość trwała 12 dni, dystans całkowity to 1034 km. Jechaliśmy cały czas trasami GreenWays, poza momentami, gdzie je gubiliśmy... Podczas wyprawy zaczepiało nas bardzo dużo ludzi, przeważnie sympatycznych i nastawionych pozytywnie. Największe zainteresowanie wzbudzała jedno kołowa przyczepka, która swoją drogą była bardzo pomocna. Koszt całkowity wyprawy zamknął się w granicach 500 zł/osobę (biorąc pod uwagę transport, jedzenie, noclegi). W wyjeździe bardzo pomogły nam firmy: AirBike oraz ExtraWheel, którym za pomoc serdecznie dziękujemy. Ogólnie wyjazd uznałem, za bardzo udany i powoli snuję plany, gdzie pojadę za rok...

Źródło: informacja własna

1


w Foto
® z Krakowa do Wiednia i Pragi
WARTO ZOBACZYĆ

Zamość: perła wschodu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 7; Santa Fe
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl