HAWAJE
18:46
CHICAGO
22:46
SANTIAGO
01:46
DUBLIN
04:46
KRAKÓW
05:46
BANGKOK
11:46
MELBOURNE
15:46
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 23; 9`2000; Z Peru do Ekwadoru
AW¦ 23; 9`2000; Z Peru do Ekwadoru



1 wrzesien 2000
W koncu Huancayo. Dlugi drugi dzien drogi. Tez na otwartej pace przez niekonczace sie gory, wijaca sie w gore i w dol niemilosiernie nieasfaltowa droga. Wieczorem umierajac z zimna przybylismy do miasta, gdzie chcielismy zatrzymac sie w tanim hoteliku, aby wziac cieply prysznic. Szukajac czegos taniego wyladowalismy w klaustrofobicznej klitce bez okien, z zimna woda, ktorej jak sie pozniej okazalo i tak nie bylo, bo niskie cisnienie.


2 wrzesien 2000
Jak zwykle w tym kraju, podobnie jak w Boliwi, wszystko zajmuje wiecej czasu niz by sie spodziewalo. Dojechalismy dzis do Cerro de Pasco, gdzie zapytawszy ksiedza w kosciele o nocleg dostalismy na noc apartamencik znacznie lepszy niz we wczorajszym hoteliku, z miekkim lozkiem, oknem, lazienka. Zaprosilismy ksiedza na kolacje. Ryz z warzywkami. Powiedzial, ze pierwszy raz w zyciu jadl wegetarianski posilek. Ale bardzo w porzadku gosc.

3 wrzesien 2000
Dojechalismy ekspresowo szybka ciezarowka do Huánuco. Potem do posterunku policji za miasteczkiem, gdzie zatrzymuja sie obowiazkowo wszyscy kierowcy ciezarowek i daja policjantom zwyczajowych pare soli, aby sie nie czepiali.
Zaprzyjaznilismy sie z policjantami i od kolejnego kierowcy nie wzieli kasy, ale kazali mu nas zabrac. Tak wiec jedziemy. Z super zimnego Cerro de Pasco (ponad 4000m), coraz nizej, az do dzungli. Totalnie inny klimat, zapachy, powietrze, odglosy. Spimy na ciezarowce w Tingo Maria. Nie musimy szukac noclegu. Jutro jedziemy nia dalej.

4 wrzesien 2000
Nic z tego. Nasi kierowcy rozladowujac sie w miescie zlapali jakis inny zaladunek zupelnie w innym kierunku. Pozostalo nam wysiasc, wyjsc z miasteczka i lapac dalej stopa. Poza miastem juz dzungla. Przeszlismy sie kawalek wdychajac nowe, swieze zapachy. Chopin wspial sie na palme i zerwal nam trzy kokosy. Zatrzymala nam sie ciezarowka wiozaca butelki po piwie, zby zamienic je na w pelne az w Pucallpie. Pasuje. Tylko... przy tej jakosci drog i predkosci, z ktora jedziemy dotrzemy tam... jutro rano. Z przerwa na nocleg. Coz, nie mamy duzego wyboru.

5 wrzesien 2000
Pobudka o czwartej (!) rano, bo o tej porze wyruszal nasz kierowca. Dospalismy troszke na ciezarowce i rano zawitalismy w Pucallpie. Dosc okropne miasto, pelne nieustajacego halasu niezliczonych motorowych ryksz na wszystkich uliczkach. Wynajelismy sobie tani, obskurny pokoik, trzeba bylo sie przeprac, woda tylko zimna, ale w tym upale jak znalazl. Jedyna ciekawa rzecz w tym miescie, to nowe, niespotykane wczesniej owoce z dzungli sprzedawane na targu, ktorych nazw nie jestem w stanie spamietac. Jutro zamieniamy drogi na rzeki i ruszamy lodzia do Iquitos. Monika patrzac na mape wymyslila, aby dostac sie do Ekwadoru rzekami, poprzez dzungle. Nie wiemy jeszcze, czy bedzie to mozliwe, ale trzeba sprobowac.

6 wrzesien 2000
Straszna ta Pucallpa. Chopin stracil swoj wspanialy, niezastapiony "leatherman" - noz i zestaw narzedzi do wszystkiego. Wrociwszy z zakupami na droge z targu zastalismy caly nas hotel zasprayowany toksyczna substancja przeciw karaluchom i owadom. Rozlozylismy sie wiec z jedzeniem papai i salatki na chodniku na zewnatrz i w momencie, kiedy Chopin skoczyl po cytryne, ktos nam zakosil noz. Coz... Ale opuszczamy juz to okropne miasto.
Jestesmy juz na lodce. Przyjechawszy do portu zostalismy doslownie zaatakowani przez tlum tragarzy-naganiaczy, kazdy usilujacy zaciagnac nas na swoja lodke. Szczesliwym przypadkiem udalo nam sie dostac na te najwczesniej odplywajaca, a ze jest konkurencja cena poszla w dol i kapitan zgodzil sie zabrac nas nie za 60 soli od osoby, a za 100 za nas troje. Nie jest zle. Zainstalowalismy sie luksusowo na gornym prawie pustym pokladzie. Przyjemny domek wsrod skrzynek i plastikowych kanistrow. Tyle, ze bez dachu, ale przestronnie, bez tlumu i scisku jaki panuje pietro nizej, gdzie sto iles hamakow wisi scisnietych jeden kolo drugiego wraz z ich wlascicielami i rodzinami. Na najnizszym pokladzie pod ciezarowka, ktora nasza "Claudia" rowniez wieze, pasa sie dwie kozki. Sa tez kaczuszki w skrzynce i prosiaczki. I skrzynka pelna kurczakow, chyba na obiad. Plyniemy.

7 wrzesien 2000
Pierwszy poranek rejsu na rzece Ucayali. Pierwsza noc, calkiem przyjemna, za nami. Troche podobnie do naszego rejsu Amazonka w Brazyli, tylko standard statku inny. Nie ma zbiornika ze schlodzona czysta woda do picia i plastikowych kubeczkow, porannej kawy, kulturalnych prysznicy. Jedzenie jest wydzielane, a to lepsze sprzedawane, a glebokosc wody sprawdzana jest nieustannie za pomoca zrzuconego na sznurku ciezarka. Ale i tak jest ladnie i ciekawie. Tylko Monika marudzi, ze dzungla malo dzunglowata, a Indianie malo indianscy.

8 wrzesien 2000
Przyjemnie uplywa nam rejs. Zapoznajemy sie powoli z zaloga i pasazerami. Chopin prowadzi juz bez problemu po hiszpansku zazarte dyskusje na tematy filozoficzno-religijno-wegetarianskie z czlonkami dziwnej grupy religijnej - Izraelitami, goscmi z dlugimi wlosami i szatami jak z czasow Chrystusa. Dyskusja zapoczatkowana tym, ze zabili na pokladzie swinie. W garnku wyladowal tez cierpliwie czekajacy swojego losu uwiazany za noge przy kuchni kogut. Coz... pewnie nie zmienimy swiata, ale poszerzymy perspektywe ludziom, ktorzy pierwszy raz w zyciu zetkneli sie z dziwnym konceptem niejedzenia zwierzat.
Dookola naszego domku na gornym pokladze, przypominajacego coraz bardziej poludniowoamerykanski slums (skonstruowany z desek, blachy, snurkow i plachty, dla ochrony przed deszczem), ostatnimi czasy zaloga suszy kruszonke sojowa, zamoczona w workach na dolnym pokladzie. Przytaszczaja worki na gore, wysypuja, susza, pakuja z powrotem, tak przez caly dzien.

9 wrzesien 2000
Kazano nam zwinac sie i przeniesc z naszym wspanialym slumsem, aby zrobic wiecej miejsca do suszenia soi. Przenieslismy sie do przodu, tuz kolo sterowki, i Chopin skonstruowal nam jeszcze lepszy domek, teraz dodatkowo z widokiem na rzeke z przodu. Milo sie plynie. Gotujemy sobie troche, aby uzupelnic diete serwowana przez pokladowa kuchnie z ryzu i gotowanych zielonych bananow robiacych tu za ziemniaki. Za rybki i zwloki koguta dziekujemy. Chopin zaprzyjaznil sie z krolikiem, ktory zezarl nam banany i obsikal spiwor.

10 wrzesien 2000
Doplywamy dzis do Iquitos. Mialo byc o trzeciej, juz jest po czwartej, a ciagle plyniemy. Mowia, ze podobno celowo zwolnilismy, aby zdazyc wysuszyc przed doplynieciem do miasta reszte soi. Zwinelismy nasz domek i zabralismy sie z plecakami na nizszy poklad, gdzie stosy tobolkow, dzieciaki, zwierzaki i wszyscy pasazerowie cierpliwie wyczekuja Iquitos.
Znowu trafilismy. Wchodzimy w poszukiwaniu noclegu w Iquitos do katedry na Plaza de Armas. Tam akurat konczy sie jakas uroczysta impreza dla z biskupem i ksiezmi. Jednym z nich okazuje sie Grzegorz - Polak, mieszkajacy tu od czterech lat. On to zawozi nas poza centrum i oddaje w rece ojca Marka, tez Polaka, prowadzacego tu parafie. Dostajemy pokoik oraz pytanie czy bylismy na mszy (dzis niedziela!). Nie bylismy. Co tam, mozemy pojsc. Nie wdajemy sie na razie w glebsze wyjasniena. Na mszy imponuje nam energia i zaangazowanie mlodziezowej grupki chorku oraz licznych ministrantow. Spiewy z gitara i bebnem.

11 wrzesien 2000
Iquitos. Dzien pelen wrazen. Odwiedzilismy lokalny dom dziecka, gdzie Marek ma darmowy dostep do internetu. Potem port, gdzie dowiedzielismy sie tyle co wczoraj, tzn., ze poki co nie ma zadnej lodzi plynacej do Ekwadoru (pelno za to w nieinteresujacych nas juz kierunkach - do Brazylii i Kolumbii). Moze przyplyna jutro. To samo mowili wczoraj. Zobaczymy. Na niesamowitym targu w centrum poprobowalismy znowu nowych, niesamowitych owockow. Zasmakowalam tez w napoju pomaranczowego owocka z palm w dzungli - aguaje. Polazilismy tez po dzielnicy Belen, pelnej slumsowatych domow na szczudlach. Teraz sucho, w porze mokrej podobno po uliczkach, po ktorych teraz chodzilismy porusza sie tylko lodkami.
Po poludniu kolejna atrakcja. Pojechalismy z naszym ksiedzem jego pickup`em zaladowanym po brzegi animatorami do wiosek, w ktorych szerza swoja misje. Wieczorem polowa msza w wiosce, ktora dopiero buduje swoj kosciol. Najwieksze zainteresowanie wykazaly tlumnie przybyle dzieciaki, bo duzo piosenek z klaskaniem i w ogole cos sie dzieje.

12 wrzesien 2000
Pojechalismy do Indian. Indian Bora w dzungli. Mala lodka, potem prawie godzine wglab pieszo. Sciezka doprowadzila nas do polany z okraglym miejscem pod dachem z palmowych lisci. Indianie na nasz widok pospiesznie rzucili sie przebrac. Z szortow i koszulek w swoje tradycyjne okrycia bioder.
Czekaja tu na turystow, z ktorych zyja. Zaproponowali tradycyjny taniec za 25 soli. Podziekowalismy. Troche nie o to nam chodzilo... Nalegali, zeby wobec tego chociaz kupic cos z ich pamiatek specjalnie dla turystow. Akurat kasy mielismy tyle co na powrot lodka do miasta, wiec wymienilismy sie tylko. Pozlacany pierscionek, ktory Chopin znalazl w strumieniu w Wenezueli, na ichniejszy naszyjnik z nasion i kolorowych pior. Znalezlismy w dungli jakies dziwne duze orzechy. Dobre. Pytamy Indian, co to za orzechy, a oni robia duze oczy i pytaja gdzie znalezlismy, bo oni takich nie znaja. Tacy to Indianie. Ale pogadalismy sobie z jednym gosciem, poopowiadal jak zyja. Okazuje sie, ze sa, jak to ujal "na nowo narodzeni", czyli ochrzczeni ewangelicy. Po czym zaczal krotkie kazanie cytujac z pamieci Biblie. Niesamowite, jak to odwrocily sie role. Nie tak dawno bialy czlowiek nawracal w dzungli Indian, a teraz...

13 wrzesien 2000
Zjezdza sie tutaj coraz wiecej Polakow. Przyjechala Magda, ktora zbiera materialy do swojej pracy magisterskiej o wplywie misji na lokalne spolecznosci (obiektywnie), oraz Arek krecacy filmy-reportaze, glownie z Polakami tutaj. Zaprosilismy ich na kolacje. Przygotowalysmy z Monika nowoodkryta potrawke - "tacachos" - kulki z pieczonych zielonych bananow z salsa i surowka, a Chopin ryz na mleku kokosowym.

14 wrzesien 2000
Marek zawiozl nas wszystkich, Polakow do parku-ZOO ze zwierzetami wylacznie z regionu. Przyjemnie miejsce... gdyby nie te klatki. Strasznie ciasne, depresyjne. Jaguary i inne wielkie koty na betonowej podlodze w klatce bez jednej rosliny. Spotkalismy tez duza, czarna malpe na wolnosci, ale trzymajaca sie z ludzmi. Zlapala sobie w dzungli olbrzymia zabe, ktora trzymala biedna jako maskotke, to w rece, to w nodze, to w ogonie. Nie dala jej uwolnic. Lokalne dzieciaki mowia, ze zawsze z zaba chodzi. Zaba przezywa do trzech dni, po czym pada z wysuszenia i zameczenia, wtedy malpa wymienia zabe na nowa.

15 wrzesien 2000
Opuszczamy Iquitos. Zobaczylismy, co bylo do zobaczenia. Zjechalo sie jeszcze wiecej Polakow. Wczoraj wieczorem trojka mlodych wloczegow. Sam Marek mowi, ze nigdy tylu tu nie bylo. Mamy tu jakies szczescie. Piewrsza osoba, z ktora rozmawialismy tuz po przyjezdzie do miasta byl gosc, ktory zagadal nas w kosciele na glownym placu. Spotkalismy go ponownie pozniej, na ulicy. On to mial nam pomoc zalatwic statek. Potem zniknal, zostawiwszy tylko wiadomosc, ze mamy statek dzis o piatej z portu Masusa.
Okazalo sie, ze statek owszem jest, ale nie wiadomo kiedy wyplywa, mowia zeby przyjsc za pare dni, moze juz beda wiedziec. Znalezlismy za to inny statek plynacy dzis, tyle ze nie do samego Ekwadoru, nie nawet do granicy, ale w dobrym kierunku, rzeka Napo. Nie ma na co czekac, trzeba plynac. Co dalej zobaczymy. Musza byc jakies inne, moze mniejsze lodki. Zaokretowalismy sie wiec tutaj.

16 wrzesien 2000
Zainstalowalismy sie jak zwykle na dachu, zbudowalismy domek, dach z naszej plachty, ale taki deszcz jak spadl dzis w nocy poradzil sobie ze wszystkim. Lezelismy wiec w polmokrych spiworach, kapal deszcz, hulal wiatr, a ze sterowki tuz pod nami nadawal na cala pare okrutny magnetofon. Ale przeszlo, minelo, przetrwalismy.Jest juz dzien, znowu swieci slonce, moze nie bedzie tak zle. Poza tym zaprzyjaznilismy sie z pulchna kucharka, ktora ubawila sie szczerze, slyszac ze nie jemy miesa, bo zal nam zabijanych zwierzat. Dala nam trzy pomidory, dwie marchewki i cebule i wyslala po ziemniaki do "patrona", czyli kapitana, bo ziemniaki gotuja tu razem ze swiezozabita kura.

17 wrzesien 2000
Nie wiadomo co lepsze, tzn. co gorsze, wietrzysko i przedostajacy sie do spiworow deszcz na przestronnym gornym pokladzie, czy scisk wsrod tlumu pasazerow i ogluszajacy ryk silnika pietro nizej. Zmuszeni bylismy sie przeprowadzic, bo wlasciciel skrzynek i desek, z ktorych zbudowalismy nasz domek wysiadl razem z nimi wczoraj wieczorem w jakiejs wiosce po drodze. Dzis juz troche ubylo pasazerow, wykruszajacych sie powoli w kolejnych wioskach w dzungli. Suniemy powoli dalej, czytajac, gotujac, obserwujac zycie rzeki i zmieniajace sie dramatycznie kolory nieba i wody, najniesamowiciej jak zwykle tuz przed i po ulewnym deszczu.

18 wrzesien 2000
No to przybylismy. Do wioski, ktorej nie ma na mapie i ktora, tak jak sie obawialismy sklada sie z kilku drewnianych chatek na palach przy brzegu rzeki, na skraju dzungli. Jedyny sklepik (sprzedajacy herbatniki, gazowane napoje i mydlo) odplynie jutro rano wraz z nasza lodka. Dlatego nieliczni mieszkancy przybyli wieczorem na nasza nocujaca tu lodz posiedziec przy swietle i napic sie Inca Koli. Dalej nie plyniemy, bo dalej nie ma pasazerow, ani towaru. Wypytalismy o inny transport. Mowia, ze owszem, jest stateczek do Pantoja (przygranicznej wioski), raz na pare tygodni przeplywa. Oczywiscie nie wiadomo nigdy kiedy. Nie ma co sie stresowac, czy niepokoic, poczekac trzeba po prostu, a uslyszawszy z oddali silnik przybiec na brzeg i machac. Proste.

19 wrzesien 2000
Okazuje sie, ze wcale nie trzeba byc wysadzonym na wysepce (tak jak kiedys w Panamie bylismy), aby byc uwiezionym w jednym miejscu bez mozliwosci zrobienia czegokolwiek, oprocz pelnego nadziei czekania. Mowia, ze byla tu kiedys inna para obcokrajowcow. Czekali jakies 15 dni. Coz nam pozostaje...?
Zainstalowalismy sie pod niewielkim daszkiem kolo placu/laki/pastwiska/boiski do pilki noznej jednoczesnie. Wioska sklada sie z pieciu chat oraz szkolki, do ktorej przybywaja malymi drewnianymi lodkami wioslujac dzieciaki z porozrzucanych na brzegu rzeki chat, ze sporego terenu. Podczas przerw przychodza tlumnie i w gromadzie stoja i patrza sie na nas. Bez slowa, tylko szepcza czasem miedzy soba. Podczas kolejnej przerwy trzy dziewczynki sie osmielily, podeszly, podaly reke, po czym spytaly ile kosztuja moje bransoletki. Branoletki z wysp San Blas, ktore niezmiennie fascynuja wszystkich Indian. Niestety, nie na sprzedaz.
Przeszlam sie sciezka do dzungli powdychac troche jej magicznego powietrza i atmosfery oraz poszukac nasion i innych skarbow na zrobienie koralikow i bransoletek z lokalnych materialow. Idac powoli i majac oczy szeroko otwarte wiele ciekawych rzeczy mozna spotkac.

20 wrzesien 2000
Skonczyly sie nam prawie zapasy jedzenia, ale z glodu nie zginiemy. Z najblizszej chaty dostalismy za sola pokazna kisc zielonych platanow oraz juke. To podstawa tutejszej diety i tego nigdy nie zabraknie. No i oczywiscie ryby. Gorzej ze swiezymi owocami czy warzywkami. Ale mowia, ze w sezonie sa ananasy, grejfruty. Sadza tez orzeszki ziemne, kukurydze, fasolke. Spokojne, samowystarczalne zycie. W harmoni z dzungla i rzeka.
W najblizszej chacie mieszka rodzinka z dziesieciorgiem dzieci. Codziennie wczesnie rano, nie wiem czy ojciec, czy synowie wyplywaja zlowic troche ryb na sniadanie. Obserwowalam, jak pozniej dziewczynki, male, kilkuletnie, patroszyly i czyscily te ryby na lodce. Potem rozebraly sie, wykapaly, popluskaly, na koniec jeszcze wypraly sukieneczki, ktore wczesniej mialy na sobie, starsza wziela kociolek z rybami na glowe, mlodsza miske z praniem i poszly do chatki, a najmlodsza, dwuletnia, podreptala truchcikiem za nimi.

21 wrzesien 2000
Nie ma co, mamy szczescie. Po poludniu dzisiaj (czwartego dnia w Rumi Tuni) uslyszelismy w oddali dzwiek motoru. Po paru minutach pojawil sie stateczek. Na pokladzie, na dachu, wszyscy w zielonym. Wojsko! Oby sie tylko zatrzymalo. Ale ciezko nie odpowiedziec na nasze zdesperowane machanie. Sam kapitan zszedl na lad z nami pogadac, po cym popatrzec jak w pospiechu zwijamy moskitiere, spiwory, pakujemy plecaki.
To jestesmy goscmi na pokladzie statku z kilkuset zolnierzami, w wiekszosci rekrutami peruwianskiej armi. Dzieciaki. Wiekszosc wydaje sie bardzo niepelnoletnia, wielu chlopcow nie wyglada nawet na 15 lat. Mlodzi siedza na podlodze w ciasnych rzedach, piatkami. Tylko starsi moga swobodnie sie poruszac.

22 wrzesien 2000
Ciekawe doswiadczenie, podroz tym statkiem. Czas uplywa tu od posilku do posilku, a racje dostaja tu dosyc glodowe. Oddalismy chlopakom resztke ryzu z fasolka z naszego obiadu, rzucili sie jak sepy wyrywajac sobie nawzajem. Pomiedzy posilkami niewiele - siedza w rzedach na podlodze. Po sniadaniu cwiczenie wojskowych piosenek. Przed obiadem przystanek i szybka kapiel w rzece (jedyny prysznic na statku wszystkim by nie podolal). Pare razy przystanek przy chatkach przybrzeznych i raz w wiekszej wiosce. Oni - w poszukiwaniu miesa do kupienia, my - owocow. Udalo im sie kupic pocwiartowanego krokodyla oraz jakies niezydentyfikowane zwloki obrane ze skory. Nam po dlugich poszukiwaniach, w jednej chatce sprzedali ananasa. Mieso na statku i tak jedza glownie oficerowie. Chlopcy dostaja ryz z fasolka, a szef dziwi sie, ze my tez to wolimy.

23 wrzesien 2000
Kolejny dzien spedzony na obserwowaniu mlodocianych rekrutow. Przed doplynieciem do bazy chlopcy dostali rozkaz przebrania sie w swoja druga (nowa, czysta) zmiane zielonych szortow i koszulek. Pod wieczor dotarlismy. Czesc zostaje tutaj, w Pantoja, czesc bedzie sie przeprawiac dalej inna lodka, inna rzeka, po czym pieszo przez dzungle, do granicy peruwiansko-ekwadorsko-kolumbijskiej. Dostalismy zaproszenie, aby przespac sie jeszcze kolejna noc na statku. Skorzystamy, tym bardziej, ze na dworze pada.

24 wrzesien 2000
Po zle przespanej nocy (z ciagle chodzacym motorem) z lekko bolaca glowa i gardlem wysiadlam na lad i przeszlismy przez baze wojskowa do wioski. Aktualnie nie ma do Rocafuerte (pierwsza miejscowosc w Ekwadorze, jakas godzine drogi stad) zadnego transportu. Kiedy bedzie? Jak przyplynie to bedzie. Juz sie przyzwyczajamy. Zreszta z pewnoscie "maniana". Dostalismy za to oferty od mieszkajacego tu Ekwadorczyka, ze moze zawiesc nas swoja lodka za cene paliwa tylko, ktore jak klamie, kosztuje go 20$ - za godzine drogi. Coz... poczekamy. Poki co, przeszedlszy sie po wiosce udalo nam sie zdobyc papaje, ananasa, avocado. Nie w sklepiku, bo takich rzeczy tu sie nie sprzedaje, to kazdy po prostu ma. Kupilismy lub dostalismy bezposrednio od ludzi. Nie zginiemy.


Ekwador

25 wrzesien 2000
Szczescie nas nie opuszcza. Majacy w Pantoja sklepik Ekwadorczycy wybierali sie dzis rano do Rocafuerte i udalo sie nam z nimi zabrac, i po ciezkim targowaniu wynegocjowac w miare przystepna cene. Mala, drewniana lodka, ale z szybkim, sprawnym motorem. Rocafuerte, jak slyszelismy, to mialo byc miasto, z regularnym transportem rzecznym do Coca, odleglej o dzien drogi miescowosci, gdzie zaczyna sie droga. Jak sie okazalo, Rocafuerte to sredniej wielkosci wioska, a regularny transport oznacza odplywajaca regularnie lodke - w kazdy czwartek. Dzis poniedzialek. Rewelacja. Zarejestrowalismy sie w kapitanacie, gdzie nie mieli dla nas pieczatki wjazdowej (nie mamy tez wyjzdowej z Peru, bo nie bylo gdzie) i rozejrzelismy sie po wiosce. Kupilismy strasznie tanie banany (lokalne) i strasznie drogie pomidory (sprowadzane z Coca) placac bezposrednio dolarami, bo Ekwador jest w trakcie "dolaryzacji", tylko do konca roku jeszcze funkcjonowac bedzie razem z dolarem ich stara waluta sucre (obecnie 1$ = 25 000 sucre). Szwendajac sie po wiosce natknelismy sie na czlowieka, ktory wyrusza dzis do Coca. Wiecej szczescia nie moglismy miec. Tyle, ze zatrzymuje sie gdzies po drodze na noc i dotrzemy dopiero jutro.

26 wrzesien 2000
Monika lezy na rozpietym pod daszkiem lodki hamaku, Chopin przepolowiona plastikowa butelka wylewa naciekajaca wciaz z padajacego deszczu wode, ja siedze skulona pomiedzy plecakami, olbrzymia galezia bananow i plastkiwowymi zbiornikami i pisze; halasuje silnik, zacina deszcz, przesuwa sie z obu stron zielona sciana dzungli, rozpruwamy brazowa wode Rio Napo. Ekwador. Za trzynascie godzin mamy dotrzec do Coca.

27 wrzesien 2000
Za wczesna radosc. Nie ma tak latwo. Nie tylko nie doplynelismy wczoraj do Coca (zatrzymalismy sie na noc w malej wiosce, pytamy ile jeszcze, mowia - polowa drogi), ale dzis nagle okazalo sie, ze juz nie mamy paliwa. Gosc oczekiwal od nas, ze wylozymy. Jesli nie, to nie ruszymy. No to nie... Mozemy poczekac. Po jakims czasie paliwo sie znalazlo, pieniadze rowniez. I plyniemy dalej. Mamy na pokladzie dodatkowych pasazerow - dwie swinie, ktore wczoraj kapitan wymienil przy nadbrzeznej chatce na beczke ropy. Taki to handel wymienny tutaj kwitnie. Do naszego statku wojskowego, jeszcze w Peru, tez podplywaly male wioslowe lodki i wymienialy kisc bananow, czy koszyk ryb na niewielkie ilosci paliwa.

Po poludniu dotarlismy do Coca. Hura - droga, ulice, samochody! Szukajac noclegu przedstawiamy sie w wikariacie i pytamy, czy mozemy rozmawiac z ksiedzem. "Ksiedzem Zbigniewem?" Zaskoczeni totalnie mowimy, ze tak i wychodzi nam na spotkanie mlody Polak zakonnik. Mamy nocleg.

28 wrzesien 2000
Chyba na tych lodkach mnie przewialo, bo cala noc mialam goraczke i gardlo mnie boli. Ale co zrobic. Trzeba jechac do przodu, dotrzec w koncu do Quito. Nie jest juz daleko, tylko drogi nieasfaltowe i posuwamy sie powoli. Podroz rzeka byla piekna i niezapomniana, ale z ulga przesiedlismy sie na samochody, po paru tygodniach samej dzungli i rzeki. Powolna ciezarowka nie znajaca co to resory, do Lago Agrio, dalej pickup`em, az do wieczora, do wioski, ktora nie wiemy jak sie nazywa.

29 wrzesien 2000
Quito. Dotarlismy w koncu do stolicy. Nikt z nas nie przypuszczal, ze tyle czasu nam to zajmie, ale wrto bylo przyjechac-przyplynac do Ekwadoru ta wlasnie droga. Dzis zabral nas z rana sprawny, szybkomknacy pickup i po paru godzinach jazdy przez coraz to wspanialsze krajobrazy, wspinajac sie po drodze na 4000m, dotarlismy do stolicy. Tu pierwsza rzecz - sprawdzenie maila. Odpowiedzial nam i podal swoj telefon znajomy Amerykanki, ktora podwiozla nas kiedys w Meksyku. Zadzwonilismy. Oczekiwali juz na nas od jakiegos czasu. Wyjechal po nas Roberto, brat Ivana, z ktorym korespondowalismy e-mailem. Spokojna, mila rodzinka.

30 wrzesien 2000
Calodniowa wyprawa na niesamowity targ w miasteczku Otavalo, bo dzis sobota, akurat dzien targu. Scenki strasznie malownicze, az nie moglam sie napatrzec chodzac po targowych uliczkach kilka godzin. I nie przeszkadzal nawet fakt, ze wszystko dosyc turystyczne. Indianie autentyczni, mezczyzni w bialych spodniach i ciemnych ponczach, i z warkoczem. Kobiety w tradycyjnych spodnicach, ozdobnych bluzkach i z masa korali na szyi. Tak chodza na co dzien.

¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Argentyna: Wysokie góry pasma Aconcaguy
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

@dC 1: Samotnik wyrusza!
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl