HAWAJE
23:10
CHICAGO
03:10
SANTIAGO
06:10
DUBLIN
09:10
KRAKÓW
10:10
BANGKOK
16:10
MELBOURNE
20:10
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 18; Poszukiwanie wody
DkG 18; Poszukiwanie wody

Juliusz Verne


Jezioro Salinas kończy szereg lagun, wiążących się z górami Ventana i Guamini. Liczne wyprawy przybywały tam dawniej z Buenos- Ayres dla zaopatrzenia się w sól, której wody jego zawierają w sobie znaczną ilość. Lecz w tej chwili woda, ulotniwszy się wskutek nadzwyczajnych upałów, pozostawiła na dnie jeziora tylko ogromne błyszczące zwierciadło soli.

Thalcave, mówiąc o wodzie zdatnej do picia w jeziorze Salinas, miał na myśli wodę rzek do niego wpadających, które jednak teraz, równie jak i ono, wyschły zupełnie. Palące promienie słońca wypiły wszystko. Grono podróżnych ciężko było zasmucone, widząc, że dokuczliwego pragnienia zaspokoić nie będzie mogło. Trzeba się było na coś zdecydować. Reszta wody, dochowanej w workach skórzanych, tak była zepsuta, że w żaden sposób za napój służyć nie mogła. Pragnienie dokuczało straszliwie. Głód i bezsenność niczem były wobec tego uczucia. Strudzeni podróżni znaleźli schronienie pod skórzanym namiotem (rukah), opuszczonym przez dzikich; biedne koniska legły nad brzegami jeziora i ze wstrętem szczypały słone rośliny i wyschłą trzcinę.


Skoro się wszyscy jako tako umieścili w namiocie, Paganel spytał przewodnika, co radzi czynić. Dość długą prowadzili rozmowę, z której Glenarvan kilka zaledwie słów pochwycić zdołał. Thalcave mówił ze zwykłym sobie spokojem; Paganel machał rękami i dowodził za dwu. Po kilku minutach takiej rozmowy, Patagończyk najobojętniej skrzyżował ręce na piersi.
- Co on mówi? - zapytał Glenarvan - jeżeli dobrze zrozumiałem, to zdaje mi się, że radzi, abyśmy się rozdzielili.
- Tak, na dwa obozy - odpowiedział Paganel. - Ci, których konie tak są wycieńczone trudami i pragnieniem, że już dalej iść nie zdołają, niechaj się wloką, jak mogą, ciągle wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika. Inni, mający lepsze konie, wyprzedzając ich na tejże samej drodze, pojadą na poszukiwanie rzeki Guamini, która o trzydzieści mil stąd wpada do jeziora San- Lucas. Jeśli znajdą wodę w dostatecznej ilości, poczekają na swych towarzyszy nad brzegami tej rzeki - jeśli zaś wody brak, w takim razie wyjadą naprzeciw nich, aby im oszczędzić podróży bezużytecznej.
- A wtedy? - zapytał Tomasz Austin.
- Wtedy trzeba się będzie zdecydować na zawrócenie ku południowi i przejechać co najmniej siedemdziesiąt pięć mil, aż do pierwszych rozgałęzień gór Ventana, gdzie rzeki są bardzo liczne.
- Rada jest dobra - powiedział Glenarvan - i powinniśmy posłuchać jej bezzwłocznie. Mój koń niezbyt jeszcze na siłach wycieńczony, ja więc gotów jestem towarzyszyć Thalcaveowi.
- Och! milordzie, weź i mnie ze sobą - prosił Robert, jak gdyby chodziło o miłą przechadzkę.
- Ale czy siły ci pozwolą, mój chłopcze?
- Bądź spokojny, milordzie; koń mój tak ochoczy, że gwałtem rwie się naprzód.
- Dobrze, moje dziecię, dobrze, jedź z nami - odpowiedział Glenarvan rad w duszy, iż nie rozłączy się z Robertem. - Bylibyśmy chyba bardzo niezdarni, gdybyśmy nie zdołali we trzech znaleźć wody świeżej i zdatnej do picia.
- A ja? - spytał Paganel.
- Ty, kochany panie Paganelu - odezwał się major - musisz zostać przy rezerwie. Znasz zanadto dobrze i trzydziesty siódmy równoleżnik i rzekę Guamini, i całą pampę, abyś nas miał opuszczać. Ani ja, ani Wilson, ani Mulrady nie potrafilibyśmy znaleźć przewodnika w punkcie umówionym. Tymczasem śmiało i z zupełnem zaufaniem będziemy postępować pod twą zaszczytną wodzą, dzielny Jakóbie Paganelu.
- Poddaję się okolicznościom - poważnie odrzekł Paganel, zadowolony z objęcia dowództwa.
- Ale strzeż się roztargnień, na miłość Boską - dodał major - nie zaprowadź nas czasem przez pomyłkę tam, gdzie iść nie potrzeba - na wybrzeża oceanu Spokojnego, na przykład.
- Warto by ci to zrobić, nieznośny majorze! - zawołał Paganel z uśmiechem. - Jednakże powiedz mi, kochany milordzie, jak zrozumiesz mowę przewodnika?
- Przypuszczam - odpowiedział Glenarvan - że nie będziemy potrzebowali o niczem mówić. Zresztą, przy pomocy kilku wyrazów hiszpańskich, jakie umiem, w razie nagłej potrzeby może jakkolwiek potrafię się z nim porozumieć.
- Jedź więc, mój zacny przyjacielu - odparł Paganel.
- Zanim to wszakże nastąpi, zjedzmy wieczerzę i spróbujmy snem trochę pokrzepić zmęczone ciało.

Po wieczerzy tem przykrzej czuć się dawał brak wody; udano się na spoczynek. Paganelowi śniły się jakieś wielkie potoki, kaskady, rzeki, rzeczułki, stawy, źródła, a nawet karafki z wodą. Widmo to, jak zmora, ścigało go we śnie.

Nazajutrz o szóstej z rana już konie Thalcavea, Glenarvana i Roberta czekały osiodłane; napojono je resztką wody, którą biedne stworzenia połknęły z chciwością, jakkolwiek wcale nie była świeża, ani smaczna. Trzej jeźdźcy wskoczyli na siodła.
- Do zobaczenia! - zawołali major, Austin, Wilson i Mulrady.
- A starajcie się nie wracać - dorzucił Paganel.

Wkrótce potem Glenarvan, Robert i Patagończyk, nie bez pewnego wzruszenia i żalu, stracili z oczu oddzialik, powierzony przezorności i zręczności uczonego geografa. „Desertio de las Salinas”, przez które obecnie przejeżdżali, była to rozległa płaszczyzna gliniasta, pokryta wynędzniałemi krzewinami wysokości dziesięciu stóp, niewielkiemi mimozami, które Indjanie zowią „curra - mammel” - i pewną krzewiastą rośliną (jume) obfitującą w sodę. Tu i owdzie słońce odbijało się jaskrawo w dużych płytach soli, z daleka wyglądających, jak ogromne bryły lodu: nadawało to pustyni charakter bardzo oryginalny.

Inny całkiem widok przedstawiały góry Ventana o ośmdziesiąt mil dalej na południe, to jest w punkcie, do którego może podróżni byliby zmuszeni dojść, gdyby się przekonali, że rzeka Guamini wyschła. Kraj ten, zwiedzany w 1835 r. przez kapitana Fitz - Roya, dowodzącego wówczas wyprawą fregaty „Beagle”, nadzwyczaj jest żyzny; znajdują się tam najlepsze na całem terytorjum Indjan pastwiska. Północno- zachodnia pochyłość gór pokryta jest bujną trawą i roślinami drogocennemi: pomiędzy innemi znajduje się tam „algar robo”, rodzaj świętojańskiego drzewa, którego owoc ususzony i utarty służy do robienia chleba, przez Indjan dosyć lubionego: „quebracho białe”, o gałęziach długich i giętkich, zwieszonych, jak u brzozy europejskiej; „quebracho czerwone”, o drzewie niezniszczalnem; „nandubay”, drzewo zapalające się z wielką łatwością i będące powodem częstych pożarów; „viraro”, którego kwiaty fiołkowe układają się stożkowato; wreszcie „timbo”, którego wielka korona strzela do 80 stóp w górę, dając pod swemi konarami całemu stadu bydła schronienie przed skwarem słonecznym.

Argentyńczycy po kilkakroć już próbowali rozkolonizować tę bogatą krainę, ale im zawsze przeszkadzała nieprzyjaźń Indjan. Łatwo można było wnosić, że z grzbietu tych gór spływają rzeki bardzo obfite, dostarczające wody potrzebnej do utrzymania takiej urodzajności; i rzeczywiście znajdowały się one, ale w odległości stu trzydziestu co najmniej mil na południe. Thalcave zatem miał słuszność, że dążył najpierw do Gamini, która nie tylko, że znajdowała się najbliżej, ale ponad to nie zwracała podróżnych z ich drogi.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Brazylia: Rio z lotu ptaka
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Nasz patronat: Z Poznania do Cape Town
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl