HAWAJE
04:37
CHICAGO
08:37
SANTIAGO
11:37
DUBLIN
14:37
KRAKÓW
15:37
BANGKOK
21:37
MELBOURNE
01:37
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K II - 8; Z pamiętnika Dicka
15K II - 8; Z pamiętnika Dicka

Juliusz Verne


Chociaż burza i połączona z nią ulewa ucichła z pierwszymi blaskami wschodzącego słońca, ciężkie chmury ciągle jeszcze przewalały się po niebie. Nie należało się spodziewać, by pogoda zmieniła się szybko, pora deszczowa bowiem trwa tu parę tygodni. Rzadko zdarzał się taki dzień, w którym by deszcz nie padał. Zazwyczaj ulewa rozpoczynała się pod wieczór i trwała do rana.

Taka aura, rzecz zrozumiała, zwiększała jeszcze męki niewolników. Cierpiały zwłaszcza kobiety, pomiędzy którymi było wiele matek z potomstwem. Wraz z innymi ciężki swój los dźwigała z wytrwałością Noon, którą skuto z jakąś młodą matką dwojga dzieci. Jedno z nich było przy piersi, zaś drugie, trzyletnie zaledwie, do tego stopnia osłabło, że nie mogło się utrzymać na swych cienkich nóżkach. Stara Noon, choć wyczerpana, nie mogła patrzeć spokojnie na cierpienia maleńkiej dziewczynki i wzięła ją na ręce. Lecz ciężar ten okazał się ponad jej siły, toteż uginała się pod nim. Dźwigała jednak maleństwo resztkami sił, ponieważ niesione dziecko miało stopy całe w krwawych ranach. Dick Sand szedł w samym środku karawany, w pobliżu Ben Hamisa, który niejednokrotnie zbliżał się do niego na koniu, ażeby sprawdzić jak się więzień zachowuje.

Okolica, przez którą wędrowała karawana, była nieomal porośnięta lasem, dość rzadkim na szczęście, tak iż przejście jej było łatwe. W niektórych tylko miejscach pochód ginął w gąszczu bambusowych krzewów. Dzień w dzień karawana wyruszała w drogę z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca i szła bez wytchnienia aż do postoju, który miał miejsce w południe. Wtedy wszyscy niewolnicy dostawali po parę garści maniokowej mąki, którą jeść musieli na surowo, popijając wodą. Jeżeli przechodzili przez uprawne pola, co się zdarzało zresztą bardzo rzadko, do tej skromnej porcji żołnierze dodawali każdemu po parę surowych kartofli, które tam noszą nazwę patatów. Choć porcje nie były głodowe, nie wszyscy byli zdolni do ich spożywania. Zwłaszcza kobiety, które padały ze znużenia, w minutę po zatrzymaniu się na postoju zapadały w sen lub leżały apatycznie z otwartymi oczami, nieczułe już na głód.

Taki stan wyczerpania niewolników zwiększał ich śmiertelność, więc bardzo często okazywało się, że ci, którzy po przyjściu na postój zapadali w sen, w chwili ponownego ruszania karawany w dalszą podróż byli już martwi. Nie upłynął jeszcze tydzień od chwili opuszczenia przez karawanę brzegów Kuanzy, gdy około dwudziestu niewolników różnej płci i wieku zmarło w drodze i pozostało przy szlaku, na pastwę dzikich zwierząt. Lwy, pantery i lamparty szły nieprzerwanie za karawaną w oczekiwaniu na świeże ofiary i codziennie po zachodzie słońca ich wycia rozlegały się tak blisko, iż w każdej chwili obawiać można się było napaści. By się uchronić od takiego ataku, co noc dookoła obozu płonęły wielkie stosy porąbanych drzew. Nierzadko koncerty dzikich zwierząt były tak głośne, że całą noc nie sposób było na chwilę zmrużyć oka.

W chwilach takich Dick Sand ze strachem myślał o Herkulesie, lękając się o jego los, który w takich warunkach mógł być straszny, lecz także o innych członków grupy, którym olbrzym ten mógł ułatwić ucieczkę.

W rękach autora tej powieści znajdowały się, przez czas bardzo krótki zresztą, autentyczne notatki Dicka Sanda, z których zamieszczamy wyjątki, dotyczące pochodu karawany niewolników. Oto, co napisał bohater powieści:

Od 25 do 27 kwietnia: Przechodziliśmy w pobliżu małej osady murzyńskiej, otoczonej trzcinowym płotem, przewyższającym wzrost dorosłego człowieka. Dookoła niej widniały pola uprawne, na których rosła kukurydza, sorgo i pataty. Nasi żołnierze wdarli się poza palisadę. Mieszkańcy, na szczęście, ukryli się już w pobliskim lesie. Zdołano jednak pochwycić dwóch chłopców, którym, gdy ich do karawany przyprowadzono, natychmiast zatrzaśnięto kajdany na szyi. Nieco opodal znajdowała się druga wioska. Jej mieszkańcy stanęli do walki. Zabito piętnastu. Pomiędzy nimi znalazły się kobiety i dzieci. Wzięto do niewoli jedną kobietę i troje dzieci, pozostali uciekli. Nie byli ścigani, zapewne z braku czasu. Następnego dnia przeprawiliśmy się przez jakąś rzekę po prowizorycznym moście, zbudowanym przez żołnierzy bardzo sprawnie i szybko, z pni, które łączono lianami, rosnącymi nad brzegami rzeki. Przejście przez most było bardzo niebezpieczne. Jedna z Murzynek w czasie przeprawy dostała zawrotu głowy i pociągnęła za sobą w odmęty drugą kobietę, trzymającą dziecko na ręku. Nie starano się nawet ich ratować! Po chwili fale zabarwiły się krwią, a z wody wychylił się szkaradny łeb krokodyla.

28 maja. Przechodziliśmy przez las drzew niezwykle czerwonych, które nazywają „żelaznymi”. Od rana pada deszcz; grunt rozmiękł bardzo, co utrudnia marsz.
Widziałem Noon.
Dźwigała z trudem paroletnią dziewczynkę. Ledwo powłóczyła nogami. Całe plecy miała oblane krwią, która jeszcze nie zakrzepła. Były na nich ślady bata. Nocą ryki lwów i ujadania szakali były tak głośne, że oka nie można było zmrużyć. Żołnierze zabili w samym obozie panterę, przy tym jednak zastrzelili również dwie kobiety, a parę ciężko poranili. Około północy liczbę płonących stosów powiększono znacznie. O biedny Herkulesie, jak tam sobie radzisz w tym lesie, jeżeli podążasz naszymi śladami?

29 i 30 maja. Dają się już odczuwać pierwsze chłody tak zwanej "zimy afrykańskiej", pora deszczowa kończy się, co nie przeszkadza, że pola wszędzie jeszcze stoją pod wodą. Wieje silny wiatr północno-zachodni, bardzo niezdrowy, sprowadzający febrę. Nie napotkałem nigdzie najmniejszego śladu pani Weldon, Janka i kuzyna Benedykta. Dokąd mogli ich wywieźć? Boże, miej litość nad nami!



Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

MTB: Po górach na deskach
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 10; Floreana; Post Office Bay i lawowy tunel
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl