HAWAJE
01:32
CHICAGO
05:32
SANTIAGO
08:32
DUBLIN
11:32
KRAKÓW
12:32
BANGKOK
18:32
MELBOURNE
22:32
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA; Rozdział VII
5TPBnA; Rozdział VII

Juliusz Verne


Dnia 10 lutego przygotowania zbliżały się ku końcowi. Balony włączone jeden w drugi, były zupełnie gotowe. Wytrzymały silne ciśnienia pędu wiatru, który puszczono w nie dla próby. Joe rozgorączkowany, z radości nie wiedział co czynić, wiecznie znajdował się na drodze pomiędzy Greckstreet a zakładami braci Mitschell, zawsze czynny, zawsze wesoły, każdemu, kto tylko słuchać był rad, gotów był opowiadać wszelkie szczegóły wyprawy, dumny, że będzie towarzyszył swemu panu.

16 lutego statek "Resoluté", szrubowiec o 800 tonnach, zarzucił kotwicę na wysokości Greenwich. Kapitan statku, Pennet, był człowiekiem bardzo miłym, a wyprawą Dr. Fergussona, którego znał od dawna, zajmował się z wielkiem zainteresowaniem.

18 lutego umieszczono balon na spodzie statku pod osobistym nadzorem Fergussona. Do wytworzenia wodoru naładowano na statek 10 beczek kwasu siarczanego i 10 beczek starego żelaza. Aparat do rozwinięcia gazu, składający się z 30 beczek, również umieszczono na spodzie statku. Różnorodne te przygotowania ukończono 18 lutego wieczorem, a wygodnie urządzone kajuty oczekiwały doktora i jego przyjaciela Kennedy`ego. Ten ostatni, pomimo ciągłych przysiąg, iż nie pojedzie, udał się jednakże z przyborami myśliwego na pokład.

10 lutego trzej podróżni przybyli na pokład, gdzie ich kapitan i oficerowie przyjęli z wielkimi oznakami wyróżnienia. Doktór był chłodny, jak zazwyczaj, Dick wzburzony, co się zaś tyczy Joego, ten z radości skakał, biegał po całym statku i opowiadał najrozmaitsze dykteryjki. Zyskał wkrótce miano "wesołego pasażera", polubiono go ogólnie.

20 lutego Królewskie Towarzystwo Geograficzne zaprosiło Fergussona i Kennedy`ego na wielką ucztę pożegnalną. Dowódca statku i oficerowie również uczestniczyli w biesiadzie, bardzo wesołej i obfitującej w toasty dla naszych przyjaciół.

Podczas deseru nadeszło poselstwo od królowej, zasyłała ona podróżnikom pozdrowienia i życzenia pomyślnej wyprawy. Nastąpiły naturalnie toasty na cześć Jej kr. Mości; nareszcie po północy biesiadnicy rozeszli się po rozczulającem pożegnaniu.

Niebawem dowódca statku "Resoluté", oczekującego w pobliżu mostu Westminster, oraz pasażerowie i załoga na łodziach udali się do Greenwich. O godzinie 11-tej na pokładzie wszyscy już spali.

Dnia 21 lutego zrana o godzinie 3-ciej rozpalono kotły i "Resoluté" poszybował w kierunku ujścia Tamizy. W czasie podróży doktór miewał formalne wykłady z geografii. Młodzi ludzie interesowali się wielce odkryciami w Afryce, uczynionemi w ciągu 40 lat ostatnich; Fergusson opowiadał o podróżach Bartha, Burtona, Speke`a, Granta i opisywał im tajemniczy kraj, który obecnie tak żywe budził zajęcie wśród świata naukowego.

Uwaga słuchaczów spotęgowała się jeszcze, gdy Fergusson zaczął opowiadać szczegóły przygotowania do swej podróży; chciano sprawdzić jego obliczenia i rozpoczęto dyskusyę, w której żywy przyjął udział. Przedewszystkiem dziwiono się, że Fergusson zabiera taki mały zapas żywności; pewnego dnia jeden z towarzyszów podróży zainterpelował go w tym względzie.

- Dziwi to pana? - odrzekł Fergusson. - Jak długo, myślisz pan, będę w drodze?
- Pewnie miesiące?
- Jeżeli tak, to mylisz się; w razie, gdyby podróż się przedłużyła, będziemy zgubieni i nie osiągniemy zamierzonego celu. Przecież wiadomo panu, że od Zanzibaru do wybrzeża Senegalu niema więcej nad 3500 do 4000 mil, jeżeli więc w 12 godzin przebędziemy 240 mil. t.j. tyle, ile czasu by potrzebował pociąg naszych kolei i, jeżeli będziemy jechali dniem i nocą, to wystarczy siedem dni do przejazdu Afryki.
- Ale wówczas pan nic nie zobaczysz, nie będziesz mógł robić zdjęć geograficznych, ani też zbadać dokładnie kraju?
- W tym też celu - odpowiedział doktór - zatrzymam się tam, gdzie będę uważał za potrzebne, zwłaszcza wówczas, gdy mi grozić będą silne prądy wietrzne.
- Nie obejdzie się bez tego - odpowiedział Pennet - szaleją niekiedy orkany, które przebiegają w ciągu godziny 240 mil.
- Widzi więc pan - zauważył doktór - że przy takiej szybkości możnaby Afrykę przejechać w ciągu 12 godzin. Przebudzić się w Zanzibarze, a położyć się spać w Saint-Louis..
- Ale czy balon - zapytał oficer - może szybować, gnany takim wiatrem?
- Tak - odpowiedział Fergusson - zdarzało się to.
- I balon wyszedł bez szwanku?
- Zupełnie.
- Balon być może! ale człowiek - zauważył Kennedy.
- Także! ponieważ balon jest zawsze nieruchomy w stosunku do otaczającego go powietrza; on nie porusza się, lecz masa powietrzna. Wogóle nie zależy mi na robieniu tego rodzaju prób i, jeżeli będę mógł balon mój podczas nocy przytwierdzić do drzewa lub umocować na jakim punkcie powierzchni ziemi, nie omieszkam z tego skorzystać. Jesteśmy zaopatrzeni w żywność na dwa miesiące i nic nie stanie na przeszkodzie naszym dzielnym strzelcom do upolowania dziczy, gdy spuścimy się na ziemię.
- Ach panie Kennedy, będziesz pan miał sposobność wykazania swej zręczności - zauważył pewien młody majtek, obserwując Szkota z zazdrością.
- Pomijając już to - dodał inny - że połączysz pan przyjemność z wielką sławą, którą pozyskasz.
- Moi panowie - odpowiedział strzelec - jestem wam wdzięczny za oddawane mi pochwały... ale nie mogę ich przyjąć, gdyż nie pojadę...
- Co! - wołano ze wszech stron - pan nie pojedziesz?
- Nie pojadę!
- Nie chcesz pan towarzyszyć doktorowi?
- Nietylko to, lecz jestem tu jedynie, aby go w ostatniej chwili powstrzymać od tej wyprawy.
Oczy wszystkich zwróciły się na doktora.
- Nie zważajcie panowie na to, co mój przyjaciel mówi - rzekł ten spokojnie - O wyprawie tej nie można z nim mówić, wie on jednak dobrze, że będzie mi towarzyszył w podróży.
- Przysięgam na mego patrona...
- Nie przysięgaj Dicku, jesteś zmierzony, zważony wraz z twoim prochem, strzelbami i kulami, dopasowany do naszego balonu; nie mówmy o tem więcej.
I w samej rzeczy Dick od dnia tego aż do przybycia do Zanzibaru, nie odezwał się w tej sprawie i wogóle przez czas ten zachowywał głębokie milczenie.



Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

Mozambik: Maputo
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

WIK 4: Dokładka
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl