HAWAJE
03:00
CHICAGO
07:00
SANTIAGO
10:00
DUBLIN
13:00
KRAKÓW
14:00
BANGKOK
20:00
MELBOURNE
00:00
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K II-3; W dziewiczym lesie
15K II-3; W dziewiczym lesie

Juliusz Verne


Afryka! Straszliwe słowo, które wyrwało się z ust Dicka w ową fatalną noc, w czasie której znikły już wszystkie wątpliwości, ani na jedną chwilę nie znikało z jego pamięci. W jaki sposób "Pilgrim" mógł się znaleźć u afrykańskich brzegów? Jak błyskawica jego umysł nawiedziła myśl, że to busola musiała wskazywać zły kierunek.

Przypomniał sobie tajemnicze rozbicie się pierwszego kompasu... Następnie, innej nocy, nagły krzyk starego Toma, który zasnął w tej właśnie chwili, gdy Negoro był przy budce kapitańskiej... Zerwanie się liny, podtrzymującej log... I powtórną tajemniczą wizytę Portugalczyka w pobliżu koła sterowego i jego mimowolny upadek na kompas... Tak... Wątpić dłużej byłoby już zbyt wielką naiwnością. To nie były pojedyncze przypadki, lecz z góry uplanowane czyny zbrodnicze, którymi kierowała wola Negora.

Lecz kim był właściwie ten nędznik? Oczywiście był to marynarz i to marynarz doświadczony, z dużą fachową wiedzą, gdyż inaczej nie byłby on zdolny do konsekwentnego przeprowadzenia tej, z iście szatańską zręcznością pomyślanej, intrygi. Lecz jakie wyrachowanie mogło kierować tym wszystkim? Czego pragnął, do czego dążył?

Nie było odpowiedzi na te pytania. Przeszłość była przesłonięta gęstą mgłą tajemnicy. Teraźniejszość za to stała się przeraźliwie jasna. Bo przecież nie mogło być już żadnej wątpliwości, iż znajdują się w Afryce centralnej, a więc co możliwe, w Angoli. Dick wiedział również i to, że spotkanie z Harrisem nie było przypadkowe. Jedynie człowiek będący w zmowie z Negorem mógł twierdzić, że to jest Ameryka Południowa, Boliwia, pustynia Atakama...

Mówiąc to Harris mógł jedynie wypełniać rozkaz dany mu przez Negora. To za namową Portugalczyka oddalił ich on od morskiego brzegu. Lecz co było celem złoczyńców? Tego Dick Sand nie mógł jeszcze odgadnąć. Można było przypuszczać, iż Negoro ma zamiar złapania Murzynów, ażeby ich sprzedać na afrykańskich targowiskach jako niewolników... Mógł przypuszczać dalej, że pragnie dokonać na nim zemsty... Ale co uczynić miał zamiar ten nędznik z panią Weldon i z jej małym synkiem?

Jeżeli Dick Sand mógłby słyszeć rozmowę, przerwaną przez biednego Dinga, zrozumiałby część planów Negora i miałby możliwość oceny całej grozy położenia grupy, której przewodził. Ale on o niczym nie wiedział, nie domyślał się zasadzek zastawionych na jego gromadkę. Sytuacja ich była dramatyczna, lecz dzielny chłopiec nie upadał na duchu. Z ciężkim westchnieniem przyznawał, że obecnie położenie ich jest znacznie gorsze, niż było wtedy, gdy na drobnej łupinie wielkiego brygu był wydany na wściekłe ataki fal i wichru wielkiego oceanu. Przyrzekał sobie wtedy, że panią Weldon i jej synka wyratuje z opresji. Teraz też musi ich ocalić.

Gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca przedarły się przez gęste listowie drzew, młody wódz z całą energią i mocą ducha pierwszy zerwał się na nogi po nieprzespanej nocy. Podniósł oczy w górę i rzekł: "Bądź wola Twoja, Panie, lecz jeżeli jest to możliwe, bądź dla nas miłosierny", a następnie zbliżył się do starego Toma i łagodnie położył mu dłoń na ramieniu, budząc go w ten sposób.
- Tomie - powiedział szeptem - rozpoznałeś ryk lwa, widziałeś ślady przejścia karawany handlarzy niewolników i wiesz równie dobrze jak ja, że znajdujemy się nie w Ameryce, lecz na samym dnie ziemskiego piekła, to jest w krainie niewolników, w Afryce.

Stary Tom nisko pochylił swą posiwiałą głowę.
- Tak jest, kapitanie Sand, wiem o tym - odpowiedział drżącym głosem.
- A więc fakt ten musi pozostać naszą tajemnicą. Nikt z naszej gromadki nie powinien się tego domyślać. Nie powinna wiedzieć o tym pani Weldon; zbyt silnym byłoby to dla niej ciosem.
Stary Murzyn po chwili dłuższego namysłu odpowiedział:
- Tak jest, panie Sand, tak będzie najlepiej. Lecz bardzo ciężki jest teraz nasz los.

Po dłuższej naradzie młody wódz i jego stary doradca opracowali wspólny plan działania. Obaj wychodzili z założenia, że Harris został niewątpliwie zaskoczony tym, iż Dick tak szybko odgadł prawdę. Dowodem była jego nagła ucieczka. Udało się pokrzyżować jego plany, gdyż nie doprowadził swych ofiar do umówionego miejsca, w którym, zgodnie z planem, miały być prawdopodobnie pochwycone. Zdrada Harrisa odkryta została, zanim jej cel był osiągnięty; nie groziło im więc chwilowo żadne niebezpieczeństwo. Lecz cóż mają robić? Nie pozostawało nic innego, jak powracać możliwie najprędzej nad brzeg morski, a gdy się tam znajdą, pójść w jedną lub drugą stronę i tym sposobem dotrzeć do jakiegoś miasta portowego.

Jednak powrót tą samą drogą, to jest przez las - byłby wprost szaleństwem, nie mówiąc już o tym, że dałoby to ogromne szansę ludziom Harrisa, którzy wcześniej czy później zaczną ich ścigać. Zabłąkaliby się na pewno w tym dziewiczym lesie. Jedyna bezpieczna droga, która by ich z pewnością doprowadziła do morza, to droga brzegiem pierwszej lepszej napotkanej rzeki, a jeszcze lepiej - popłynięcie tą rzeką; ten sposób podróżowania ma jeszcze i tę zaletę, iż nie pozostawia za sobą śladów. W tych warunkach nawet napad tubylców zagrażał mniejszym niebezpieczeństwem, gdyż będąc na tratwie, dobrze uzbrojeni, bronić się mogli długo, z nadzieją zwycięstwa.

Tak rozumował Dick Sand. Jak widzimy Harris miał zupełną rację, gdy twierdził, że młody chłopiec do takiego, a nie innego dojdzie wniosku. Istotnie tylko tak mógł postąpić człowiek, umiejący myśleć logicznie. Lecz jak znaleźć ową rzekę? Czy istniała ona w ogóle gdzieś w pobliżu?

Na pytanie to chłopiec mógł odpowiedzieć twierdząco, ponieważ w pobliżu miejsca, koło którego rozbił się "Pilgrim", wpadała do morza dosyć duża rzeka, która miała swój początek w górach, widniejących na krańcach horyzontu, które Dick brał kiedyś za Kordyliery. W obecnej chwili znajdowali się już w miejscu bardzo błotnistym, poprzerzynanym nieprzeliczoną ilością strumieni, które z konieczności zmierzać musiały ku jakiemuś większemu zbiornikowi wód. Otóż idąc brzegiem pierwszego lepszego napotkanego strumienia, wędrowcy musieli w końcu dojść do jakiejś rzeki, wodami której będzie można następnie dopłynąć do morza.

Szukać rzeki! - zakończyli swą naradę młody Dick i Tom, w tej właśnie chwili gdy reszta rozbitków zaczęła się budzić. Pierwsza otworzyła oczy pani Weldon, która nad ranem dopiero zdrzemnęła się chwilkę obok swego chorego synka. Pocałowawszy z ciężkim westchnieniem bladą twarzyczkę Janka, młoda kobieta podniosła się, a następnie zbliżyła do młodzieńca.
- Powiedz mi, Dicku, gdzie się podział pan Harris? Nigdzie go bowiem nie widzę.

Dick pojął natychmiast, iż ukrywanie odejścia Amerykanina nie doprowadziłoby do niczego, odpowiedział więc bez namysłu:
- Harrisa nie ma już z nami, pani.
- A więc udał się naprzód, by uprzedzić brata o naszym przybyciu? - zapytała, nic jeszcze nie rozumiejąca, pani Weldon.
- Ach, nie! Harris uciekł. I widzę, że będzie najlepiej, gdy powiem pani całą prawdę. Ów Harris był naszym wrogiem, sprzymierzeńcem Negora, który wciągnął nas w głąb lasu, na rozkaz byłego naszego kucharza.
- W jakim to zrobił celu? Dicku, zastanów się, co mówisz!
- Tego nie wiem. Wiem jedynie, iż powinniśmy jak najprędzej wracać nad morskie wybrzeże.
Pani Weldon smutnie pokiwała głową.
- Nie dziwi mnie ta wiadomość - odpowiedziała - już od dość dawna wyczuwałam coś niedobrego. Od pierwszej chwili nie dowierzałam temu człowiekowi, choć, co przyznaję, ujął mnie swą uprzejmością.
- Co się teraz stanie z moim Jankiem? - mówiła biedna matka - taka byłam pewna, że w owej farmie znajdę potrzebne lekarstwa. O moje dziecko! Moje biedne dziecko!
- Niech się pani nie martwi, dobra pani Weldon - odezwał się stary Tom – mały Janek odzyska zdrowie natychmiast, gdy tylko znajdziemy się nad brzegiem morza. A zresztą, ten przez wszystkich nas kochany chłopczyk jest chory mniej niebezpiecznie, niż się to z pozoru wydaje. Znam ja dobrze febry tutejsze, są one groźne jedynie dla tych organizmów, które przez czas dłuższy były zmuszone przebywać w tym niezdrowym klimacie.

Pani Weldon w milczeniu uścisnęła rękę starego Murzyna, pokrzepiona ogromnie jego słowami.
- W takim razie ruszamy natychmiast w powrotną drogę - zawołał Dick - i do morza dążyć będziemy teraz z tym większym pośpiechem, że ma ono dać zdrowie naszemu drogiemu Jankowi.
- Jestem gotowa - odpowiedziała pani Weldon - jestem dość silna, by odbyć drogę powrotną, a nawet nieść będę mego synka.
- No, na to my wszyscy nie zgodzimy się nigdy - zawołał tonem nieśmiałym, lecz i stanowczym zarazem, syn Toma, Baty - dzięki Bogu, nie brakuje tutaj jeszcze silnych rąk, toteż nie tylko małego Janka, ale i panią poniesiemy, zmieniając się kolejno.
- Brawo, Baty, doskonale wyraziłeś naszą wspólną myśl. Tak jest, poniesiemy panią, zbudujemy tylko z gałęzi wygodne nosze.
- Dziękuję wam, moi przyjaciele - przemówiła ze łzami w oczach młoda kobieta - jestem dość silna na to, by iść. Jeżeli już koniecznie chcecie, to nieście mego synka. A teraz w drogę.

Zaledwie przeszli kilkaset kroków, gdy stary Tom zwrócił się do Dicka z pytaniem:
- A Dingo?... Nie widziałem go jeszcze dzisiejszego ranka.
- Istotnie, Dinga nie ma od dawna - niespokojnym głosem odezwał się Herkules, który bardzo pokochał wierne zwierzę.
Wszyscy zaczęli nawoływać psa.

Odpowiedziała im głucha cisza. Nie odezwało się radosne szczekanie poczciwego Dinga.

Dick zaniepokoił się nie na żarty. Zniknięcie psa nie tylko był o przykre, ale zmniejszało bezpieczeństwo karawany. Lecz nie było czasu by go szukać. Toteż Dick nakazał dalszy marsz, w nadziei, że Dingo w końcu ich odnajdzie. Karawana podążała bardzo pośpiesznie, przy czym szczęśliwym trafem nie natknęli się na dzikie zwierzęta tak, iż podróż miała spokojny przebieg. Spotkali jedynie stado żyraf, a następnie bawołów.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

Ghana: Wyprawa do Ghany i Beninu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 11; Puerto Ayora; Santa Cruz; Instytut Darwina
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl