HAWAJE
09:29
CHICAGO
13:29
SANTIAGO
16:29
DUBLIN
19:29
KRAKÓW
20:29
BANGKOK
02:29
MELBOURNE
06:29
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 23; Kostaryka: Pierwsza w życiu wigilia poza Polską
AŁ 23; Kostaryka: Pierwsza w życiu wigilia poza Polską

Aleksandra i Marcin Plewka


Jeszcze nigdy się tak nie zdążyło, nawet jak mieszkałem 3 lata w Niemczech, żebym świąt nie spędził w domu. Zawsze czeka się na te święta z niecierpliwością. A szczególnie na Wigilię i związane z nią tradycje. W naszym domu w Polsce zawsze dzień ten był czymś wyjątkowym. Pachniał czerwonym barszczem i pierożkami z kapustą. Stół zawsze zdobił karp w galarecie, który wcześniej parę dni pływał w naszej wannie i ginął w końcu pod bezlitosnym ciosem naszego taty. Potrawy, które kosztowało się zawsze tego jedynego dnia w roku. I wreszcie Wigilia - w naszym domu to zawsze wielka i piękna żywa choinka ozdobiona tysiącami ozdób. No i prawie zawsze ci sami goście od lat. Teraz tego wszystkiego nie będzie, bo jesteśmy w Kostaryce.

Ale na szczęście trafiliśmy do wspaniałego domu, gdzie naprawdę kochani ludzie starali się jak mogli, żebyśmy tego dnia byli naprawdę szczęśliwi. W dzień Wigilii spokój panuje tutaj zupełny i nie ma takiej nerwowości, jaka panuje u nas w domu już tydzień przed świętami. Nie ma tu mycia okien, sprzątania. Wszyscy zajmują się zakupami, jedzeniem i pakowaniem prezentów. Rodzina Gabi strasznie ciepło się do siebie odnosi, a także i do nas. Czujemy się więc tutaj wspaniale. Ponieważ mam rozwalony palec u nogi, cały dzień siedzę przy komputerze pisząc wiadomości i kopiując płyty ze zdjęciami, nogę mocząc w jakimś specjalnym wywarze. Niestety palec nie chce się zagoić i wciąż coś tam z niego cieknie.

Około godziny 17 wychodzimy z domu do brata mamy Gabi. Wszyscy nas przedstawiają kolejnym członkom rodziny, których jest tak wielu, że wszystkie imiona trudno spamiętać. Gospodarz jest bardzo miłym człowiekiem i zapewnia nas, że jego dom jest też naszym domem. Co chwila dostajemy coś do jedzenia. Poznajemy kobietę, która przez 30 minut z zachwytem mówi o naszym papieżu JPII i jej marzeniem jest odwiedzić jego grób. Dowiadujemy się też innej ciekawej rzeczy. Otóż słowa Polak używa się w Kostaryce w odniesieniu do zawodu domokrążcy. Nazwa ta wzięła się od tego, że po wojnie pojawili się tutaj polscy żydzi, którzy zajęli się handlem obwoźnym. Dziś pracę tą wykonują miejscowi, ale nazwa pozostała.

Poznajemy też Szwajcara Bruno. Na początku nie robi na mnie dobrego wrażenia. Nie był w Polsce, ale ma przekonanie, że u nas w zimie wielu ludzi bez pracy marznie na ulicy bez dachu nad głową. Myśli, że w Polsce mieszka tylko 20 milionów ludzi. Więc tłumaczę mu, jak to jest naprawdę. I że ci, co marzną, to często po prostu pijaczkowie, których nawet do schroniska przyjąć nie chcieli, bo nie potrafili się podporządkować dwóm panującym tam regułom: zero kradzieży i zero picia alkoholu.

W Kostaryce sklepy pracują właściwie w Wigilię do 24 w nocy, a dnia 25 otwarte są normalnie. A 26 to już w ogóle nie jest dzień świąteczny i w ogóle nikt nie rozumie, co to za święto tego 26 grudnia.

Stoi tu w rogu choinka, ale tak poza tym wszystko wygląda na normalną imprezkę bardziej sylwestrową. Jest bufet, nikt nie siedzi przy stole i leci fajna muzyka, zero kolęd. Rozpoczynają się tańce, jak na party przystało. Tańczę więc z Olą i z innymi prawie do upadłego. Podoba mi się bardzo. Około 11 wszyscy zaczynają rozdawać sobie prezenty spod choinki... Są i prezenty dla nas. Na każdym opakowaniu jest kartka od kogo dla kogo, nie jak w naszym domu, że pisze się tylko dla kogo, bo przecież prezenty przynosi święty Mikołaj. A i w Kostaryce nie ma wcale św. Mikołaja. Prezenty przynosi Nino Jezus, czyli Dzieciątko Jezus. No i jeszcze jedna różnica. Prezentów nie wolno rozpakować teraz, a dopiero nad ranem. Fajnie wygląda też to, że każdy stoi z wielkim workiem, do którego ładuje prezenty przeznaczone dla jego rodziny. Na Wigilii, gdzie jest 30 osób, to praktyczna sprawa, bo wszystko przecież może się pomieszać.

Około 12 w nocy impreza się kończy. Zegnamy się czule z wszystkimi i zmęczeni, około 1, kładziemy się spać. Nie śpimy jednak długo, bowiem Leopoldo, syn siostry Gabi, budzi nas już o 7 rano. Feliz Navidad Feliz Naviadad – śpiewa, poruszając się w rytm muzyki. Rany, co tak wcześnie. Okazuje się, że dzieci czekają na otwarcie prezentów, a skoro nas nie ma, nie mogą ich otworzyć. Z trudem zwlekamy się z łóżek. Teraz prezenty znowu rozdawane są spod choinki, ale już można je rozpakować. Dostaję fajną koszulkę, czapkę i poduszkę nadmuchiwaną do spania w autobusie. Ola też podobne rzeczy, plus jakieś babskie ozdoby.

Tak właściwie kończy się nasza kostarykańska Wigilia. Było po prostu inaczej, ale też strasznie miło i rodzinnie.


Źródło: www.malyrycerz.com

1


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Ludzie ludziom: Teksańskie steki
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Autostopem, zimą przez Syberię na podbój Pekinu
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl