HAWAJE
01:52
CHICAGO
05:52
SANTIAGO
08:52
DUBLIN
11:52
KRAKÓW
12:52
BANGKOK
18:52
MELBOURNE
22:52
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodniki - Przez Świat III » Rowerem do Arktyki
Rowerem do Arktyki

Przemysław Pawłucki


Rano pada deszcz. Odczekuję aż się trochę przejaśni i zwijam obozowisko, co jak zwykle zajmuje mi dużo czasu. Po 30 minutach docieram do Svolver. Odwiedzam biuro informacji turystycznej i robię zakupy w sklepie. W tym jedynym na Lofotach mieście znajduje się słynna skała rozwidlająca się u góry, coś na kształt rogów. Dlatego też nazywana jest "kozłem". Śmiałkowie wspinają się na nią, a później co niektórzy skaczą z jednego "rogu" na drugi. 600 m poniżej jest cmentarz, gdzie leżą ci, którym się ta sztuka nie udała. Dziwna rozrywka, ale "jest ryzyko - jest zabawa". Nie udaje mi się obejrzeć tej atrakcji, gdyż jej górna połowa ukryta jest w chmurach. Z przystani promem przedostaję się na stały ląd do Skutvik. Żegnam Lofoty, skąpane w deszczu ale przyjazne. Z daleka wyglądają jak jedno nieprzerwane pasmo gór, stąd też często można spotkać się z określeniem "ściana lofocka".

Kolejną przeprawę promową "zaliczam" w Bognes. W ciągu krótkiego rejsu myję się łącznie z głową w promowej toalecie - jedna z nielicznych okazji do darmowego kontaktu z gorącą wodą.

Zbliżam się do Narwiku. Przekraczam zawieszony nad fiordem most, jeszcze kilkanaście kilometrów i jestem w mieście. 7 km przed Narwikiem, w Hakvik, znajduje się cmentarz, gdzie spoczywa 97 polskich marynarzy z niszczyciela ORP "GROM". Warto o tym pamiętać, gdyż zaoszczędzi to zmęczonemu wędrowcowi jadącemu na północ dodatkowych 15 km jazdy. W centrum robię sobie obowiązkowe zdjęcie przy drogowskazie z podanymi odległościami do różnych miast Europy, odwiedzam biuro IT, po czym odnajduję GROMPLASS, gdzie stoi pomnik marynarza-Polaka. Wzruszyłem się, gdy 2,5 tysiąca kilometrów od domu czytam napisy w ojczystym języku. Na koniec rzut oka na panoramę tego typowo portowego miasta i jadę dalej, na północ. Za Bjerkvik, jadąc trasą E6, wspinam się od fiordu na przełęcz (324 m n.p.m.), gdzie przebiega granica dwóch norweskich okręgów. Żegnaj Nordlandzie, witaj Troms. Kilka kilometrów dalej, niedaleko od drogi, tuż nad jeziorem znajduję świetne miejsce na biwak. Tutaj po raz pierwszy zostaję zaatakowany przez komary i latającą plagę północy - małe muszki. Walka z nimi jest beznadziejna, więc pobijam światowy rekord w szybkości rozbicia namiotu. Zażywam obowiązkowej kąpieli w lodowatym jeziorze, do czego zresztą już przywykłem, później jedzonko i lulu.


Laponia

Następnego dnia pierwsza awaria - pęka szprycha w tylnym kole od strony wielotrybu. Wymiana zajmuje mi 15 minut, co zawdzięczam wcześniejszemu treningowi w usuwaniu wszelkich rowerowych "dolegliwości". Na przełęczy w Heia (234 m npm.) mam okazję podziwiać nastawiony na turystów folklor Saamów (Lapończyków). Mężczyźni w granatowych "kubraczkach" i granatowo-czerwonych czapkach oraz kobiety ubrane w ciemno niebieskie suknie obramowane czerwonymi i żółtymi wstążkami sprzedają pamiątki z wielkich wigwamów. Można tu kupić poroże reniferów, ciepłe futra, skóry z namalowaną mapą Norwegii, a jak ktoś bardzo lubi, to nawet wypchanego renifera w całości. Widać jednak, że sezon powoli się kończy, gdyż z wielu wigwamów pozostały już tylko drewniane szkielety.

Jakieś 20 km przed Tromso na parkingu zauważam mikrobus z Polski. Jego właściciel, Marek, odwiózł tydzień temu warszawską grupę na lotnisko, skąd polecieli na Spitsbergen i zostało mu jeszcze kilka dni do ich powrotu. Ponieważ bardzo się nudzi, proponuję mu wspólną podróż do miasta, gdyż mam adres księdza z polskiej parafii w Tromso. Pakuję rower do samochodu i 20 minut później jesteśmy już w centrum, na wyspie. Najpierw odwiedzamy lotnisko. Najbliższy samolot na Spitsbergen jest za dwa dni (latają przez 4 dni w tygodniu). Kupuję bilet i po krótkich poszukiwaniach odnajdujemy dom ks. Andrzeja. Ekstra gość. Przyjmuje nas bardzo serdecznie, proponuje nocleg. Pierwszy raz od ponad miesiąca mogę pogadać po polsku. Pochłaniam ogromną ilość "ludzkiego" żarcia, że aż mi głupio. Następną godzinę spędzam pod gorącym prysznicem, nie mogąc się nacieszyć. Ważę się, jestem 14 kg "do tyłu"; sucharek. Gospodarz proponuje bym wybrał się na pobliską górę Storsteinen skąd można obejrzeć panoramę miasta. Bardzo mi się nie chce, ale się zmuszam, zwłaszcza, że pod wieczór wyjrzało słońce. Jedną z rzeczy, jakiej nauczyły mnie wyprawy, to chwytać okazję. Wiele razy przekonałem się, że się opłaca. Idę przez dzielnice kolorowych drewnianych domków, z których każdy otoczony jest niewielkim ogrodem pełnym kwiatów. W jednym nawet kwitną truskawki (w sierpniu!). Dochodzę do wizytówki miasta - imponującego mostu o długości 1036 m przerzuconego nad cieśniną. Łączy on położone na wyspie miasto ze stałym lądem. Zaraz za nim znajduje się Katedra Oceanu Lodowatego słynąca z niezwykłego witraża. Dochodzę pod stację kolejki linowej wyjeżdżającej na Storsteinen, jednak 40 koron za wyjazd nie dam. Podobno wyjście szlakiem zajmuje 45 min. - ja wybiegam w 15, wzbudzając zazdrość u mijanych osób. Muszę zdążyć zanim słońce schowa się za góry. Udało się. Pstrykam kilka zdjęć i chwilę później po słońcu zostaje jedynie czerwony ślad na niebie. Z góry roztacza się wspaniały widok na wyspę Tromso. Dostrzegam drugi, bliźniaczy most, którym z Tromso można przedostać się na wyspę Kvaloy. Widnokrąg zamykają znajdujące się na niej wysokie, postrzępione góry. Aż chce się żyć. Na dół zjeżdżam kolejką (w tę stronę jest za darmo) wraz z hiszpańską wycieczką. Ci to mają temperament. Przez te kilka minut robią taki zgiełk, że mało nie głuchnę.

Islandia - Longyearbyen

Następnego dnia pomagam polskim siostrom z zakonu Karmelitanek Bosych, które przybyły tu z Islandii, stawiać ogrodzenie budowanego właśnie klasztoru. Wieczorem przepakowuję się (większość rzeczy zostawiam u księży) i rano jadę na lotnisko. Czuję dreszcz emocji, bo marzenia są w zasięgu ręki.

Pada deszcz. Chwilę po starcie samolot linii Braathens SAFE przebija się przez warstwę chmur i wlatuje do krainy słońca. Podczas lotu podają posiłek. Usiłuję przejeść cenę biletu. Co prawda nie udaje mi się, ale będę miał jeszcze jedną szansę. Po tym, gdy zjadłem dziesiątą bułkę, stewardesa boi się już chodzić na tył samolotu, gdzie siedzę. Rozdają napoje, "arktyczne" piwo w puszce, białe i czerwone wino, można brać do woli. W sumie, to w samolocie nie jest tak źle. 75 minut po starcie za oknami pojawił się archipelag Svalbard. Widoki z góry oszałamiające. Nieprzystępny ląd, pokryte śniegiem góry, doliny oplecione siecią rzek. Wszystko jest inne niż to, co do tej pory widziałem. 15 minut później lądujemy w norweskiej osadzie Longyearbyen, która jest stolicą Spitsbergenu. Jest słonecznie, termometr wskazuje +2 stopnie C. Odbieram rower i bagaż. Oglądam jeszcze stojącego w gablocie wypchanego, białego misia (robi wrażenie) i opuszczam lotnisko. Przed wejściem jest drogowskaz z podanymi odległościami do różnych miejsc na świecie - robię pamiątkowe zdjęcie. Jestem z rowerem na 7815N i bardziej na północ już chyba nie będę. Chwilę później kolejna atrakcja - unikalny znak ostrzegający przed białymi niedźwiedziami. Po przejechaniu 4 km jestem w centrum Longyearbyen. W tej małej osadzie można znaleźć niezbędne do życia "instytucje" (poczta, sklepy, hotel itp.). Dookoła widać różnokolorowe domki, wnoszące do tutejszego, surowego krajobrazu wyraźne ożywienie. Niesamowite wrażenie wywiera na mnie górujący nad miastem lodowiec. Patrząc z daleka ma się wrażenie, jakby wpływał na główną ulicę. Odwiedzam pocztę skąd wysyłam 40 pocztówek, później w biurze IT kupuję mapę okolic. Jadę na wschód, na spotkanie z przygodą. Tuż za miastem asfalt się kończy ustępując miejsca bitej drodze. Tutaj naprawdę żegnam cywilizację. Droga prowadząca od miasta kończy się po 14 km. Skręcam w prawo w ostatnią boczną drogę (jest tu kopalnia), później prowadzę rower 200 m w głąb doliny Todalen, gdzie rozbijam namiot. Niegroźnie się zachmurzyło, wkrótce słońce chowa się za górę. Temperatura wyraźnie spada poniżej zera. Przed zaśnięciem usiłuję jeszcze zaprzyjaźnić się z reniferem, który podszedł blisko namiotu. Nie daje jednak podejść do siebie bliżej niż na dwa kroki. Usypiam ufny w łaskawość tego surowego lądu, miejsca, gdzie człowiek jak mało gdzie zdany jest na siły natury.

Pieszo w Arktyce

Rano przechodzę ciężką próbę. Wiele samozaparcia potrzeba, by z cieplutkiego śpiwora wyjść na zewnątrz. Przeżyłem. Na śniadanko gotuję michę ryżu, którą zjadam z kukurydzą z puszki; do termosu robię kawy. Planuję udać się w górę doliny, z zamiarem dotarcia do zaznaczonych na mapie traperskich chat. Podmokły, grząski teren i przecinające od czasu do czasu połowę doliny wielkie zwały luźnych głazów wykluczają jazdę na rowerze. Zostawiam go więc wraz z częścią dobytku w miejscu, gdzie nocowałem. Przypinam na nim kartkę z informacją o terminie planowanego powrotu (ważne!). Zakładam mały plecaczek, dwie sakwy spięte paskiem od spodni przerzucam przez jedno ramię, na drugim umieszczam połączone ze sobą sznurkiem: namiot i śpiwór. Nie mam plecaka, a bardzo by się przydał. Aby zabezpieczyć się przed wilgocią na skarpetki zakładam worki foliowe. Wyruszam. Środkiem doliny prowadzi wielkie koryto rzeczne, które w czasie deszczów czy wiosennych roztopów wypełnia się po brzegi wodą. Obecnie jego dno pokryte jest plątaniną strumieni. Tędy marsz jest najmniej uciążliwy. Stopniowo przedstawia mi się arktyczna przyroda. Widzę kilka rodzajów ubogich, lecz pięknych kwiatów, co jakiś czas natykam się na poroże reniferów lub ich zbielałe czaszki. Wszechobecny jest mech występujący w kilku odmianach, często można zobaczyć grzyby. Idę na przemian korytem rzeki i skrajem doliny. Zaskakuje mnie bogactwo ptaków, których ulubionym zajęciem jest chowanie się za kamienie, by nie dać się sfotografować. Dość szybko powszednieją mi renifery, których widzę całe mnóstwo. Przeważnie leżą sobie w korycie rzeki, niczym się nie przejmując. Dopiero gdy zbliżę się za bardzo, leniwie wstają i odchodzą kilka kroków dalej. Zaczyna pojawiać się śnieg. Częściej jestem zmuszony przekraczać większe strumienie i tylko czekam, kiedy się zamoczę. Jestem coraz bardziej zmęczony. Niesienie niewygodnego bagażu daje jednak "w kość". Od rana (pojęcie względne) niebo jest zachmurzone. Czasem jednak wychodzi słońce, zimne, dające jakąś niepojętą ilość światła. Po czterech godzinach marszu łagodnie pod górę, dochodzę do granicy wiecznego śniegu. Znika mech, znikają kwiaty, pozostają tylko skały, lód i śnieg. Cały czas, podświadomie czuję lęk przed spotkaniem z tutejszym władcą - zwierzęciem wielkim i groźnym, a zarazem tajemniczym. Pocieszam się, że tutaj i o tej porze jest na to znikoma szansa. Niespodziewanie koryto rzeki się zwęża. Dochodzę do kilkumetrowej skarpy, na którą z trudem się wspinam. Wreszcie jest, w oddali widzę chatę. Czuję przypływ nowych sił i raźniej ruszam naprzód. Po bokach, na szczytach gór widać lodowce. Jeden z nich - Svendsenbreen - schodzi małym jęzorem do doliny. Po godzinie dochodzę do domku i tu rozczarowanie - jest zamknięty. Znajdujący się tu termometr wskazuje -9 stopni C. Po drugiej stronie wąwozu widzę dalsze trzy chatki. No cóż, może tam. Mam szczęście, jedna jest otwarta. Wchodzę do przedsionka, a tu kolejne drzwi, zamknięte na klucz. Już myślałem, że przyjdzie mi spędzić noc (?) w korytarzyku ale na półce z żywnością (pełna zup i sosów w proszku, makaronów, ryżu itp.) znajduję klucz. Mam nadzieję, że to dla takich gości jak ja. Wchodzę do środka. Chata fajnie urządzona, jest kuchnia, sypialnia i pokój. Z okna roztacza się wspaniały widok na ośnieżone góry. Przed snem wychodzę jeszcze załatwić "większą potrzebę", co w tych warunkach jest dużą sztuką. Przy okazji zauważam białego lisa, który przygląda mi się z zainteresowaniem. Ciężko go wypatrzyć, gdyż doskonale "zlewa" się z otoczeniem. Jest bardzo zimno, mam przemarznięte nogi. Przebieram się w suche rzeczy i włażę do śpiwora. Wolno, bardzo wolno zaczynam się rozgrzewać. Panuje niczym nie zakłócona cisza, aż "dzwoni" w uszach. Rozmyślam o dzisiejszym dniu, jeszcze raz go przeżywam. Jestem w Arktyce, w miejscu, gdzie człowiek jest naprawdę wolny, gdzie wszystko dookoła należy do ciebie. To, gdzie chodzisz i co robisz, to wyłącznie twoja sprawa. Zasypiam. Tutaj to misiek może mi nagwizdać. Chyba…

Źródło: TravelBit

TravelBit Tekst pochodzi z książki
wydanej przez Agencję Travelland
prowadzonej przez
Centrum Globtroterów TravelBit

 warto kliknąć

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Przewodniki - Przez Świat III
WARTO ZOBACZYĆ

Islandia: pola lodowcowe
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

4P-5: Incahuasi, Cerro de San Francisco, Cerro Pissis
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl