HAWAJE
09:58
CHICAGO
13:58
SANTIAGO
16:58
DUBLIN
19:58
KRAKÓW
20:58
BANGKOK
02:58
MELBOURNE
06:58
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 2; Kuba: Hawana - magiczne miasto
AŁ 2; Kuba: Hawana - magiczne miasto

Aleksandra i Marcin Plewka


A więc jesteśmy w magicznym mieście. Zanim tu dotarliśmy już wiele się wydarzyło. Najpierw miły nocleg w Berlinie u starego znajomego Conrada. W przyjemnej, fajnie urządzonej kuchni - Conrad jest architektem - siedzieliśmy do drugiej w nocy, pijąc wino. Później był syfny samolot Iberii, lot do Madrytu, w czasie którego, ku naszej rozpaczy, nie podali nic do jedzenia ani picia! W Madrycie kolejna niespodzianka - dalej nie lecimy, bo samolot do Havany już odjechał na drugi koniec lotniska i szykuje się do startu.

Zabawne. Przez cały lot robiliśmy sobie żarty, co by było gdybyśmy spóźnili się na ten samolot. Uśmiechnięta, zadowolona obsługa Iberii wsadza nas do samochodu (razem jeszcze z 3 Niemkami i już za chwilę mkniemy w nieznane przez hiszpańską ziemię do hotelu, w którym zafundowali nam przymusowy nocleg. Nie mamy bagaży, niczego. Nawet szczoteczek do zębów. Nie wiemy dokąd jedziemy. W końcu lądujemy w 4 gwiazdkowym, w małym, klimatycznym miasteczku pod Madrytem. I jest w końcu jedzenie podawane z dobrym winem. Przepyszne!

Następnego dnia z Katką i Niemką Haike zwiedzamy Madryt. Wkrótce musimy wracać na obiad i dalej... Jazda z powrotem na lotnisko. Nagle pojawia się informacja - w stronę Kuby zmierza z prędkością 285 km na godzinę Wilma – 5 stopniowy huragan morderca. Wydzwania do nas spanikowana mama, żebyśmy lepiej zostali w Madrycie. ŻEBYŚMY KONIECZNIE ZOSTALI W MADRYCIE!!! Nie ma takiej możliwości. Trochę się denerwujemy, co nas tam czeka, ale decydujemy się jechać. Po 9 godzinach podróży lądujemy w kraju Fidela. Bienvenidos a Havana!

Czekamy w kolejce do kontroli paszportowej połączonej z przesłuchaniem. Wszyscy palą, nawet policja. Tutaj chyba pali się wszędzie. Do miasta zabieramy się busem razem z Niemcami i Hiszpanami. Płacimy po 5 EURO. Pierwsze wrażenie – miasto jest olbrzymie! Całe życie słyszysz coś o Kubie, czytasz o Kubie, oglądasz zdjęcia. Masz wyryty w pamięci obraz Brodacza i Che. Znasz na pamięć piosenki Buena Vista. I nagle widzisz to wszystko na własne oczy! Nagle wjeżdżasz do owianego tysiącem legend magicznego miasta... Pierwsze "Viva la Revolution", "26 Julio", "Solidaridad". I podobizny Che. Jest też Fidel. Co dalej...

Oczywiście samochody... Oczywiście budynki. Nasz kierowca błądzi po ciemnych, pełnych ludzi ulicach. Jest już noc. W końcu wysiadamy pod naszą Casa Particular, gdzie wita nas gospodarz. Casy particular to najtańsza, legalna forma noclegu na Kubie. Jest nas troje, a kubańskie prawo pozwala na nocleg w jednym pokoju tylko dwóm osobom. Dlatego zawsze jedno z nas pozostaje "nie - zarejestrowane". Ceny są różne. W Havanie przez nasze pierwsze 3 noce płaciliśmy 30 peso convertible (=30 EURO) za noc, plus śniadanie. W innych miastach spaliśmy za 20, czasem 15 od trójki. Połowę nocy spędziliśmy całkiem nielegalnie.

Na Kubie istnieją równolegle dwie waluty - peso cubano i convertible. Co za tym idzie, istnieją tak naprawdę 2 światy. Świat waluty narodowej - czyli totalnego socjalistycznego syfu - sklepów na kartki oraz małych budek, lub obleśnych barów, jakich nawet Polska Ludowa nie widziała, z wiele obiecującym napisem OFERTA. W takich miejscach możesz jeść i pić za grosze. Peso convertible to prawie równowartość 1 EURO, a jednocześnie 24 peso cubano. 6 peso cubano = 1 zloty. W ofercie można zazwyczaj znaleźć 2, 3 produkty. Najbardziej rozchwytywana jest pizza con queso - zazwyczaj dosyć obrzydliwy kawał buły z roztopionym serem, czasem jeszcze z szynką. Największym (jedynym?) jej atutem jest cena - 5 - 6 peso cubano, czyli 1 złoty polski, w Havanie czasem drożej. Kiedy nie można znaleźć pizzy, trzeba zadowolić się bułką z krokietem, kawałkiem mięsa albo jajka. Popić można refresco - robionym najczęściej z guajawy - za około 1 peso, czasem sprzedają też piwo - od 6 do 18 peso. Na deser, jeśli się znajdzie, można zjeść pastele - chrupiące rożki z marmoladą z guajawy. Na tym kończy się oferta w kubańskiej walucie.

Otwiera się za to drugi, równoległy świat - świat peso convertible. W tym świecie ceny są często wyższe niż w Europie zachodniej, ale kupić można wszystko. Świat Cas Particular był tym drugim światem, strefą kubańskiej elity, ludzi, którym udało się złapać Pana Boga za nogi. Oni zarabiali w peso convertible - bardzo dużo, jak na warunki kubańskie - chociaż w rzeczywistości większość z ich dochodów rabuje przez olbrzymie podatki państwo. Normalni Kubańczycy zarabiają około pół euro na dzień, przy dobrych wiatrach. To wszystko odkrywaliśmy z czasem, wtapiając się powoli w świat socjalistycznej hipokryzji, poznając na własnej skórze, co oznacza orwellowskie "dwójmyślenie". Na samym początku, kiedy przybyliśmy do Havany odniosłam takie samo wrażenie jak Artur Domosławski kilka lat wcześniej - że jestem kronikarzem umierającego miasta, ze to ostatnia chwila żeby to zobaczyć, utrwalić. Wrażenie, że coś wisi w powietrzu, że wszyscy już tylko czekają, kiedy Fidel... Ciekawe, ile jeszcze lat będą przyjeżdżać kronikarze, a każdemu się będzie wydawać, że jest już tym ostatnim, zanim Fidel umrze i w końcu coś się zmieni.

Pierwsze wrażenie? Magiczne miasto się sypie, magiczne miasto śmierdzi. Salsa tętni w ulicach przywodzących na myśl południowoamerykańskie favelas. Havana wygląda tak, jakby przed chwilą dobiegła tu końca jakaś ciężka wojna, jakby właśnie skończyły się bombardowania. Ale to nie wojna i bomby, tylko lata rujnującego systemu doprowadziły do takiego stanu to miasto. Na ścianach aż do znudzenia napisy – "Socjalizm albo śmierć". Havana dostała jedno i drugie.


Źródło: www.malyrycerz.com

1


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Karaiby: Jamajka
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 3: 10`05; Przez Europę...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl