HAWAJE
18:55
CHICAGO
22:55
SANTIAGO
01:55
DUBLIN
04:55
KRAKÓW
05:55
BANGKOK
11:55
MELBOURNE
15:55
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 14; Strzał opatrznościowy
DkG 14; Strzał opatrznościowy

Juliusz Verne


Wschodni stok Kordyljerów składa się z długich pochyłości, które w łagodnym spadku dochodzą aż do samej doliny. Tam to właśnie zatrzymała się nagle ogromna masa, od góry oderwana. Okolica to zupełnie nowa, z rozległemi pastwiskami i drzewami pysznemi, a szczególniej zasadzonemi tu jeszcze przez zdobywców tej krainy wspaniałemi jabłoniami, świecącemi złotym owocem.

Ziemia odzyskała dawny spokój; trzęsienie zupełnie ustało; siły podziemne dalej zapewne posunęły swą niszczącą działalność, bo łańcuch Andów zawsze w jakiemś miejscu jest nawiedzany wstrząśnieniami. Tym razem poruszenie było nadzwyczajnie gwałtowne. Kształt całej góry zmienił się do niepoznania; przewodnicy w pampach na próżno by zapewne szukali oznaczonych przez siebie miejsc zwykłego wypoczynku.

Ranek zapowiadał bardzo piękną pogodę; promienie słońca, powstającego z wilgotnego łoża oceanu Atlantyckiego, rozsyłały ciepło na płaszczyzny argentyńskie i kąpały się już w falach drugiego Oceanu. Była ósma godzina rano. Lord Glenarvan i jego towarzysze, ocuceni staraniami majora, zwolna powrócili do przytomności; pokazało się, że prócz chwilowego choć silnego odurzenia, żadnej na zdrowiu nie ponieśli szkody. Radość z łatwego i niekosztownego przejścia Kordyljerów byłaby wielka zapewne, gdyby nie brakowało jednego z towarzyszy i to najsłabszego, bo dziecka prawie - Roberta.

Wszyscy kochali odważnego chłopca, nawet zimny major, a najwięcej lord Glenarvan. Ten, gdy się dowiedział o zniknięciu Roberta, był w rozpaczy. Wyobrażał sobie to biedne dziecię, leżące gdzieś na dnie przepaści i wzywające na próżno pomocy tego, którego nazywał swym drugim ojcem.
- Moi przyjaciele! - mówił lord, zaledwie od łez się powstrzymując - trzeba go szukać, musimy go znaleźć koniecznie! Nie możemy go tak opuścić. Trzeba przeszukać wszystkie doliny, wszystkie przepaści, wszystkie rozpadliny. Przywiążecie mnie do sznura i spuścicie wszędzie, gdzie tylko jest jaki otwór. Żądam tego, domagam się, proszę o to. Daj Boże tylko, aby Robert żył, a ja go pewno wynajdę i ocalę. Bez niego jakże byśmy śmieli szukać jego ojca? Ocalić kapitana Granta za cenę życia jego dziecka!

Towarzysze Glenarvana słuchali w milczeniu i spuszczali wzrok ku ziemi, czując, że mówiący szuka w ich oczach promyka nadziei.
- I cóż - pytał znowu lord Edward - słyszeliście, czego żądam? - Milczycie! Więc żadnej już nie macie nadziei, żadnej?

Po chwili milczenia Mac- Nabbs pierwszy się odezwał:
- Kto z was moi przyjaciele pamięta, w jakiej chwili znikł Robert?

Nikt nie potrafił odpowiedzieć.
- Przynajmniej - rzekł znowu major - powiedzcie mi, przy którym z was znajdował się chłopczyna w chwili spadania odłamu góry.
- Przy mnie - odpowiedział Wilson.
- Jakże długo, do jakiej chwili widziałeś go przy sobie? Przypomnij sobie dobrze.
- O ile pamiętam - mówił Wilson - to Robert był przy mnie jeszcze o dwie minuty przed silnem wstrząśnieniem, które nas rzuciło na ziemię; trzymał się mocno obiema rękami dużej kępy mchu.
- Dwie minuty powiadasz! - Zastanów się, Wilsonie, czy tak było? Czy się nie mylisz? Może ci się minuty zbyt długiemi wydały?...
- Z pewnością się nie mylę, tak... najwięcej dwie minuty.
- A z której go miałeś strony, z prawej, czy z lewej?
- Z lewej; przypominam sobie, że poncho jego zasłaniało mi twarz z tej strony.
- A ty sam w jakiem do nas byłeś położeniu?
- Także na lewo.
- Robert więc musiał zginąć w tej stronie - rzekł major, wskazując prawą stronę góry. Licząc czas, ubiegły od jego zniknięcia, musiał pozostać na górze mniej więcej w oddaleniu dwu mil od jej podstawy. Tam go szukać należy; rozdzielmy się i rozprószmy w okolicy przeze mnie wskazanej, a znajdziemy go z pewnością.

Stało się tak bez słowa protestu. Cała szóstka, wspiąwszy się na zbocza góry, rozciągnęła się w łańcuch na różnych jej wysokościach i rozpoczęła poszukiwania. Dążąc wciąż na prawo od linji, wzdłuż której zsunęło ich trzęsienie ziemi, badali najdrobniejsze szczeliny, opuszczali się w przepaści, zawalone częściowo odłamami skalnemi, i niejeden wracał stamtąd z odzieżą poszarpaną, rękoma i nogami okrwawionemi, narażając swe życie. Cała ta część Andów, oprócz kilku wyżyn niedostępnych, zbadana była skrupulatnie przez dzielnych poszukiwaczów, nie myślących wcale o odpoczynku, w ciągu długich godzin. Próżne jednak były ich wysiłki. Biedny chłopiec znalazł nie tylko śmierć w górach, ale i grobowiec, którego wieko, zapewne pod postacią olbrzymiego odłamu skały, zamknęło się nad nim na zawsze.

Około pierwszej Glenarvan i jego towarzysze, znękani i zrozpaczeni, znajdowali się w głębi doliny. Przejęty bólem, lord Edward prawie się nie odzywał. Od czasu do czasu tylko wyrywały mu się z ust, razem z westchnieniem słowa:
- Nie pójdę! Nie, nie pójdę dalej!

A każdy z jego towarzyszów pojmował i cenił tę boleść szlachetną.
- Zatrzymajmy się tutaj - rzekł Paganel do majora i Tomasza Austina - wypocznijmy i nabierzmy sił, których w każdym razie potrzebujemy, czy do dalszych poszukiwań, czy też do podróży.
- Tak - odpowiedział Mac Nabbs - zostańmy, choćby dla tego tylko, że Edward tego pragnie. On ma jeszcze nadzieję! - ale czego się spodziewa?...
- Bóg to wiedzieć raczy - rzekł Tomasz Austin.
- Biedny Robert - powtarzał Paganel, ocierając łzy z oczu.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Festiwal Iberoamerykański
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

IND 2; Delhi
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl