HAWAJE
11:33
CHICAGO
15:33
SANTIAGO
18:33
DUBLIN
21:33
KRAKÓW
22:33
BANGKOK
04:33
MELBOURNE
08:33
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 41; Boliwia: Żując kokę po raz ostatni
AŁ 41; Boliwia: Żując kokę po raz ostatni

Aleksandra i Marcin Plewka


Ostatni dzień naszego touru. Przed świtem zawożą nas, żebyśmy zobaczyli gejzery i wykąpali się w gorącym źródle. Jest tak zimno, że tylko jakieś 2 osoby decydują się rozebrać i wejść do wody. Tak mijają ostatnie chwile w Boliwii. Wkrótce żegnamy się z częścią naszej grupy, wracają oni z powrotem do Uyuni, a my przesiadamy się do busa, który wiezie nas w stronę chilijskiej granicy.

Na godzinę przed dojazdem do San Pedro de Atacama, pierwszego miasta w Chile, kierowca informuje nas:
- Do Chile nie wolno wwozić żadnych produktów pochodzenia roślinnego, ani zwierzęcego, liści koki, kokainy, ani marihuany. Jeżeli jesteście w posiadaniu tych produktów TERAZ JEST CZAS ŻEBY JE SPOŻYĆ!
Wszyscy buchnęli śmiechem, po czym siedzący za nami Chilijczycy wyjęli torbę z koką i puścili ja w obieg. Autokar żegnał się z Boliwią napychając sobie policzki wysuszonymi, zielonymi liśćmi.

Koka nie ma za bardzo smaku. Jej działanie, przynajmniej jak dla mnie, jest przede wszystkim takie, że budzi, otrzeźwia. Nic specjalnego. Kupiliśmy sobie z Marcinem jeszcze w Peru koszulki, z napisem „Liść koki nie jest narkotykiem. Jest święty.” Nie jest to tylko hasełko - w tej indiańskiej rzeczywistości jest to prawda. „Kokita” jest tutaj wszechobecna. Jeszcze za czasów imperium Inków była domeną arystokracji, prosty lud nie miał do niej dostępu. Później hiszpańscy kolonizatorzy zauważyli, że robotnicy pracują wydajniej, kiedy żują te magiczne liście. Dzisiaj w Peru kokę postrzega się bardziej jako używkę plebsu, wielu białych nią gardzi. W Boliwii większość to Indianie, większość więc też jej używa. Raz widzieliśmy, jak babcia w autobusie zwróciła się z pytaniem do kierowcy, czy nie ma „kokity”, bo jej wnuczka boli żołądek. Koka to instytucja.

Chciałam napisać jeszcze krótko o ludziach. Mówiono nam tylokrotnie, że w Boliwii turysta czuje się jak nieproszony gość, że trudno nawiązać z kimkolwiek kontakt, że nawet sklepikarze są niemili. Zupełnie nie odnieśliśmy takiego wrażenia. Owszem, nie mieliśmy jakiegoś super kontaktu z miejscowymi, przez to, że praktycznie nie funkcjonuje tu hospitality, ale zawarliśmy parę cennych znajomości, jak na przykład z El Flaco, czy z chłopakami ze statku, którym wracaliśmy z selwy. Spędziliśmy też jedną noc w boliwijskim domu w Rurre. Poznaliśmy również trochę lepiej miejscową rzeczywistość dzięki opowieściom polskich misjonarzy.

Spędziliśmy tu więcej czasu niż planowaliśmy, na czym ucierpią Chile i Argentyna. Ale chyba było warto. Zobaczyliśmy najpiękniejsze w całej naszej podróży krajobrazy. Zmarzliśmy na olbrzymich wysokościach i spaliliśmy się w selwie. Przeżyliśmy też cudowną przygodę i uwierzyliśmy, że dotarcie wszędzie, w najbardziej dzikie regiony, jest możliwe. Wyjeżdżaliśmy z pewnym żalem z tego tak egzotycznego dla nas kraju - najbiedniejszego w całej Ameryce Południowej, uskarżającego się ciągle, że jest to spowodowane tym, że Chile zabrało im morze. Morze i koka - są to chyba właśnie dwie główne przyczyny zwycięstwa w wyborach prezydenckich Evo Moralesa. Koka, bo bronił on zawsze interesów produktorów koki (sam był jednym z nich), a morze, bo uderzył on w dumę narodową Boliwijczyków, poruszając z całą mocą kwestie zagrabionego przez Chilijczyków przed stoma laty wybrzeża. Więc tak naprawdę populizm, frazesy i indiańskie pochodzenie spowodowały, że wygrał, ale zachwyca się nim całe lewactwo kontynentu.

Wjeżdżaliśmy do Chile, gdzie za kilka dni miał zostać zaprzysiężony kolejny lewicowy przywódca w tej części świata - Michelle Bachelet - nowa prezydentka. Przekraczaliśmy granicę w górach. Parę kilometrów, godzina jazdy wystarczyły, żeby wjechać nie tylko do innego kraju, ale też do całkiem innego świata.



Źródło: www.malyrycerz.com

1


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Peru: Targ w Pisaq
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KsH 5: Tbilisi, 9.08., 18:26
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl