HAWAJE
00:37
CHICAGO
04:37
SANTIAGO
07:37
DUBLIN
10:37
KRAKÓW
11:37
BANGKOK
17:37
MELBOURNE
21:37
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA; Rozdział XV
5TPBnA; Rozdział XV

Juliusz Verne


- A teraz, kochany Samuelu - odezwał się strzelec - opowiedz nam o wizycie swojej u sułtana. Co to za człowiek?
- Stary, na wpół umarły pijak - odpowiedział doktór - którego strata nie da się zbyt dotkliwie odczuć. Podczas rozmowy o sułtanie, jego dworakach i pałacu, niebo w kierunku północnym pokryło się gęstemi chmurami. Dość silny wiatr posuwał "Victorię" w stronę północno-wschodnią.


Około 8-mej wieczorem podróżni znaleźli się pod 32°4` długości i 4°17` szerokości, prądy atmosferyczne gnały balon pod wpływem zbliżającej się burzy z szybkością 35 mil na godzinę.
Urodzajne okolice Mfuto przelatywały szybko pod nimi. Widowisko było prześliczne i podróżni zachwycali się niem.
- Jesteśmy w środku kraju księżycowego - powiedział doktór - gdyż nazwa ta do tej pory prawdopodobnie została utrzymaną; księżyc tam zawsze jest czczony.
W istocie piękny to kraj, nigdzie piękniejszej nie można znaleźć roślinności.
- Dlaczego to piękno właśnie przypadło w udziale tym barbarzyńcom? - zauważył Kennedy.
- Być może - odpowiedział doktór - że kraj ten kiedyś stanie się środkowym punktem cywilizacyi.

Narody przyszłości osiądą tutaj, gdy środki wyżywienia w krajach europejskich ulegną wyczerpaniu.
Gdy tak rozmawiano, balon sunął tymczasem dalej, wkrótce ujrzano główny dopływ jeziora Tanganiyka, Malagasari. Zwierzęta o dużych garbach pasły się na łąkach i nikły często w gęstej trawie; lasy, wydzielające pyszne zapachy, przedstawiały się oczom jak olbrzymie ogrody, lecz w tych ogrodach ukrywały się przed skwarem letnim lamparty, hyeny i tygrysy.
- Co za przepyszny kraj do polowania - wołał pełen zapału Kennedy. - Strzał nie byłby daremny, wartoby może spróbować.
- Nie, mój kochany Dicku, zbliża się noc burzliwa, przyczem burze w tym kraju są straszne.
- Czy nie byłoby dobrze wobec tego spuścić się na ziemię? - zapytał Joe.
- Wolałbym raczej wznieść się wyżej, lecz obawiam się, że skutkiem skrzyżowania się prądów atmosferycznych, mogę być usunięty z obranej linii.
- Czy zamierzasz - pytał Kennedy - zmienić kierunek drogi?
- Jeżeli mi się uda, trzymać się będę o 7-8 stopni bliżej północy i spróbuję wznieść się do tej szerokości, na której znajdować się mają źródła Nilu.
- Patrz! - wołał Kennedy, przerywając towarzyszowi - patrz, jak ze stawów wyglądają konie rzeczne i owe krokodyle złośliwe, łaknące powietrza.
- Duszą się one prawie z upału - mniemał Joe. - Ach, co za wspaniała jazda! Jak można spokojnie przyglądać się rozmaitym bestyom, panie Samuelu! panie Kennedy! czy panowie widzicie to stado zwierząt, posuwających się w zamkniętym szeregu?
- Będzie około 200 wilków.
- Nie Joe, są to psy dzikie, które nie obawiają się stoczyć walki nawet ze lwami. Być przez nich napadniętym, jest dla podróżnika najstraszniejszym wypadkiem, bezzwłocznie zostaje rozszarpanym na kawałki.
Pod wpływem nadciągającej burzy rozmowa przycichła. O godzinie 9-tej wieczorem "Victoria" znalazła się nad Msene, wielkiem zbiorowiskiem wsi, których skutkiem zmroku nie było można dojrzeć.
- Duszę się - powiedział Szkot, wciągając w siebie powietrze. - Czy nie opuścimy się?
- A burza? - wtrącił z niepokojem doktór.
- Jeżeli boisz się być porwanym przez wiatr, to będziesz musiał spuścić balon.
- Być może, że burza jeszcze tej nocy nie powstanie - dodał Joe - chmury są bardzo wysoko.
- Jest to właśnie powód, który mnie powstrzymuje wznieść się ponad nie.
- Zdecyduj się Samuelu, sprawa nagli!
- Gniewa mnie to, że wiatr ustał - wtrącił Joe - mógłby nas ponieść daleko od burzy.
- Źle jest w istocie, gdyż chmury grożą nam niebezpieczeństwem, zawierają one przeciwne prądy, ciągnące nas w swój wir i błyskawice, które mogą wzniecić pożar na balonie. Z drugiej znów strony siła uderzenia wiatru może nas ku ziemi rzucić, gdy uczepimy kotwicę na drzewie.
- Cóż więc począć?
- Musimy "Victorię" utrzymywać w środkowej strefie, pomiędzy niebezpieczeństwami, grożącemi nam od ziemi i nieba.
- Mamy dostateczny zapas wody dla dmuchawki i nasze 200 funtów balastu dotąd są nienaruszone. W razie niezbędnym posłużę się nim.
- Będziemy razem z tobą czuwali - powiedział strzelec.
- Nie, moi przyjaciele, udajcie się na spoczynek, obudzę was, gdy okaże się tego potrzeba.
- Dobrej nocy, panie doktorze!
- Śpijcie spokojnie!
Kennedy i Joe rozciągnęli się, przykryci ciepłemi kołdrami; doktór pozostał sam w niezmierzonej przestrzeni.
Powoli zaczęło się ściemniać, czarna osłona roztoczyła się nad ziemią. Nagle silna błyskawica rozjaśniła ciemność, a później niebawem straszne uderzyły pioruny.

Kennedy i Joe, zbudzeni łoskotem, znaleźli się zaraz przy doktorze.
- Czy spuszczamy się na dół? - pytał Kennedy.
- Nie, balon nie utrzymałby się. Wzniesiemy się wyżej, zanim chmury te nie zamienią się w wodę i wiatr się nie zerwie.
Rzekłszy to, powiększył płomień w dmuchawce.
Burze w krajach podzwrotnikowych powstają bardzo szybko i są nader gwałtowne. Druga błyskawica rozerwała chmurę, po niej 20 innych następowały jedna po drugiej.
- Spóźniliśmy się i nasz balon napełniony zapalnem powietrzem, zmuszony jest przerzynać strefę ogniową.
- Ku ziemi! ku ziemi! - wołał Kennedy.
- Niebezpieczeństwo uderzenia piorunu będzie zawsze to samo i gałęzie drzew mogłyby rozerwać nasz statek.
- Wznieśmy się, panie Samuelu!
- Szybciej, szybciej!
Zerwał się niebawem wiatr z istotnie zatrważającą siłą, którą można obserwować tylko w tych krajach.

Doktór podtrzymywał płomień w dmuchawce, balon rozciągał się i unosił.
Kennedy, znajdujący się w środku łodzi, trzymał na kolanach zasłonę namiotu. Balon kręcił się w kółko, a podróżni z trudnością mogli się utrzymać w łodzi, ulegając zawrotowi głowy.

Utworzyły się wielkie zagłębienia w powłoce "Victoryi" i wiatr, przedostawszy się do materyi jedwabnej, powodował trzaskanie tejże.
Rodzaj gradu, który poprzedzał hałaśliwy szum, przebiegł atmosferę, rzucając się na "Victorię", która pomimo to wznosiła się coraz wyżej. Błyskawice nie ustawały. Balon znajdował się wśród morza ognistego.
- Niech się dzieje wola Boga! - zawołał doktór - w jego spoczywamy dłoniach, on jeden może nas ocalić. Przygotujmy się na wszelki wypadek, nawet na możliwy pożar!

Głos doktora zaledwie mógł dojść do uszu towarzyszy, ale mogli wśród szalejących błyskawic obserwować jego twarz spokojną.
Balon wciąż obracał się w wirze powietrznym, bezustannie się wznosząc. Po kwadransie znajdował się po za sferą chmur; wyładowania elektryczności odbywały się pod nim, podobne świetnym ogniom sztucznym.

Był to najpiękniejszy widok, jaki przyroda mogła dać oczom ludzkim. Na dole burza, w górze cichy, bezzmienny horyzont gwiaździsty z księżycem, który swoje spokojne promienie rzucał na rozszalałe chmury. Doktór spojrzał na barometr, który wskazywał wysokość 12.000 stóp, była wówczas godzina 11 w nocy.
- Dzięki Bogu, wszelkie niebezpieczeństwo minęło - rzekł - nie mam już potrzeby znajdować się na tej wysokości.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

Mozambik: Maputo
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AUS 2: Środek Australii
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl