HAWAJE
21:13
CHICAGO
01:13
SANTIAGO
04:13
DUBLIN
07:13
KRAKÓW
08:13
BANGKOK
14:13
MELBOURNE
18:13
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Globtroterzy » Wyprawa rowerowa przez Szwecję i Norwegię
Wyprawa rowerowa przez Szwecję i Norwegię

Jarosław Wereszczyński


"Na LATO 2005 zaplanowana jest wyprawa rowerowa wiodąca przez Szwecję i Norwegię ..." Tymi słowami rozpoczynał się post zamieszczony na wielu forach o tematyce rowerowej. Był to jedyny sposób, aby znaleźć osoby, które wspólnie ze mną wybrały się na tak niecodzienny wyjazd. Jak to już w życiu bywa, nikt z moich znajomych, przyjaciół, zapalonych bikerów nie mógł pojechać. Ci którzy mieli czas, nie posiadali wystarczających środków finansowych, a ci którzy je mieli, byli przykuci do pracy i mogli jedynie marzyć o ponad miesięcznym urlopie.

Mając przed sobą czarne myśli, iż po raz kolejny wyprawa nie dojdzie do skutku, oczekiwałem na odpowiedzi na mój post - zaproszenie. Mijały miesiące, a do wakacji coraz bliżej. W czasie kilku miesięcy przed wyjazdem, napisało do mnie wiele osób, wyrażających wielką chęć udziału w wyprawie. Jednak wszyscy po jakimś czasie, rozmyślali się z różnych powodów i w ten sposób na 2 miesiące przed planowanym startem byłem sam. W sytuacji kiedy wszystko z mojej strony było już zapięte na ostatni guzik (trasa, pieniądze, sprzęt), pozostawały mi dwa wyjścia. Jechać samemu lub czekać do następnego lata. Wszystko się jednak zmieniło w przeciągu kilku ostatnich tygodni przed datą wyjazdu. Nagle jakby się wszyscy zmówi, zaczęły przychodzić do mnie maile od chętnych osób. W ten sposób nawiązałem znajomość z Agatą z Poznania, Damianem z Biskupca oraz Michałem z Wrocławia. Po wielu rozmowach prowadzonych przez Internet, omówiliśmy wszelkie szczegóły i szczególiki oraz spotkaliśmy się w Poznaniu aby poznać się chodź troszkę przed wyprawą.

Czyżby to już dziś?

promem do Karlskrony w Szwecji
Z wielgachnym "bananem" na twarzy obudziłem się w piątkowy ranek 8 lipca. Tę noc spędziliśmy w domu Fransa (Krzyska Kochanowicza, kolegi a zarazem szefa Grupy Rowerowej Trojójmiasto [GRT] pijąc toasty pomyślności za udaną wyprawę. I tak z samego ranka ruszyliśmy przez Trójmiejskie szlaki rowerowe z Zaspy do odprawy promowej w Gdynii robiąc nasze pierwsze kilometry.
obserwatorium pptaków - nasz nocleg :)
Nasz plan był bardzo prosty i zawierał niewielką ilość detali. Zakładał przejechanie przez południową część Szwecji, dotarcie do Doliny Troli (Trollstigen) a po osiągnięciu tego celu, udanie się wybrzeżem Norwegii aż po same Lofoty, gdzie u krańca naszej drogi, w mieście Narwik, złożymy kwiaty pod pomnikiem Polskich Marynarzy walczących o wolność tegoż miasta w czasie II Wojny Światowej.
Aby spełnić nasze postanowienia, należało przestrzegać jedynej zasady jaką ustaliliśmy jeszcze przed wyjazdem. Każdego dnia
nocleg w obserwatorium
przejeżdżamy minimum 100km bez względu na pogodę, zmęczenie czy nachylenie terenu. Jak każdy plan, na samym początku wydawał się prosty, ale jak to w życiu bywa, zawsze znajdzie się coś, co potrafi zamienić największą sielankę w walkę ze swoimi słabościami. Tak też było w naszym przypadku. Aby wywiązać się z codziennej setki – jazdę zaczęliśmy już od pierwszego dnia. Pierwsze
ulga dla stóp po cieżkim dniu
dziesiątki km wiodące przez trójmiejskie włości poleciały „migiem”, a to za sprawą panującej w całym ciele adrenaliny. Odprawa promowa w Gdynii przebiegła bardzo sprawnie i już po kilkunastu minutach spacerowaliśmy po pokładzie niemałego promu StanaLine. Nie ukrywając, ośmio godzinny rejs promem tej klasy nie należy do najbardziej ekscytujących rzeczy na świecie ale jakoś przeżyliśmy i już
studiowanie mapy na trasie
w wieczornych godzinach opony naszych maszyn odcisnęły swoje bieżniki na Szwedzkiej ziemi. Odprawa na obcym landzie odbyła się równie szybko i korzystając z ostatnich promieni słońca, staraliśmy się wydostać z Karlskrony, aby znaleźć przyzwoite legowisko na niezamieszkałym terenie. Odnalezienie niezamieszkałych terenów w Skandynawii nie należy do specjalnie trudnej sztuki, tak więc po wydostaniu się z miasta, szybko zalegliśmy na jednej z wielu leśnych polan. Oczywiście kolacyjka, chwila rozmowy nad dalszymi
naprawa roweru w trasie
planami, no i upragniony sen. Poranek ukazał się nam pełnym słońcem, a na naszych licach zagościł wielgachny uśmiech, który nie znikł przez kolejne godziny. Ranna procedura, czyli śniadanko, kibelek, suszenie namiotów, oraz pakowanie wszystkiego na rowery z początku szła dość mozolnie. Ale z czasem mijających poranków, poprawiała się z dnia na dzień.
granica Szwecja-Norwegia
Krajobrazy Szwecji, zmieniały przed naszymi oczami nieustannie a pogoda dopisywała. Czasami aż za bardzo i nigdy w życiu bym nie użył stwierdzenia „zimna Szwecja” Temperatury jakie zastaliśmy na naszych pierwszych kilkuset kilometrach, często przekraczały nasze możliwości do jazdy, tak więc w życie wprowadziliśmy nowy plan. Pobudką przed godz. 5, jazda do 11,12 a w czasie największego upału – kąpiele w mijanych jeziorkach, zakupy, jedzenie oraz południowa siesta. A od godz 15 dalsza jazda po planowaną setkę. W tak sielankowej atmosferze minęło 6 dni,
Norweskie krajobrazy
ponad 630km, i cała masa cudownych widoków. I na tym sielanka się kończy. Szóstego dnia, rower Agaty zaczął wydawać nieprzyjazne odgłosy, a chwilę później zaczęły się poważniejsze problemy. Otóż przedwyjazdowo serwisowany rower (w profesjonalnym serwisie SHIMANO w Poznaniu), zaczął coraz ciężej jechać. Przyczyną była kompletnie zatarta
deszczowa droga do Oslo
piasta oraz bęben – którego nie byłem w stanie obrócić rękoma po zdjęciu kasety. Po rozłożeniu wszystkiego na części pierwsze, moim oczom ukazał się tawot aż błyszczący od opiłków metalu oraz bęben zupełnie nie nadający się do dalszej jazdy. Tak przygotowany przez profesjonalistów rower posiadał o wiele za mocno skontrowane ośki, co również tyczyło się przedniej piasty, w której proces mielenia wnętrza również dał o sobie znać, zdobiąc cały smar pięknym brokatem. Na nasze szczęście, w pobliskim
chwila pracy za nocleg w Ecowiosce
miasteczku kupiliśmy za bezcen używany bęben i po poskładaniu wszystkiego do kupy mogliśmy spokojnie ruszyć w dalszą drogę. Tak też w prawie tropikalnej pogodzie dotarliśmy do granicy z Norwegią, i gdyby nie znajdujące się znaki drogowe, nawet nie zauważylibyśmy granicy. Nareszcie na Norweskiej ziemi, i jak za dotknięciem magicznej różdżki, natychmiast zmienił się cały dotąd mijany krajobraz. Zaczęły się delikatne podjazdy, które z czasem przerodziły się w wielogodzinne wspinaczki. Przed naszymi kołami, z dnia na dzień rosła liczba i pochyłość wzniesień a wraz z nimi wprost niedopisania krajobrazy, rozciągające się na połaciach setek km.
Nastał kolejny wieczór, a wraz z nim kolejne poszukiwanie miejsca do noclegu. Fakt iż byliśmy dość blisko Oslo, spowodował to, że ludzie mieszkający w niedalekiej okolicy dużego miasta nie byli już tak przyjaźnie i ufnie nastawieni jak mieszkańcy malutkich
gościna w Ecowiosce
wiosek. Godziny i kilometry mijały a my wciąż byliśmy odsyłani z miejsca na miejsce, do czasu aż przed naszymi oczami wyrosła niecodzienna wioska. Jej niecodzienność polegała na tym, iż prawie każdy domek był innej konstrukcji i koloru a wszystko to tworzyło niewielkie skupisko z ogromną stodołą pośrodku. Po dłuższych oględzinach i rozmowach z tubylcami dowiedziałem się, że jest to pewnego rodzaju Eco Wioska, skupiająca ponad 10 rodzin. Byli to ludzie w większości z wyższym wykształceniem, a ich głównym założeniem było oderwanie się od tzw. współczesnej cywilizacji. Mieszkańcy tej wioski sami robili swoje domy, ubrania, hodowali zwierzęta oraz rośliny. A co najważniejsze, przyjęli nas w gościnę z dużą przyjemnością ofiarując fantastyczny nocleg w stodole oraz ogromny posiłek przy wspólnym stole.
chwila przerwy na zdjęcie
Naszym pierwszym celem było dotarcie do legendarnej Doliny Troli (Trollstigen), która znajdowała się około 6 dni jazdy na PN-ZACH. od Oslo. Niecodzienne, widoki zaczęły się już na dzień przed wspomnianą doliną. Trasa wiodła malowniczym i można by powiedzieć mistycznym kanionem. Po obu stronach asfaltowej ulicy wyrastały niemalże pionowe ściany, mocno porośnięte różnymi pnączami, sięgające kilkuset metrów, których wierzchołki opływały gęste chmury. Jadąc w tym mrocznym przesmykiem, miałem wrażenie jakbym wyjechał z Europy i znalazł się w jakiejś tropikalnej krainie, rodem z Ameryki południowej. Tam też przenocowaliśmy, aby nazajutrz wspiąć się na sam wierzchołek drabiny. Zbliżając się coraz bardziej do Trollstigen, minęliśmynorweskie krajobrazy niezliczoną ilość wodospadów, które nie raz napędziły mi stracha, kiedy pędząc 50-60 km/h, nagle uderzały mnie hukiem spadającej kilka metrów obok, wody Wreszcie nastała ta chwila. Stanęliśmy przed.wjazdem do DolinyTroli. Czekała nas 12km i 10% nachylenia wspinaczka po malowniczej serpentynie, poprzecinanej w 2 miejscach przez wodospady. Rozpoczął się mozolny podjazd. Sakwy coraz bardziej ciążyły, a kurtka przeciwdeszczowa stawała się coraz bardziej mokra od środka niż na zewnątrz. Jednak kilkustopniowa temperatura i wszechobecna mgła nie pozwalała na rozebranie
nocleg z krowami :)
się. Coraz bliżej końca… i coraz gęstsza mgła. Jednak im wyżej się wspinam, tym większe zainteresowanie wzbudzam. Mijający mnie samochodami ludzie zaczynają mi machać, uśmiechać się, pokazywać OK. Fantastyczne uczucie, i nieoceniony doping w dalszej jeździe. Po upływie 1,5 godz. jestem już na górze. Niestety pływające praktycznie pod nogami gęste mleko mgły, uniemożliwia nacieszenie się tym mistycznym widokiem. Chwilka przerwy i czas na drogę w dół. Ubrałem na siebie prawie wszystko co posiadałem w sakwach i powoli zacząłem zjazd.
niezliczone wodospady
Dziesięcio procentowe pochyłości w połączeniu z wielokrotnymi zakrętami 180 spowodowały notoryczne rozpędzanie się do 60-70 km/h i hamowanie na granicy poślizgu. Tarczówka aż zczarniała i dało się usłyszeć syk gorracej stali. Po dojechaniu na sam dół, czułem się jak sopel lodu – źle to widze. Moje przeczucia nie były bezpodstawne. Jazda następnego dnia, w kierunku Trondheim szła bardzo mozolnie i już po zrobieniu kilkudziesięciu km, wiedziałem że tego dnia
Dolina Troli

nie uda mi się przejechać planowej setki. Tak też się stało, i po 75 km, stan mojego samopoczucia zmusił mnie do zakończenia dzisiejszej jazdy. Po nafaszerowaniu się całą chemią medyczna, jaką miałem ze sobą zasnąłem

wjazd do Doliny Troli
jak dziecko, licząc na poprawę w dniu następnym. Szczęście mnie jednak nie opuściło - następnego dnia czułem się jak nowo narodzony i nawet deszczowa pogoda nie była w stanie odebrać mi chęci do jazdy. W takiej wilgotnej atmosferze mijały kolejne dni i setki kilometry. Na nasze szczęście, zawsze udawało się nam, składać i rozkładać suche namioty a padało jedynie za dnia, lub w nocy kiedy namiot był osłonięty tropikiem. Nastał dzień 17, już niewiele różniący się od poprzednich. Cudowne krajobrazy, codzienna poranna rutyna oraz deszczyk w tle. I tego
bezinteresowna gościna w u norweskiej rodzinydnia pogoda nas nie szczędziła, a po 100km nasze kończyny dobrze dawały o tym znać. Pod sam koniec naszej dzisiejszej trasy zatrzymaliśmy się na chwilkę w małym miasteczku Lensvik aby nabrać zapasy wody na wieczorne jedzenie. Podczas gdy napełnialiśmy butelki, zostaliśmy
podczas podeszczowego suszenia przy ognisku
zaczepieni przez starszą panią, która była wyraźnie zaciekawiona nasza wyprawą. Po około 30 minutach rozmowy łamaną angielszczyzną, doszliśmy do miejsca w którym, ów mieszkanka tej małej miejscowości, zaprosiła nas do siebie do domu, gdzie zastaliśmy obfity posiłek, gorącą kąpiel i suche łóżka. Następnego poranka czułem się fantastycznie jak z resztą cała ekipa. Po raz pierwszy od kilku dni ruszyliśmy w suchutkich
przed jedną z dziesięciu przepraw promem w poprzek fiordu
ubraniach pełni nowego zapału do dalszej jazdy. Aby w przeciągu pierwszych 5 minut zmoknąć na nowo! Co za pech ! Jak dobrze, że deszcz ustał po niedługim czasie i zmokliśmy tylko powierzchownie. Przed nami długo oczekiwany odcinek trasy wzdłuż północnego wybrzeża Norwegii a wraz z nim wielokrotne przeprawy promami w poprzek fiordów. Ten fragment naszej wyprawy można
norweskie wioski
najłatwiej podsumować jako nieustanny wyścig z czasem, kiedy to codziennie staraliśmy się zdążyć na wybrany przez nas prom. Rejsy tymi promami nie należały do najdłuższych, bo trwały zaledwie kilkanaście minut, ale widoki jakie nam
nocleg u podnóży gór
serwowano podczas przepraw zdecydowanie zapadną w pamięci na długo. Nastała w końcu chwila, w której oderwaliśmy się od wybrzeża, aby zdobyć jedyne w swoim rodzaju miejsce. Zmierzaliśmy w kierunku centrum położonego na kole podbiegunowym. Droga do centrum okazała się jednym z
nocleg w schronisku na kole podbiegunowym
najcięższych odcinków naszej dotychczasowej trasy. Od samego początku ulica wiodła nas bardzo delikatnie pod górkę, a ten stan nie zmieniał się przez wiele wiele kilometrów. Po kilku dziesięciu km do niekończącego się podjazdu dołączył bardzo silny wiatr w kierunku przeciwnym i jazda zaczęła się robić bardzo
Damian, Agata, Michał, ja - na kole podbiegunowym.
nieprzyjemna. Wznosiliśmy się coraz wyżej nad poziom morza, a temperatura gwałtownie spadała. Zacinający wiatr spowodował iż ręce na stałe przyjęły kształt kierownicy i jedyne myśli które przychodziły do głowy to ciche nadzieje żeby nie zaczęło padać. Na około 20 km przed centrum sytuacja robiła się już bardzo
jeden z dziesiątek mijanych norweskich tuneli
poważna. Wszyscy opadali z sił, byliśmy zmarznięci na kość, a mijana okolica przypominała środek tundry. Jak okiem sięgnąć tylko skały, suche krzaki i śnieg. Nie było nawet 2 m kwadratowych płaskiej powierzchni, aby rozbić namiot. Nagle w oddali zauważyłem mały domek
statek Bodo-Stamsund (Lofoty)
z zapalonym światłem, a wraz z nim myśl – tu musimy przenocować. Kiedy dotarłem do domku, moja radość nie miała granic. Okazało się, iż domek ten, był czymś na kształt schroniska górskiego. Wyposażony w łazienki, ciepłą bieżącą wodę, łóżka, no i bardzo nam potrzebne ciepło. To było jak zbawienie w naszej sytuacji. Nazajutrz, umyci i wypoczęci, szybko dotarliśmy do Centrum
port w Bodo
Koła Podbiegunowego, szybkie zwiedzanie, fotki i czas ruszać dalej. A przed nami już tylko oczekiwane miasto Bodo, a wraz z nim rejs statkiem na Lofoty. Dwa dni później siedzieliśmy już na pokładzie statku, odbywając 6 godzinny rejs do Slovaer. Późnym wieczorem postawiliśmy nasze koła na ziemi półwyspu Lofoty. Byliśmy zaskoczeni relatywnie wysoką temperaturą, biorąc pod uwagę jak daleko na północ się znajdowaliśmy.
pierwszy nocleg na Lofotach
Kilometry które pozostały nam do osiągnięcia naszego celu mijały coraz szybciej, a to za sprawą malowniczych widoków które praktycznie się nie kończyły. Co chwilę mijaliśmy piękne laguny, jakby zatoki z ciepłych krajów otoczone strzelistymi górami
krajobraz Lofotów
których wierzchołki ginęły w gęstych chmurach. Dnia 29 naszej wyprawy dotarliśmy do Narwiku (Narwik), więc nie pozostało nic innego jak zrobić to co planowaliśmy od samego początku. Szybko znaleźliśmy pomnik polskich marynarzy i w deszczowej atmosferze zapaliliśmy świeczki oraz złożyliśmy kwiaty. Teraz pozostało nam
pomnik Polskich Marynarzy w Narviku
tylko dostać się na pociąg do Sztokholmu, i czas ruszać w drogę. Jednak najzabawniejsza część dopiero miała nadejść. Ku naszemu zaskoczeniu, w okienku informacyjnym koleji usłyszeliśmy „nie możecie przewieźć rowerów – chyba że będą wyglądały jak paczka a nie jak rower. „ Tak więc zabraliśmy się za pakowanie naszych
Nasz sponsor www.jpa.com.pl
maszyn. Po krótkiej wizycie w sklepie rowerowym, udało nam się zdobyć kartony po nowych rowerach, i po rozłożeniu rowerów na prawie części pierwsze stworzyliśmy całkiem poręczne pakunki. Tak też odbyliśmy 20 godzinna podróż przez kawałeczek Norwegii oraz sporą część Szwecji aby ostatecznie znaleźć się w centrum
pamiątkowe zdjęcie -Pomnik Polskich Marynarzy
Sztokholmu. Wyjazd ze stolicy poszedł całkiem sprawnie, a przed nami zostało jedynie kilkadziesiąt km do naszego ostatniego promu, płynącego z Nynashamn do Gdańska.

Bez wątpliwości przejechaliśmy kawałek świata :. W ciągu 31 dni, przebyliśmy ok. 2800 km mijając setki wiosek, dziesiątki miast i miasteczek. Odbyłem ponad 100 konwersacji : z tubylcami, głownie w celu odnalezienia się na obcym landzie. Jak również zdarzały nam się dłuższe rozmowy z zaciekawionymi naszą wycieczką ludźmi. Po wyprawie stałem się biedniejszy o około 1700zł, jednak to, co otrzymałem w zamian, czyli wspomnienia i niecodzienne wrażenia, wielokrotnie przekraczają wartość tych kilkudziesięciu kolorowych papierków. Podczas jazdy wielokrotnie zmagałem się z własnym lenistwem a czasami zmęczeniem czy złym samopoczuciem, jednak chęć dotarcia do końca, wykonania planu była silniejsza od wszystkich stawianych nam po drodze przeszkód. Może dystans 2800 km wykonanych w czasie jednego miesiąca nie jest rzeczą wybitną, ale nie o to nam chodziło. Fotografie wykonane podczas wyprawy, będą pamiątką na całe życie i już teraz sobie wyobrażam jak pokazuje je swoim wnukom a one się śmieją i dziwią ,czemu te stare obrazki się nie ruszają, ani nic nie mowią.Ostatecznie pragnąłbym bardzo podziękować wszystkim sponsorom, zarówno tym oficjalnym jak i tym rodzinnym. Ponieważ bez ich udziału, opisana wyprawa nie miałaby miejsca.


Nasz sponsor - JPA -producent plecaków i toreb turystycznych
Nasz sponsor - Akademia Morska w Gdynii


Nasz sponsor - Crosso -producent profesjonalnych sakw rowerowych

  • Serwis rowerowy - Czesław Ciućkowski w Olsztynie.
  • Sklep turystyczny - TREK w Gdańsku


  • Zapraszam również do odwiedzenia witryny, poświęconej w całości tejże wyprawie. Na witrynie znajduje się pełna relacja (dzień po dniu), setki zdjęć, mapki, ceny oraz wiele przydatnych informacji. www.podroze.rowerem.prv.pl


    e-mail : YaRo


    Źródło: informacja własna

    1


    w Foto
    Globtroterzy
    WARTO ZOBACZYĆ

    Podlasie
    NOWE WYSTAWY
    PODRÓŻE

    Nepal i już: U stóp kolosów
    kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
    copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl