HAWAJE
22:42
CHICAGO
02:42
SANTIAGO
05:42
DUBLIN
08:42
KRAKÓW
09:42
BANGKOK
15:42
MELBOURNE
19:42
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA Rozdział XXXIX
5TPBnA Rozdział XXXIX

Juliusz Verne


Dnia 27 maja okolica przedstawiała nowy widok. Ukazywały się zdala skały, zwiastujące bliskość gór. Fergusson wiedział o tem z opowiadań swych poprzedników. Ci ostatni narażeni byli na liczne niebezpieczeństwa wśród negrów tych okolic; większa część towarzyszy Mungo-Parka zginęła skutkiem niezdrowego klimatu.

Doktór postanowił stanowczo nie wylądowywać tutaj, ale nie miał chwili spokoju. "Victoria" spadała widocznie; musiano ciągle wyrzucać różne przedmioty, zwłaszcza było to koniecznem przy przeprawie przez góry. Balon wciąż spadał, wężył się, ulegając jednocześnie wydłużeniu.
Kennedy zauważył ten objaw i w obawie zapytał doktora:
- Czy balon niema przypadkiem dziury?
- Nie - odpowiedział Fergusson - ale gutaperka widocznie skutkiem żaru rozmiękła lub stopniała, wodór widocznie się ulatnia.
- Czy nie można temu zaradzić?
- Nie, jedynym środkiem jest ulżenie łodzi, wyrzućmy wszystko, co tylko da się wyrzucić.
- Ale co wyrzucić? - zapytał Kennedy, spoglądając na prawie pustą łódź.
- Namiot, ciężar jego jest dość znaczny.
Joe wziął się zaraz do roboty, rozebrał namiot i wyrzucał części jego składowe.
Balon wzniósł się nieco, ale niebawem zauważano, że znowu spada.
- Poświęćmy wszystko, bez czego obejść się możemy, za żadną cenę nie chciałbym zarzucać kotwicy w tych okolicach. Lasy, przez które teraz przebywamy, są również niebezpieczne.
- Może znajdują się tam lwy, hyeny? - zawołał pogardliwie Joe. - Gorzej jeszcze, mój chłopcze, bo ludzie najbardziej okrutni z całej Afryki.
- Skąd wiadomo o tem?
- Od podróżnych, którzy przed nami tu byli, jesteśmy niedaleko rzeki - mówił dalej doktór - ale widzę już, że balon nasz przez nią się nie przeprawi.
- Gdybyśmy tylko dostali się na brzeg - mniemiał strzelec - poradzilibyśmy sobie jakoś.
- Spróbujmy dotrzeć tam, niepokoi mnie tylko jedno.
- Co takiego?
- Musimy jeszcze przebyć góry, a będzie to trudnem, ponieważ siła wzlotu balonu nie może być wzmocnioną.
- Biedna "Victoria" - żałośnie zawołał Joe; - polubiłem ją tak, jak marynarz swój okręt, trudno mi będzie z nią się rozstać. Wprawdzie nie jest już tak piękną, jak w chwili odjazdu, ale nie trzeba jej za to złorzeczyć.
- Bądź spokojny, Joe, balon opuścimy w ostatecznym tylko razie, będzie on nas jeszcze tak długo nosił, dopóki siła jego doszczętnie się nie wyczerpie. Pragnąłbym tylko, aby mógł wytrzymać jeszcze 24 godzin.
- Słabnie - rzekł Joe - chudnie, życie jego ulata, biedny balon!
- Jeśli się nie mylę, ukazują się teraz na horyzoncie góry, o których wspominałeś, Samuelu!
- Tak jest, wysokość ich zdaje się być znaczną, trudno nam będzie je przebyć.
- Czy nie można okrążyć?
- Nie sądzę.
Niebezpieczne przeszkody zbliżały się szybko, czyli mówiąc dokładniej, wiatr gnał "Victorię" z nadzwyczajną szybkością na spiczaste skały; za każdą cenę balon powinien się wznieść ponad nie, nie chcąc uledz rozbiciu.
- Wypróżnić skrzynie z wodą - zarządził Fergusson, pozostawiając zapas wody na jeden dzień.
- Załatwione! - meldował Joe.
- Czy balon się wznosi? - pytał Kennedy.
- Zaledwie o 20 stóp - odpowiedział doktór, obserwując barometr, ale to nie wystarcza.
Ostro zakończone szczyty gór zbliżały się teraz do podróżnych, zdawało się, że chcą rzucić się na balon, który winien był wznieść się jeszcze o 500 stóp, aby je przebyć.
Wylano zapas wody z dmuchawki, zatrzymując tylko parę kwart, ale i to nie pomogło.
- A pomimo to wszystko musimy się dostać na drugą stronę! - oświadczył doktór.
- Wyrzucę próżne skrzynie? - zaproponował Kennedy.
- Wyrzuć!
- Smutne to - rzekł Joe - gdy trzeba tak pozbawiać się wszystkiego.
- Co się ciebie tyczy Joe, nie chciej się znowu poświęcać, jakeś to już raz uczynił, przysięgnij mi, że się nie ruszysz z miejsca.
- Nie obawiaj się pan, panie doktorze, nie rozstaniemy się.
"Victoria" wzniosła się o jakie 20 sążni, ale szczyt góry sterczał jeszcze wysoko ponad nią.
- Za dziesięć minut łódź nasza zmiażdży się o górę, jeżeli nie przesuniemy się ponad nią - myślał Fergusson.
- Wyrzucić cały zapas mięsa, które jest ciężkie, zostawić tylko pemikan!
Balonowi ubyło znowu około 50 funtów ciężaru, widocznie się wzniósł, ale cóż to pomogło, góra wciąż była ponad nim. Położenie było straszne. "Victoria" sunęła z wielką szybkością; wiedziano, że przy zetknięciu rozleci się w kawałki.
Doktór rozglądał się po łodzi, była ona zupełnie pusta.
- Będziesz musiał broń twą poświęcić, Dicku.
- Broń moją poświęcić? - zawołał wzruszony strzelec.
- Jeśli to jest koniecznem?
- Samuelu! Samuelu!
- To jedynie może nas ocalić!
- Zbliżamy się coraz więcej, coraz więcej! - krzyknął Joe.
Jeszcze o 10 sążni góra przewyższała "Victorię". Joe wyrzucił kołdry, a także parę worków ołowiu i prochu, nie mówiąc nic o tem Kennedy`emu.
Balon znów się wzniósł, przeszedł przez niebezpieczne miejsce, ale łódź znajdowała się jeszcze wciąż pod skałami, o które rozbić się musiała.
- Kennedy! Kennedy! - wołał doktór - wyrzuć broń, inaczej wszyscy zginiemy!
- Czekaj pan, panie Dicku, czekaj! - wołał Joe.
I Kennedy, który odwrócił się na te słowa, ujrzał znikającego Joe`go.
- Joe! Joe! - wołał.
- Nieszczęśliwy! - rzekł doktór.
Szczyt góry w tem miejscu posiadał około 20 stóp szerokości, na drugiej stronie zaś była pochyłość. Łódź właśnie przeszła na tę dość równą przestrzeń.
- Przesuniemy się! przebyliśmy szczęśliwie! - zawołał teraz ktoś, a na głos ten serce doktora drżało z radości.
Odważny chłopiec trzymał się rękoma o dolną krawędź łodzi, biegł pieszo po pochyłości, zmniejszając w ten sposób ciężar o swoją wagę.
Gdy balon przedostał się na drugą stronę i przed Joem ukazała się przepaść, wdrapał się zręcznie po linie i powrócił znów do łodzi.
- Kochany Joe! drogi przyjacielu! - mówił czule doń doktór.
- To, co obecnie uczyniłem, nie było dla pana, ale dla broni pana Kennedy`ego. Od czasu zajścia z Arabem byłem jego dłużnikiem, a ja zwykłem płacić długi; teraz jesteśmy skwitowani. - Rzekłszy to, wręczył strzelcowi jego broń ulubioną.
Kennedy uścisnął dłoń Joe`go, nie wymówiwszy przytem słowa.
Trzeba było, aby "Victoria" teraz wciąż spadała, co nie było trudnem, spadła niebawem na 200 stóp od ziemi i kołysała się zachowując równowagę.
- Poszukamy odpowiedniego miejsca na noc - rzekł doktór.
- Ach! więc nareszcie się zdecydowałeś? - zapytał Kennedy.
- Tak, długo myślałem nad pewnym planem, który obecnie w czyn wprowadzę.
- Szósta godzina, mamy zatem jeszcze dosyć czasu. Joe, wyrzuć kotwice.
Joe usłuchał rozkazu i wkrótce obydwie kotwice zawisły pod łodzią.
- Widzę duże lasy - dodał doktór - umocujemy balon do jakiegoś drzewa. Za nic na świecie nie chciałbym nocy przepędzić na ziemi.
- Więc wcale nie wysiądziemy? - pytał Kennedy.
- Na cóżby się to przydało? - powtarzam wam, że byłoby to niebezpiecznem, gdybyśmy się rozłączyli, nadto będziecie mi do potrzebni pewnej trudnej roboty.
"Victoria" przesuwała się ponad olbrzymiemi lasami, nagle zatrzymała się, kotwice uwięzły. Z nastaniem zmroku wiatr ustał, balon zawisł nad wielkiem zielonem polem, utworzonem z liści wielkich sykomorów.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

RPA: Jaskinia Cango
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

PAM 1: Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl