HAWAJE
09:00
CHICAGO
13:00
SANTIAGO
16:00
DUBLIN
19:00
KRAKÓW
20:00
BANGKOK
02:00
MELBOURNE
06:00
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA; Rozdział XXII
5TPBnA; Rozdział XXII

Juliusz Verne


Piękna noc roztoczyła się nad ziemią, misyonarz spał snem przerywanym.
- On już nie wyzdrowieje - rzekł Joe. - Biedny człowiek, taki jeszcze młody!
- Skona na naszych rękach - mówił doktór. - Oddycha coraz słabiej; nic go nie zdoła ocalić.
- Obrzydliwe bestye - wolał Joe z gniewem - a pobożny ten człowiek znajduje jeszcze dla nich słowa usprawiedliwienia, tak, on nawet im przebacza.


- Niebo zsyła mu jeszcze piękną noc, może ostatnią. Przypuszczam, że nie będzie już wiele cierpiał, zaśnie spokojnie snem wiecznym.
Umierający przemówił parę słów urywanych, doktór zbliżył się doń. Chory skarżył się na brak tchu i żądał więcej powietrza. Odsunięto zasłony namiotu i powiało łagodne, nocne powietrze, które chory z zadowoleniem wciągał w siebie.
- Moi przyjaciele - rzekł on słabnącym głosem; - umieram, niechaj Bóg, który wynagradza dobre uczynki, doprowadzi was do pewnego portu i życzenia moje spełni.
- Niech pan nie traci nadziei - rzekł Kennedy - to tylko przemijający atak osłabienia.
- Śmierć zbliża się - odpowiedział misyonarz - pozwólcie mi spojrzeć jej w oczy odważnie. Śmierć jest tylko początkiem wieczności i końcem wszelkich trosk ziemskich. Pomóżcie mi uklęknąć, bracia moi, proszę was o to!

Kennedy uniósł go, strasznie było patrzeć jak bezsilne członki uginały się pod nim.
- Boże mój! Boże! - wołał umierający apostoł - ulituj się nademną!
Ostatnie słowa, jakie wypowiedział, były błogosławieństwem nowych swych przyjaciół, poczem padł na ręce Kennedy`ego, którego twarz zalała się łzami.
- Umarł! - powiedział doktór, nachylając się nad nim - umarł!
I przyjaciele zgięli kolana, cicho wymawiając słowa modlitwy.
- Jutro rano - rzekł Fergusson - pochowamy go w tej ziemi afrykańskiej, zroszonej krwią jego.

Doktór, Kennedy i Joe podczas reszty nocy czuwali przy zwłokach.
Następnego rana wiatr dął z południa i "Victoria" unosiła się dość wolno ponad pustą, górzystą okolicą. Ukazywały się tu zagasłe kratery, tam głębokie wąwozy; nigdzie jednak nie widziano kropli wody.

Doktór postanowił wylądować w jednym z wąwozów, celem pochowania zwłok. Otaczające góry miały chronić balon przed wiatrami i umożliwić opuszczenie się na ziemię, gdyż nie znaleziono ani jednego drzewa, na któremby można zawiesić kotwicę.
Skutkiem wyrzucenia balastu przy uprowadzeniu misyonarza mógł balon opuścić się tylko za pomocą utraty gazu. Fergusson otworzył zatem klapę balonu i wodór sycząc począł ulatniać się, a "Victoria" natychmiast opuściła się do wąwozu.
Jak tylko łódź dotknęła ziemi, doktór zamknął klapę, Joe zeskoczył na ziemię, trzymając się ręką krawędzi łodzi, a drugą zbierał kamienie, mające zastąpić jego wagę. Wkrótce mógł użyć do tej czynności i drugiej ręki; niebawem złożył 500 funtów kamienia do łodzi, wówczas doktór i Kennedy mogli także wysiąść, a "Victoria" została unieruchomioną.

Ponieważ zebrane kamienie były nadzwyczaj ciężkie, nie potrzeba ich było użyć w większej ilości.
Okoliczność ta była tak uderzającą, iż zwróciła uwagę Fergussona, który zaczął ściślej badać minerał.
- Zadziwiające odkrycie - szeptał do siebie doktór. Kennedy i Joe tymczasem udali się szukać w pobliżu miejsca na grób. Panował straszny upał. Musiano przedewszystkiem oczyścić grunt od kamieni i wykopać dość głęboki grób, ażeby dzikie zwierzęta nie mogły się dostać do zwłok.

Nareszcie skończono tę smutną pracę, grób był gotowy; włożono doń szczątki misyonarza, zakopano i ustawiono rodzaj pomnika z odłamków skał.
Doktór podczas tej czynności towarzyszy stał nieruchomy w oddali, pogrążywszy się w zadumie. Nie słyszał wzywań przyjaciół i nie szukał schronienia przed palącem słońcem.
- Nad czem rozmyślasz? - zapytał Kennedy.
- Nad zadziwiającym kontrastem przyrody, dziwny zbieg okoliczności, wiecie, w jakiej ziemi leży ten skromny człowiek, to serce szlachetne?
- W jakiej? - zapytał Szkot.
- Ten człowiek, który ślubował ubóstwo, spoczywa w kopalniach złota.
- W kopalniach złota? - zawołali jednocześnie Joe i Kennedy z największem zdziwieniem.
- Tak, w kopalniach złota - powtórzył doktór.

Te grudy, które odrzucacie, jako bezwartościowe, są kruszcem najpiękniejszej czystości. - To niemożliwe, niemożliwe! - wołał Joe.
- Przekonasz się o tem niebawem.
Joe rzucił się jak waryat do zbierania rozrzuconych kawałków, Kennedy nie mniej gorliwie zajął się tem samem.
- Uspokój się, kochany Joe - rzekł Fergusson.
- Panie doktorze, pana to wcale nie wzrusza?
- Nie mój drogi, tembardziej, że na nic nam te bogactwa. Nie możemy ich przecież zabrać.
- Co? - nie zabrać? to byłoby...
- Ciężar byłby za wielki dla naszej łodzi! nie chciałem wam nawet mówić o tem odkryciu, aby was nie martwić.
- Mamy więc te skarby zostawić? Porzucić wielki majątek, do nas należący?
- Strzeż się, mój przyjacielu, czy cię opanowała gorączka złota? Czyż cię ten dopiero co pogrzebany człowiek nie pouczył o wartości światowych bogactw?
- Wszystko to prawda - odpowiedział Joe - ale to złoto! - panie Kennedy, czybyś pan nie zabrał stąd parę milionów?
- Co robić, mój chłopcze - odparł Kennedy, nie mogąc się powstrzymać od śmiechu - ponieważ nie przybyliśmy tu szukać skarbów, więc ich też nie zabierzemy.
- Miliony te są zbyt ciężkie - dodał doktór - i nie można ich tak łatwo włożyć do kieszeni.
- Ale, czyby nie można zamiast piasku wziąść kruszec jako balast?
- Na to mogę pozwolić - rzekł Fergusson - z warunkiem jednakże, iż nie będziesz się gniewał, jeżeli będziemy zmuszeni wyrzucić kilkaset funtów.
- Kilkaset funtów - powtórzył Joe - czyż to wszystko jest złotem?
- Tak, mój kochany, można zbogacić niem całe kraje.
- I to wszystko pozostanie tu bez użytku?
- Być może, lecz na pocieszenie powiem ci coś...
- Trudno mnie pocieszyć - rzekł zasmucony Joe.
- Posłuchaj, oznaczę ci ściśle pod względem geograficznym tę miejscowość i po powrocie do Anglii będziesz mógł twoim rodakom o niej opowiadać.
- A więc, panie doktorze, uznaję, że masz pan słuszność i zgadzam się z losem, gdy inaczej być nie może, ale przynajmniej napełnijmy łódź naszą tym kruszcem; co pod koniec naszej podróży pozostanie, możemy uważać za czysty zarobek.
Doktór z uśmiechem przyglądał się tej czynności, poczem oznaczył miejscowość z grobem misyonarza, która znajdowała się pod 22°23` długości i 4°55` północnej szerokości.
Rzuciwszy jeszcze raz wzrokiem na mogiłę, okrywającą zwłoki nieszczęśliwego Francuza, doktór powrócił do łodzi.

Wieczorem tego samego dnia "Victoria" posunęła się o 90 mil na zachód, znajdowała się obecnie o 1400 mil od Zanzibaru.



Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

Seszele: rajskie wyspy
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

@dC 2: Na koniec Polski
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl