HAWAJE
18:06
CHICAGO
22:06
SANTIAGO
01:06
DUBLIN
04:06
KRAKÓW
05:06
BANGKOK
11:06
MELBOURNE
15:06
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 20; Równiny argentyńskie
DkG 20; Równiny argentyńskie

Juliusz Verne


Po przejściu pierwszej radości, Paganel, Austin, Wilson, Mulrady, słowem ci, którzy pozostali, oprócz jednego może majora, spostrzegli się, że umierają z pragnienia. Na szczęście, Guamini płynęła niedaleko. Puszczono się tedy w drogę i o siódmej z rana cały orszak był już przy ogrodzeniu, do którego wejście zawalone było trupami wilków, świadczącemi o gwałtowności napadu i o dzielności obrony. Wkrótce podróżni, pokrzepiwszy się czystą i smaczną wodą, zasiedli do śniadania, jakiego nigdy może jeszcze to miejsce nie widziało.

Polędwicę ze strusia uznano za wyborną, a mięso pancernika, upieczone w jego własnej skorupie, rozkosznie łechtało podniebienie.
- Byłoby to niewdzięcznością dla Opatrzności, jeść z umiarkowaniem - mówił Paganel - trzeba jeść jak najwięcej.

To też jadł, ile się zmieściło - a jednak nic mu się nie stało, dzięki przeczystej wodzie z Guamini, która mu się zdawała znakomicie do trawienia pomocną. O dziesiątej z rana Glenarvan, nie chcąc powtarzać błędów Hannibala pod Kapuą, dał znak do odjazdu. Zrobiono sobie zapas świeżej wody i pojechano. Konie dobrze posilone, ochoczo stąpały i prawie ciągle drobnym szły galopem. W miarę, jak się zwiększała wilgoć, okolica też była coraz żyźniejsza, chociaż zawsze pusta. Żaden wypadek nie zaszedł w ciągu 2- go i 3- go listopada, a wieczorem podróżni, znużeni już zupełnie trudami długiej podróży, rozłożyli się obozem na samej granicy pampy z prowincją Buenos- Ayres. Ponieważ z zatoki Talcahuano wyjechali 14- go października, przeto w dwudziestu dwu dniach zrobili czterysta pięćdziesiąt mil, to jest prawie dwie trzecie całej drogi.



Na drugi dzień z rana przekroczyli granicę, dzielącą równiny argentyńskie od pampy. Tam to spodziewał się Thalcave spotkać kacyków, w ręku których niepłonną miał nadzieję znaleźć kapitana Granta i dwu towarzyszów jego niewoli. Z czternastu prowincyj, składających Rzeczypospolitą Argentyńską, Buenos - Ayres najobszerniejsza jest i najwięcej zaludniona. Granica jej dotyka do południowych terytorjów indyjskich, pomiędzy sześćdziesiątym czwartym a piątym stopniem. Grunt jej nadzwyczajnie płodny, klimat bardzo zdrowy - a cała ta równina, ciągnąca się poziomo aż do stóp gór Tandil i Tapalquem, pokryta jest obficie trawami i roślinami krzaczasto- warzywnemi.

Od chwili opuszczenia okolic rzeki Guamini, podróżni z wielką radością spostrzegali, że temperatura jest coraz milsza. Średnia jej wysokość nie przenosiła siedemnastu stopni (100 stopniowego termometru), a to dzięki dość silnym i chłodnym wiatrom Patagonji, wciąż poruszającym atmosferę; ludzie zatem i zwierzęta wypoczęli po tylu trudach, wycierpianych wskutek suszy i upału. Z ufnością i zapałem posuwano się naprzód - lecz pomimo wszystkich zapewnień Thalcavea kraj zdawał się wcale niezaludniony, albo raczej wyludniony. Często od strony wschodniej dotykały drogi lub przecinały ją małe laguny, utworzone bądź przez słodkie, bądź przez słonawe wody. Nad ich brzegiem lub pod cieniem krzaków skakały lekkie strzyżyki i śpiewały wesołe skowronki w towarzystwie taugarów, pod względem barw o pierwszeństwo z kolibami walczących.

Miłe te ptaszyny biły żwawo skrzydełkami, nie zważając na szpaki napastnicze, gromadnie latające. Na kolczastych krzakach, jak hamak kreola zawieszone w powietrzu, bujało gniazdo annubisów, a na wybrzeżach lagun stadami przechadzały się wspaniałe czerwonaki, rozwijając swe skrzydła płomiennej barwy! Gniazda ich kształtu stożkowatościętego, wysokie na stopę, w tak znacznej znajdowały się ilości, że tworzyły jakby niewielkie miasteczko. Czerwonaki nie obawiały się bynajmniej podróżnych, z czego Paganel niezupełnie był zadowolony.
- Dawno już - mówił do majora - ciekaw byłem widzieć czerwonaka w locie.
- Więc cóż z tego? - zapytał major.
- To, że ponieważ znajduję obecnie do tego sposobność, chcę z niej korzystać.
- Korzystaj, panie Paganel, ja ci nie bronię.
- Chodź ze mną, majorze, pójdź i ty Robercie - potrzebuję świadków.

I Paganel z Robertem i majorem zwrócili się ku stadu czerwonaków. Zbliżywszy się do nich na niewielką odległość, strzelił prochem, nie mając zamiaru zabić żadnego z tych ptaków; całe stado zerwało się w górę, a uczony geograf przypatrywał się im bacznie przez okulary.
- A co - spytał majora, gdy już stado znikło - czy widziałeś je w locie?
- Przecież nie jestem ślepy - zimno odrzekł Mac Nabbs.
- Czy uważałeś, że w locie podobne są do strzał nasadzonych piórami?
- Bynajmniej tego nie spostrzegłem.
- Ani ja - dodał Robert.
- Byłem tego pewny! - mówił uczony z zadowoleniem. - A jednakże najpyszniejszy ze wszystkich skromnych ludzi, mój znakomity rodak, Chateaubriand, uczynił to nietrafne porównanie! Ach! Bo widzisz, Robercie, porównanie jest to postać mowy najniebezpieczniejsza ze wszystkich; strzeż się jej przez całe życie i używaj chyba w nagłej ostateczności.
- Więc zadowolony jesteś ze swego doświadczenia? - spytał major.
- Jak najzupełniej.
- I ja także; ale wróćmy do naszych koni, bo przez twego znakomitego Chateaubrianda o milę pozostaliśmy za naszymi towarzyszami.

Dopędziwszy towarzyszów, zastał Paganel Glenarvana na żwawej rozmowie z Indjaninem, którego zdawało się, że nie rozumie. Thalcave często się zatrzymywał i bacznie patrzał na widnokrąg, a na twarzy jego malował się wyraz niejakiego podziwienia.

W braku tłumacza, Glenarvan sam usiłował coś od niego się dowiedzieć, ale na próżno; dlatego też, jak tylko spostrzegł Paganela, krzyknął z daleka:
- Pośpieszaj, przyjacielu, bo nie możemy się w żaden sposób zrozumieć.

Paganel przez kilka minut rozmawiał z Patagończykiem, a potem rzekł, zwracając się do Glenarvana:
- Thalcave zastanawia się nad faktem, rzeczywiście bardzo dziwnym.
- Jakimże to?
- Że nie znajduje tu ani Indjan, ani nawet ich śladów na tych równinach, przez które zwykle przechodzą, pędząc bydło skradzione, albo idąc do Andów dla sprzedaży swych wyrobów, a szczególniej biczów ze skóry plecionych.
- I czemuż Thalcave to przypisuje?
- Właśnie, że nie wie, i sam się mocno temu dziwi.
- Ale jakichże Indjan spodziewał się on tu znaleźć w tej części pampy?
- Właśnie tych, u których byli obcy niewolnicy, to jest krajowców, pozostających pod władzą kacyków Kalfukura, Katriel, albo Yanchetruz.
- Cóż to są za ludzie?
- Naczelnicy band, którzy byli wszechwładnymi przed trzydziestu laty, to jest przed wypędzeniem ich poza góry. Od tego czasu poddali się oni o tyle, o ile Indjanin poddać się może - i włóczą się po równinach pampy, lub plądrują prowincję Buenos- Ayres. Dziwię się zatem wraz z Thalcavem, że nie napotykamy żadnego po nich śladu, tu właśnie, gdzie najwięcej trudnią się grabieżą.
- Cóż więc począć mamy? - spytał Glenarvan.
- Zapytam zaraz - odrzekł Paganel - i po krótkiej z Thalcavem rozmowie oświadczył:
- Oto, co nasz przewodnik mówi i co mi się zdaje bardzo rozsądnem. Trzeba iść dalej na wschód, aż do fortu Indepéndance, a tam, jeśli nie otrzymamy wiadomości o kapitanie Grancie, to przynajmniej będziemy wiedzieli, co się stało z Indjanami równiny argentyńskiej.
- A daleko jest stąd do fortu Indépendance? - zapytał Glenarvan.
- Niebardzo; leży on w górach Tandil, stąd nie więcej nad mll sześćdziesiąt.
- Kiedyż tam być możemy?
- Pojutrze wieczorem.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Chile: La Serena, Santiago de Chile
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Bezdrożami do Pekinu
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl