HAWAJE
02:46
CHICAGO
06:46
SANTIAGO
09:46
DUBLIN
12:46
KRAKÓW
13:46
BANGKOK
19:46
MELBOURNE
23:46
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 35; Peru: W osiem godzin na koniec świata
AŁ 35; Peru: W osiem godzin na koniec świata

Aleksandra i Marcin Plewka


Od pary w Limie dostaliśmy wskazówki żeby iść na Machu Picchu trasą pociągu w nocy. Później jednak dowiedzieliśmy się, że można to spokojnie zrobić w dzień, robi to wiele osób. Cóż, wiele... Kiedy spytaliśmy się przewodnika po Inca Trail, naszego znajomego w Cusco, czy dużo ludzi się na to decyduje, z uśmiechem na ustach odpowiedział:
- Idzie sporo Argentinos sin dinero (Argentyńczyków bez pieniędzy).


Kiedy rano przy wsiadaniu do combi jadącego na kilometr 82, skąd mieliśmy zacząć naszą wędrówkę, zobaczyliśmy jeszcze jednego podobnego do nas, który przedstawił się po chwili jako Juan Martin z Argentyny, myśleliśmy, że pękniemy ze śmiechu. Był to najprawdziwszy Argentino sin dinero! Miał dredy, wyciągniętą zieloną bluzkę, parę korali i wisiorków na szyi (jak się później okazało właśnie produkcją tego typu biżuterii się zajmuje), w ręku tykiewkę z mate. Juan miał stać się nieodłącznym elementem naszej wyprawy do jednego z najważniejszych miejsc w całej tej podróży.

Po 45 minutach dojechaliśmy na kilometr 82, mieści się tam mała wioska. Stąd rozpoczyna się również 3, 4 - dniowy Inca Trail, za który normalnie płaci się grube pieniądze (od paru lat bowiem samodzielny trekking jest zabroniony, trzeba iść z agencją i z przewodnikiem, ceny oscylują w granicach 200 - 300 dolców), w lutym jest on jednak zamknięty ze względu na złą pogodę i reparacje na trasie. My jednak podążamy w stronę Inca Trail alternatywnego, czyli w kierunku ciągnącej się gdzieś w nieznane linii kolejowej.

Po kilku sekundach oblegają nas dzieciaki z Puebla.
- Tamtędy nie przejdziecie, stoi policjant i nikogo nie puszcza, to zabronione. My wam wskażemy inną drogę, żebyście mogli obejść kontrolę.
Słyszeliśmy o tym, że trzeba dać policjantowi w łapę, nie powinno wyjść to więcej niż zaplata dzieciakom - przewodnikom, więc dziękujemy im i pewnym krokiem idziemy dalej. Najwytrwalszy z chłopców jedzie za nami dalej na rowerze. Trochę już podenerwowany pyta:
- Idziecie na Machu Picchu, prawda?
- Skądże znowu, idziemy na koniec świata bracie. Chcesz się z nami zabrać? Zupełnie za darmo. Żadnych pieniędzy od ciebie nie weźmiemy - odpowiada Argentyńczyk.
Zostawiamy chłopca z nieco rozdziawioną buzią i ruszamy.

Żadnej kontroli na 82 nie ma. Na 88, gdzie znajduje się budka strażnicza, również. Jest niedziela, a w niedzielę w Ameryce Łacińskiej bez wyjątków wszyscy odpoczywają. Mamy szczęście.

Po torze kolejowym wkraczamy w samo serce gór powalających swoją wielkością. Czujesz się taki malutki... Czasem przed nami wyłania się monumentalna górska ściana, że aż się przez chwilę wydaje, że przejścia dalej nie ma. Jest to jednak tylko jedno z wielu złudzeń przychodzących do głowy w tej dziwnej krainie. Po naszej lewej stronie pędzi rwąca rzeka. Kotłuje się na żółto i brązowo za każdym razem, kiedy uderza o kamienie i skały. Kiedy się w nią wpatrzysz aż dreszcz przechodzi przez ciało. Wpadniesz do tej rzeki i już na wieczność zamieszkasz w świętej dolinie Inków.

Dochodzimy zgodnie do wniosku, że jest to najpiękniejsza trasa, jaką przebywamy w swoim życiu. Szczyty gór otulone są chmurami. Krajobrazy zmieniają się niesamowicie. Nagle z polanek wkraczamy jakby do dżungli. Naprawdę to miejsce ma w sobie coś magicznego. Pod stopami kamienie i kamienie. Przez 28 kilometrów. Jest to dosyć męczące. Czasem możesz na szczęście zejść z torów, bo po jednej lub drugiej stronie wije się cieniutka ścieżka. Kiedy się idzie kilka godzin torami przychodzą człowiekowi do głowy głupawe refleksje. Na przykład: czy nie mogliby zrobić takich odstępów między drewnianymi belkami, żeby dorosły człowiek mógł wygodnie stawiać kroki, a nie musiał stawać przed bolesnym dylematem: albo maszerować po kłujących kamieniach albo drobić całą trasę krokiem japończyka w kimonie. Od razu zaznaczam, że sposób na Japończyka jest mniej praktyczny, bo poruszasz się powoli, a poza tym istnieje większe ryzyko, że staniesz twarzą w twarz z pociągiem, który pojawia się dosyć często i co gorsze czasem całkiem znienacka.

Najpiękniejsze (wyryte w skałach, czasem cudownie pada przez nie światło), ale i najbardziej niebezpieczne, są tunele. Jest ich kilka na trasie, na szczęście nie są za długie.

Zaczyna niestety padać deszcz. Na kilometrze 94, pod daszkiem czyjegoś domku (właściciela akurat nie ma), robimy sobie przerwę. (Cenna informacja dla wszystkich, których w połowie drogi do Aguas Calientes zastanie noc i nie będą chcieli kontynuować podróży - na km 95 po lewej stronie jest mała drewniana otwarta chatka, w której można by się skryć). Każdy wyjmuje to, co ma i robimy sobie kanapki. Juan nalewa nam po kubku mate de coca. Na deser pociąga jeszcze parę buchów marihuany z fifki, którą zawsze nosi przy sobie. Najedzeni i wypoczęci ruszamy dalej. Przestaje też padać.

Około kilometra 104 robi się ciemno. Księżyc jest jednak tak mocny, że w stopniu wystarczającym oświetla nam dalszą drogę. Jesteśmy już nieco znużeni i zmęczeni, a Aguas Calientes ani widu ani słychu. Pojawia się kolejna tablica z odległością, ale w tym świetle nie jesteśmy w stanie odczytać, co to za kilometr. Juan z pewną miną stwierdza:
- Tu jest napisane FALTA POCO (brakuje tylko trochę).
Śmiejemy się i idziemy dalej.

O godzinie 20:30 dobijamy w końcu do stacji Aguas Calientes. Mamy wrażenie, że naprawdę doszliśmy na koniec świata. Ostatkiem sił znajdujemy hotel za 10 złotych od łebka. Zasypiamy snem sprawiedliwego. Jutro Machu Picchu.



Źródło: www.malyrycerz.com

1


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Chile: Ojos del Salado
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

BOL 10: Hasta Luego La Paz
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl