HAWAJE
04:37
CHICAGO
08:37
SANTIAGO
11:37
DUBLIN
14:37
KRAKÓW
15:37
BANGKOK
21:37
MELBOURNE
01:37
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA; Rozdział XX
5TPBnA; Rozdział XX

Juliusz Verne


Noc była bardzo ciemna. Doktór nie mógł zbadać kraju, kotwicę wpuszczono do bardzo mocnego drzewa, którego nie można było na razie rozpoznać. Fergusson wedle zwyczaju objął straż od godziny 9-tej, a o 12-tej zastąpił go Dick.

- Dicku, baczność - czujnie strzeż i zwracaj na wszystko uwagę!
- Czy jest co podejrzanego?
- Nie, ale usłyszałem pod nami nieokreślony szum, nie wiem dokąd nas wiatr zagnał, ostrożność nigdy nie zawadzi.
- Usłyszałeś pewnie poruszenie dzikich zwierząt.
- Nie, inny to był szum; jak tylko co spostrzeżesz, nie omieszkaj nas obudzić.
- Bądź spokojny!

Doktór jeszcze raz daremnie nasłuchiwał, poczem ułożył się do snu.
Horyzont był pokryty gęstemi chmurami, wiatr ustał zupełnie. "Victoria", choć przytrzymywana przez jedną tylko kotwicę, zawisła zupełnie spokojnie. Kennedy, opierając się o krawędź łodzi, spoglądał na dół, skierował wzrok na horyzont i zdawało mu się, że widzi jakieś światło. Była chwila, że wyraźnie widział światło w odległości 200 kroków, lecz znikło ono niebawem. Strzelec uspokoił się i oddał się rozmyślaniom, gdy nagle przeszył powietrze ogłuszający świst.

Był to krzyk zwierzęcia, może nocnego ptaka? A może głos ten pochodził z ust ludzkich? Chociaż pojmował ważność sytuacyi, wstrzymywał się jeszcze od budzenia swych towarzyszów; zbadał broń swoją i skierował za pomocą nocnej lunety wzrok ku dołowi. Zdawało mu się, że widzi nieokreślone postacie, wdrapujące się na drzewo i w blasku księżycowym, padłym jak lekka błyskawica wśród dwóch chmur, poznał grupę postaci, poruszających się w różne strony. Przypomniała mu się przygoda z małpami i uważał za właściwe zbudzić doktora.
- Cicho, mówmy jak najciszej!
- Czy się co wydarzyło?
- Tak, trzeba zbudzić Joego.
Jak tylko się ten przebudził, strzelec opowiedział, co zauważył.
- Czy znowu te przeklęte małpy? - pytał Joe.
- Być może, na wszelki wypadek trzeba przedsięwziąć środki ostrożności.
- Joe, wraz zemną - proponował Kennedy - spuści się na dół po drabinie.
- Ja zaś podczas tego - dodał doktór - przygotuję wszystko, abyśmy łatwo mogli wznieść się w górę. Używajcie broni tylko w ostatecznym razie, bezcelowem jest zaznaczanie naszej obecności.

Dick i Joe spuścili się po drzewie i zajęli na gałęzi obronną pozycyę. Przez parę minut nic nie mówiąc, nasłuchiwali. Trzaskanie gałęzi przerywało jedynie ciszę nocną. Wtem Joe pochwycił rękę Kennedy`ego i zapytał:
- Czy pan słyszysz?
- Słyszę, zbliżają się!...
- A może to węże?
- Przypuszczam, że ludzie!
- Wolałbym nawet, żeby to byli ludzie - mówił Joe do siebie - gdyż niecierpię płazów.
- Szum wzmaga się - rzekł po paru chwilach Kennedy.
- Zdaje się, że włażą na drzewo.
- Czuwaj po tej, ja będą czuwał po tamtej stronie.
Siedzieli tak przez parę minut spokojnie, oczekując wypadków, nareszcie Joe szepnął do ucha Kennedy`emu.
- Negrzy!

W tej chwili doleciały do uszu podróżników parę półgłosem zamienionych słów. Joe trzymał strzelbę w pogotowiu.
- Poczekaj! - rozkazał Kennedy.
W istocie dzicy włazili na drzewo, zjawiali się z różnych stron i jak płazy czołgali się powoli, ale pewnie; obecność ich zwiastowały wyziewy ciała, wysmarowanego wstrętnym olejem. Niebawem Kennedy i Joe ujrzeli dwóch negrów szybko ku nim się zbliżających.
- Baczność! - dowodził Kennedy. - Ognia!
Podwójny strzał padł, jak uderzenie piorunu i zgasł wśród okrzyku bólu. Po paru minutach cała zgraja znikła.

Wśród wrzawy, towarzyszącej ucieczce rozległ się dziwny, niezrozumiały obok głos ludzki, wzywający pomocy w języku francuskim: - Na pomoc! Na pomoc!
Kennedy i Joe szybko powrócili do łodzi.
- Czyście słyszeli? - zapytał doktór.
- Naturalnie! - krzyk rozpaczliwy: na pomoc! na pomoc.
- Francuz w rękach tych barbarzyńców.
- Nieszczęśliwy, mordują go, torturują!
Doktór z trudem zdołał ukryć głębokie wzruszenie.
- Nie możemy o tem wątpić - rzekł on - że nieszczęśliwy Francuz wpadł w ręce tych dzikich, ale my go ocalimy.
- Naturalnie, Samuelu, oczekujemy twoich rozkazów. Ułóżmy plan postępowania, najlepiej będzie przy wschodzie słońca uprowadzić Francuza.
- Ale w jaki sposób usuniemy tych nikczemnych negrów?
- Sądząc z ucieczki, przypuścić należy, że nie znają oni broni palnej. Zanim rozpoczniemy działać, oczekujmy świtu i ułożymy plan ratunkowy odpowiednio do właściwości miejsca.
- Biedny, nieszczęśliwy, nie może być daleko - mówił Joe - gdyż...
- Na pomoc! na pomoc! - powtórzył głos żałośnie, ale słabiej niż przedtem.
- Barbarzyńcy! - zawołał Joe wzburzony. - A gdy go tej nocy jeszcze zamordują?
- Słyszysz Samuelu - chwytając silnie za rękę doktora - a gdy go tej nocy jeszcze zamordują? - powtórzył Kennedy.
- To nieprawdopodobne, dzikie plemiona zabijają swych jeńców we dnie, potrzeba im bowiem do tej uroczystości światła dziennego.
- Skorzystajmy z nocy, ażeby się zbliżyć do nieszczęśliwego - rzekł Szkot.
- Będę panu towarzyszył, panie Dicku.
- Nie, moi przyjaciele! Nie! plan ten przynosi zaszczyt waszej odwadze i sercu, ale możecie wszystkich nas zgubić, a tego nieszczęśliwego nie ocalicie.
- Dlaczego? - pytał Kennedy. - Dzicy są przestraszeni, rozproszeni, nie powrócą!
- Dicku, proszę cię, słuchaj mnie, działam we wspólnym interesie, gdybyś został napadnięty i wzięty do niewoli, wszystko byłoby stracone!
- Ale ten nieszczęśliwy czeka, spodziewa się i nie otrzymuje odpowiedzi; nikt mu na pomoc nie przychodzi. Musi myśleć, że uległ złudzeniu, że nie słyszał naszych strzałów...
- Można go uspokoić - odparł doktór; zrobił z rąk tubę i głośno krzyknął po francusku:
- Kimbyś nie był, miej zaufanie, trzej przyjaciele, są blisko ciebie!
Straszny rozległ się krzyk, który bezwątpienia zagłuszył odpowiedź więźnia.
- Duszą go, duszą!... - wołał Kennedy. - Nasze wmieszanie posłużyło tylko do skrócenia godzin męki! Musimy działać!
- Ale jak, Dicku? Co zamierzasz czynić w tej ciemności?
- O! gdyby już dniało! - wolał Joe.
- I cóż byłoby wówczas? - pytał doktór.
- Wówczas położenie wyjaśniłoby się - odparł strzelec - zszedłbym na ziemię i strzałami rozpędził tę zgraję.
- A ty, Joe, cobyś zrobił? - pytał dalej Fergusson.
- Ja bym wskazał więźniowi, w którą stronę ma uciec.
- A w jaki sposób zniósłbyś się z nim?
- Za pomocą strzały, do której przyczepiłbym kartkę, lub głośno krzyknąłbym doń; negrzy przecież języka naszego nie rozumieją.
- Plany wasze są niewykonalne, moi przyjaciele, najtrudniejby było nieszczęśliwemu ratować się ucieczką, gdyby mu się nawet udało zmylić czujność swych katów. Plan twój, Dicku, wystąpienia z bronią palną, możeby się i udał, ale gdyby się nie powiódł, tobyś przepadł i wówczas musielibyśmy ratować dwie osoby zamiast jednej. Nie, musimy mieć po naszej stronie wszystkie widoki powodzenia.
- W każdym razie powinniśmy działać natychmiast - powiedział strzelec.
- Być może - odparł Samuel - podkreślając znacząco to słowo.
- Czy potrafisz pan rozproszyć ciemności? - zapytał Joe.
- Może...
- Jeżeli pan rzeczywiście potrafisz, ogłoszę pana za pierwszego uczonego w świecie.

Doktór milczał przez chwil parę, pogrążywszy się w głębokiej zadumie, a dwaj jego towarzysze spoglądali wyczekująco.
Położenie było wielce naprężone, Fergusson nareszcie przemówił.
- Posłuchajcie: Nasze dwieście funtów balastu są nienaruszone. Jeżeli więzień, który niewątpliwie skutkiem cierpień jest osłabionym, waży tylko tyle, co każdy z nas, to pozostaje nam prócz tego 60 funtów balastu, który wyrzucić możemy, ażeby się wznieść wyżej. Jeżeli opuszczę się do więźnia i wyrzucę ilość balastu, odpowiadającą jego wadze, to równowaga balonu nie ulegnie żadnej zmianie. Gdy zaś potem wzniosę się wyżej, by uniknąć pościgu negrów, wówczas będę zmuszony użyć silniejszego środka, niż dmuchawki tlenowodorowej; wyrzucę w odpowiedniej chwili nadmiar balastu i wzniosę się napewno z wielką szybkością.
- Nie ulega to wątpliwości!
- W każdym razie będziemy mieli tu do czynienia z bardzo niekorzystnym objawem, a mianowicie: gdy później zechcę się opuścić, będę zmuszony stracić pewną ilość gazu, który jest dla nas bardzo cennym, ale nie możemy żałować jego utraty, gdy chodzi o ocalenie człowieka.
- Masz słuszność Samuelu, musimy wszystko poświęcić, ażeby ocalić nieszczęśliwego!
- Działajmy więc, przynieście worki na skraj łodzi, abyśmy mogli się ich pozbyć za jednym zamachem.
- A ciemność?
- Trzymajcie broń w pogotowiu, być może, że będziemy zmuszeni strzelać zbiorowo z karabinu, dwóch strzelb i 10 rewolwerów. Być nawet może, że nie będzie trzeba takiego hałasu. Czyście gotowi?
- Tak! - odpowiedzieli Kennedy i Joe.
- Dobrze, zwracajcie na wszystkie strony uwagę, Joe zsunie balast, a Dick uprowadzi więźnia; nic jednak stać się nie powinno bez mojego rozkazu. Joe uwolnij przedewszystkiem kotwicę i wejdź do łodzi.

Joe spuścił się po linie i po kilku chwilach znowu powrócił do łodzi, a uwolniona "Victoria" zawisła nieruchomie w powietrzu. Podczas tego doktór ściśle badał stan balonu, a przekonawszy się, iż jest w porządku, wyjął ze swej torby dwa kawałki węgla, które przymocował do izolowanych dwóch przewodników drucianych.

Kennedy i Joe przyglądali się tej czynności, nie rozumiejąc jej.
Doktór, ukończywszy swą pracę, stanął w pośrodku łodzi, wziął do rąk węgle i złączył je ze sobą; nagle ukazało się jasne światło pomiędzy dwoma węglami; snop elektrycznego światła, we właściwem słowa tego znaczeniu, rozjaśnił ciemności nocy.
- O mój panie! - zawołał Joe.
- Ani słowa! - rzekł doktór.


Źródło: informacja własna

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

Wybrzeże Kości Słoniowej: Wśród Senufo i Lobi
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 13; Kauai, pierwszy zachwyt
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl