HAWAJE
19:49
CHICAGO
23:49
SANTIAGO
02:49
DUBLIN
05:49
KRAKÓW
06:49
BANGKOK
12:49
MELBOURNE
16:49
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Świat » Droga do Afryki Zachodniej
Droga do Afryki Zachodniej

Cienki


Autobus z Marakkesh do Laayoune odjeżdża codziennie o godzinie 22.00 ze stacji kolejowej; ceną za kilkuset kilometrowy przejazd jest ok. 30 USD i nieprzespana noc. Na miejsce dotarliśmy po 15 godzinach. Ale zanim wjechaliśmy do Laayoune autobus zatrzymał się na rogatkach. Do autobusu weszło kilku żołnierzy celem sprawdzenia dokumentów. Nas, jedynych cudzoziemców, poproszono do przydrożnej budki, gdzie skrupulatnie sprawdzono paszporty. Widocznie dokumenty zawierały zbyt mało informacji, bo zaczęto nas wypytywać o przeróżne dane personalne, zapisując wszystko do zakurzonego zeszytu. W pewnym momencie żołnierze pokłócili się z policjantami, chodziło o to, kto ma pisać, a kto zadawać pytania. W czasie gorączkowej wymiany słów nasze paszporty o mało nie zostały podarte, w końcu ktoś "łaskawie" rzucił je na ziemię. Kłótnię przerwał wyższej rangi oficer i dalej spokojnie dokończono spisywać dane. Po godzinie oddano nam dokumenty i mogliśmy spokojnie wjechać do miasta oczekującym przez cały czas autobusem.

Można zaoszczędzić dużo czasu, spisując wcześniej po francusku dane personalne wszystkich podróżnych na oddzielnych kartkach, które zostawia się żołnierzom na posterunkach kontrolnych. Dane muszą zawierać co najmniej nazwisko, imię, ewentualnie nazwisko panieńskie, stan cywilny, datę i miejsce urodzenia, adres, zawód, imiona i nazwiska rodziców, numer paszportu, datę i miejsce wydania, organ wydający, datę ważności, datę wjazdu do Maroka. 10 kompletów powinno wystarczyć do Mauretanii.

W mieście dowiedzieliśmy się, że autobus do Dakhli odjeżdża dopiero następnego dnia rano. Dokładnej godziny odjazdu nikt nie znał, mówiono raz o 7.00, raz o 8.30. W tej sytuacji wyszliśmy za miasto, by spróbować autostopu.

Nie było problemu z dostaniem się do posterunku kontrolnego kilka kilometrów za miastem. To najlepsze miejsce do zatrzymywania pojazdów, które muszą bardzo zwolnić, a nawet zatrzymać się dla okazania dokumentów. Nikomu nie przeszkadzała nasza obecność, ale niestety na drodze nie było żadnego ruchu. Prażąc się na słońcu spędziliśmy kilka godzin. W końcu zatrzymał się kierowca nowego terenowego Nissana. Mieliśmy wielkie szczęście: pojazd prowadził miejscowy handlarz-przemytnik samochodów, który jechał w najbliższym konwoju do Mauretanii (mieliśmy zapewniony transport przez najtrudniejszy odcinek podróży).



Dakhla i dalej do granicy

Droga z Laayoune do Dakhli jest w dobrym stanie technicznym, a i nasz doświadczony kierowca mógłby startować w rajdzie Paryż-Dakar. Pięćset kilometrów przebyliśmy zaledwie w kilka godzin. Po drodze musieliśmy zatrzymywać się wielokrotnie na wojskowych posterunkach kontrolnych. Za każdym razem dokładnie spisywano nasze personalia.

Ostatnim dużym miastem w Saharze Zachodniej po drodze do Mauretanii jest położona na półwyspie Dakhla. Miasto nie ma nic szczególnego do zaoferowania podróżnym (lotnisko, głównie wykorzystywane przez wojsko, kilka hotelików, ok. 3USD od osoby) w pobliżu śmierdzącego targu, parę kawiarenek, stacja benzynowa. Można się tu jednak zaopatrzyć w prowiant na dalszą drogę (na bazarze sprzedają wiele różnych warzyw i owoców, które będą dostępne dopiero w stolicy Mauretanii). Kilka kilometrów przed wjazdem do miasta znajduje się kemping, na którym zazwyczaj zatrzymują się zmotoryzowani podróżnicy. Na kempingu jest kilka pustych pomieszczeń do wynajęcia dla nieposiadających namiotów.

W Dakhli wszyscy czekają na uformowanie konwoju. Formalności z tym związane najlepiej zacząć załatwiać dwa dni przed odjazdem. Konieczna jest wizyta w miejscowej bezpiece (Sutere National), w żandarmerii (potrzebne dwa zdjęcia) i u celników (Douane - jeśli jedzie się własnym pojazdem). Konwój odjeżdża dwa razy w tygodniu. W dniu odjazdu należy rano przybyć na miejsce zborne przy głównej drodze między kempingiem a miastem. Sprawdzanie dokumentów, formowanie konwoju i inne formalności zajmują wiele godzin. Konwój nie wyrusza zwykle wcześniej niż o 16. Wszystkim jadącym w konwoju żołnierze zabierają paszporty, które oddadzą przed granicą z wbitymi stemplami wyjazdowymi z Maroka.

Po 5-6 godzinach jazdy konwój zatrzymuje się na noc w pobliżu ostatniego posterunku marokańskiego. Wszyscy rozkładają się do spania na piasku w śpiworach albo namiotach. Rano około 8.30 wyruszamy znowu w drogę. Przez krótki czas towarzyszy nam eskorta. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie w piasku giną ostatnie ślady drogi, konwojujący nas od wczoraj żołnierze oddają wszystkim paszporty i z uśmiechem na ustach wskazują ruchem ręki dalszy kierunek jazdy, już na "własne ryzyko". Zaczyna się najbardziej ekscytująca część podróży - przeprawa przez pole minowe.

Nasz doświadczony kierowca popisał się niezwykłą brawurą. Odczekał, aż wszyscy wyruszą przed nim, jakby dla dania pozostałym równych szans, a potem ruszył w pogoń. Czasami skracał sobie drogę w jemu tylko znanych miejscach, innym razem w odruchu solidarności wskazywał pozostałym właściwy kierunek. My z przerażeniem obserwowaliśmy tę szaleńczą jazdę modląc się po cichu, by nie wpaść na minę. Udało się, do miejsca zbornego po drugiej stronie dotarliśmy cało, i to jako jedni z pierwszych. Tu już czekali żołnierze mauretańscy.

Przez dziesięciokilometrowe pole minowe prowadzi rozjeżdżony szlak szerokości pięciu metrów, wijący się w niezrozumiały sposób. Można tylko przypuszczać, że dla ominięcia min.

Na szczęście nikt z konwoju nie wyleciał w powietrze, ale jak stwierdził nasz kierowca, każdego roku ktoś tu ginie od wybuchu. My w czasie jazdy przez te bezdroża żadnych min nie zauważyliśmy. Dopiero po wybraniu się pieszo na "wycieczkę" w pustynię znalazłem kilka min przeciwczołgowych, te można jeszcze jakoś zobaczyć, jeśli nie są przysypane piaskiem; miny przeciwpiechotne są nie do odnalezienia bez przyrządów.

Źródło: TravelBit

TravelBit Tekst pochodzi z książki
wydanej przez Agencję Travelland
prowadzonej przez
Centrum Globtroterów TravelBit

 warto kliknąć

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Świat
WARTO ZOBACZYĆ

Mozambik: Maputo
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AUS i PNG 1; Powietrzny maraton
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl