HAWAJE
18:12
CHICAGO
22:12
SANTIAGO
01:12
DUBLIN
04:12
KRAKÓW
05:12
BANGKOK
11:12
MELBOURNE
15:12
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 22; 8`2000; Z Boliwii do Peru
AW¦ 22; 8`2000; Z Boliwii do Peru



1 sierpien 2000
To przybylismy do Sucre. Ale co to za podroz byla. Nie 9, a 21 godzin na otwartej pace ciezarowki towarowo-osobowej robiacej za rodzaj autobusu. Pelnej workow i tobolkow, i ludzi. Po nieasfaltowej, zakurzonej, kretej drodze przez gory, powoli, z mozolem piela sie nasza ciezarowka. Ale przez caly dzien jazdy ani chwili sie nie nudzilismy, takie widoki byly. Dookola, oraz na ciezarowce - kolorowe, boliwijskie Indianki w typowych kapeluszach. Tylko pod wieczor zachodzace slonce zabralo ze soba resztki ciepla z tej czesci swiata.


Ubrani we wszystkie mozliwe rzeczy i przykryci spiworami skulilismy sie przytuleni na workach i sama nie wiem jak, ale przetrwalismy ponad 12 godzin nocy. Obudzilismy sie ze szronem na spiworach, a kiedy rano dotarlismy w koncu do Sucre, znowu bylo cieplo. Tzn. goraco, tak ze po raz pierwszy chyba od Rio zalozylismy krotkie spodenki.
W Sucre rano obudzilismy Monike w hoteliku, ktora czekala na nas tu juz od tygodnia. W koncu sie doczekala. Cieszymy sie strasznie. Monika ma juz dla nas plan. Chce nas jutro zaciagnac na wyprawe przez gory do Potosi - najwyzej polozonego miasta swiata (jak twierdzi Lonely Planet). A dzis byla nam przewodnikiem po Sucre - przyjemnym kolonialnym miasteczku, gdzie masa ladnie ubranych Indianek i masa turystow. I jogurt sojowy, i dobre soki owocowe, i tani internet.

2 sierpien 2000
Wyruszylismy. Po sniadaniu na ryneczku i zakupach chlopaki (Chopin i Jörg - jeden Niemiec, ktory idzie z nami, zapakowali do plecakow prowiant na kilka dni i wyruszylismy. Ciezarowka do Yotala, stamtad pieszo. Pod gore, ale spokojnie, droga. Ciezko, bo z plecakiem i wysokosc daje sie we znaki, inaczej sie oddycha na ponad 3000 metrow, ale widoki coraz lepsze. Idziemy droga wzdluz (mniej wiecej) nieuzywanych juz torow kolejowych. Minela nas starsza indianska parka z dwoma osiolkami i kobieta zaczela do nas mowic w Keczua. Minelismy kilka malych wiosek, az pod wieczor dotarlismy do jednej, gdzie spimy w szkolce i gdzie stalismy sie glowna atrakcja wsrod wioskowych dzieciakow.

3 sierpien 2000
Coraz bardziej niesamowicie sie robi. Idziemy trasa nieopisana w przewodnikach, mijamy wioski, ktorych nie ma na szczegolowej mapie. Posrod oszalamiajacych gorskich krajobrazow mijamy na waskich drozkach miejscowe Indianki w kapeluszach, spodnicach i kolorowych chustach, niosace drzewo na opal lub idace z wrzecionem i przedace po drodze. Mijamy pasace sie osiolki. I chlopczyka ze stadem koz. Zeszlismy na sam dol doliny, do mostu przez rzeke, ktora w porze mokrej zajmuje cale szerokie koryto, a teraz saczy sie malymi strozkami. Potem kawalek plasko wzdluz torow. Po czym wijaca sie droga pod gore. Spotkalismy na drodze stara Indianke, ktora zaczela z nami rozmawiac, w wiekszosci w keczua. Poczestowalismy ja naszym napojem z proszku i ruszylismy dalej. Po chwili dogonila nas jakos skrotem i przyniosla koszyk pelen gotowanej, jeszcze goracej dyni i dalej mowila po swojemu. Czym mniejsze i mniej turystyczne miejscowosci, tym bardziej przyjazni ludzie.
Spotkalismy tez na drodze inna niesamowita postac.
Belgijska kobiete - siostre Nicolase, misjonarke, mieszkajaca tu juz od osmiu lat, mowiaca plynnie w keczua. O przenikliwym spojrzeniu, zawsze patrzaca wglab oczu swojego rozmowcy, tak jakby czytala dusze. Siostra Nicolasa zaprowadzila nas do pustego obecnie domku, gdze mozemy sie zatrzymac, jak sie okazuje nie na jedna tylko noc, ale na ile chcemy. Chyba skorzystamy, bo jest tu zbyt pieknie, aby tu nie pomieszkac ze dwie noce jak mozna. Mamy pokoj z lozkami, kuchnie z gazowa kuchenka, studzienke. I zero elektrycznosci. I spokoj, tylko gory dookola.

4 sierpien 2000
Jak wspaniale miec domek w gorach. Posrodku niewyobrazalnych widokow i magicznej atmosfery. Spacer do pobliskiej wioski na zakupy. Niestety twierdza, ze warzywka przyjezdzaja tylko w niedziele. Ale udalo nam sie dostac pare rzeczy bezposrednio z jednej ciezarowki, a w domku mamy wor ziemniakow.

5 sierpien 2000
Pozegnalismy sie z siostra Nicolasa, ktora ze swoim szczegolnycm usmiechem i glebokim spojrzeniem poblogoslawila nas na droge. Widoki i kolory po drodze nie do opisania. Gory, skaly, rosliny, owieczki, kozki, osiolki. Z poczatku droga, potem przez reszte dnia torami kolejowymi, wiec bez drastycznych podejsc pod gore, lagodnie, powoli wspinalismy sie az do 3600mnpm. Od czasu do czasu mijalismy kilka chat, czy domkow po drodze. Tylko pod wieczor, kiedy zaszlo slonce i zrobilo sie zimno, i tylko marzylismy o noclegu, po obu stronach torow rozposcieraly sie same gory. Szlismy i szlismy, z nadzieja, ze za kazdym zakretem ukaze sie jakas wioska. Za zimno, aby spac na zewnatrz. W koncu, wykonczeni i zziebnieci dotarlismy do paru chat. Niestety pustych, tylko zwierzaki wokol, wiec ktos tu chyba mieszka. Nie bylo sie kogo spytac, ale pozwolilismy sobie skorzystac ze stodolki pelnej slomy.

6 sierpien 2000
Dzis wszyscy polamani troche po wczorajszym dlugim marszu. Ale doszlismy juz na szczescie do asfaltowej glownej drogi. Po drodze mijajac pare fiestujacych wiosek - dzis dzien niepodleglosci Boliwii. Wszedzie fiesty z muzyka, tancami i tradycyjnym alkoholem. Trafilismy na troche nieskoordynowane, ale wdzieczne wystepy taneczne dzieci w tradycyjnych strojach.
Z asfaltowej drogi pierwszy przejezdzajacy pickup zabral nas prosto do Potosi. Jestesmy wiec w najwyzej polozonym miescie swiata - 4070m n.p.m. Kiedys jedno z najbogatszych, dzis jedno z najbiedniejszych miast w kraju. Miasteczko ladne, tylko... zimno. W studzience na podworku naszego hoteliku zamarzla woda.

7 sierpien 2000
Potosi. Zwiedzilismy dzis, z przewodniczka z miasta, pobliskie kopalnie srebra i innych mineralow. W srodku pracujacy z lopata i taczka dziesiecioletni chlopiec pomagajacy rodzinie gornikow w weekendy i swieta, kiedy nie chodzi do szkoly. Warunki i sposob pracy nie zmienily sie wiele od wiekow, choc dzis gornicy nie sa juz niewolnikami, jak za czasow kolonialnych, kiedy to zmarlo w kopalniach kilka milionow ludzi.
Pozegnalismy sie wieczorem z Jörgiem, ktory jedzie jutro do Peru i przenieslismy sie do innego, tanszego hoteliku, bo w naszym mielismy przekrety z powodu prysznica, za ktory zaplacilismy w cenie hotelu, a nie dzialal.

8 sierpien 2000
Opuscilismy Potosi. Chcemy dojechac do Uyuni. Ale w Boliwi, pomimo ze jest droga nie jest to takie proste. Zostalismy podwiezieni do szlabanu na nieasfaltowanej drodze posrodku pustkowia. Obok tylko budyneczek z trzema policjantami i dookola owce i lamy. Czekamy. Czekamy i czekamy. Zero ruchu. Pod wieczor, kiedy zaczyna sie robic okrutnie zimno rozmawiamy z policjantami. Mowia, ze ciezarowki, owszem, jezdza do Uyuni. Az trzy. W niedziele. Dzis chyba wtorek. Poza tym kolo siodmej bedzie autobus. Tak wiec o stopie, przynajmniej do niedzieli mozemy zapomniec. Sprobujemy pogadac z tym autobusem.

9 sierpien 2000
Dlaczego jest tak zimno? Przeciez jestesmy w tropikach. Wczoraj w nocy autobus wiozl nas przez szesc godzin i wysadzil w srodku nocy w Uyuni (wynegocjowalismy przystepna cene). Tam mroz. Uratowala nas poczekalnia stacyjki kolejowej, gdzie nie bylo cieplo, ale dalo sie przezyc. Uyuni to miasteczko na strasznym odludziu. Gdzie pelno turystow jednak dociera, ktorzy za setki dolarow z agencjami turystycznymi jada na wyprawy jeepami zwiedzac salary, laguny, wulkany. Nas na agencje nie stac, a z tego co sie dowiadywalismy, do niektorych odleglych wiosek w tamtych rejonach jedzie jedna ciezarowka w miesiacu. Chyba mozemy zapomniec. Zwiedzimy sobie sami przynajmniej Salar de Uyuni, kilkanascie kilometrow od miasteczka. Zakupy na ryneczku i ruszylismy, tzn. chcielismy ruszyc, tylko... szkoda, ze nic tu nie jezdzi. Po dniu czekania na pustkowiu i wietrze przy drodze wrocilismy do centrum miasteczka, skad odjezdzal wlasnie jedyny tego dnia autobus do La Paz. Zabralismy sie z nim do Colchani, wioski niedaleko salaru. Lokalna kobieta zaproponowala nam nocleg. W pustym, zimnynm pomieszczeniu przy swojej chacie. Rzucila cene 15 dolarow, ale ja wysmielismy i stanelo na 15 Boliwianach (2.50$) za nas troje.

10 sierpien 2000
Olbrzymia, niekonczaca sie biala pustynia, az po horyzont. Krajobraz jak z Antarktyki, tym bardziej, ze podobna temperatura. Tylko biala substancja pod nogami to nie zlodowacialy snieg. To sol. Ciezko uwierzyc, ze tu na 3660m kiedys bylo morze. Na samym poczatku salaru usypane z soli regularne piramidki, przygotowane do wywiezienia stwarzaja surrealistyczna atmosfere. Do tego podczas drogi z naszej wioski przez pustkowie, kilka kilometrow, obserwowalismy niezwykle zjawiska. Cos jak fatamorgana. Czesci gor na horyzoncie raz pojawialy sie, raz znikaly. Pojawialy sie nieistniejace jeziora wyraznie odbijajace w swojej tafli gory w odali. Widac poruszajace sie powietrze. Ciezko to wszystko opisac.
Nasyciwszy sie nieziemskimi widokami wrocilismy do Uyuni, bo stad bardziej mozemy liczyc na zabranie sie w strone La Paz. Choc moze to nie byc latwe. Jest stacyjka kolejowa (gdzie wlasnie rozsiedlismy sie w poczekalni i Monika gotuje), sa czasem jakies pociagi. Towarowy nikt nie wie, kiedy przejezdza, a na osobowy nas nie stac. Ale bedziemy probowac pogadac z motorniczym, czy konduktorem. Odjazd o odjazdowej godzinie - 1:30 w nocy!

11 sierpien 2000
Udalo sie! Na nasze szczescie maja tu taki sam system jak w Polsce. Mozna zamiast kupowac drogi bilet dogadac sie z konduktorem. Zaplacilismy jedna trzecia ceny (5$ za nas troje - nie jest zle). Jechalismy az do rana. W wagonie pelnym Indian, Indianek i ich nieskonczonej ilosci workow, tobolkow i pakunkow. Znalazl sie kawalek miejsca. Jechalismy chyba cala noc przez niezmieniajace sie pustkowie - boliwijskie Altiplano - ponad 3000mnpm. Niewidocznymi szparami wlatywal tylko pustynny pyl. I zimno. Rano pociag skonczyl bieg i wysadzil nas w Oruro, ponad 3700m. Niewielkie, przyjemne miasteczko, 90% ludnosci czystej krwi Indianie. Znalezlismy sobie tani hotelik z cieplym prysznicem (bardzo juz potrzebowalismy!), bo ciagle za zimno, aby nawet myslec o spaniu na zewnatrz.

12 sierpien 2000
Nie dojechalismy do La Paz. Zanim wygrzebalismy sie Oruro, spedzajac po drodze troche czasu na tanim internecie, zrobilo sie juz popoludnie. Na szczescie jest juz dobra, asfaltowa droga, nawet jaki taki ruch. Spimy w przydroznej wiosce Patacamaya.

13 sierpien 2000
La Paz. Jak wiekszosc latynoamerykanskich stolic, miasto kontrastow: banki, kina, McDonald`s, obok tradycyjnie ubranych Indianek z niemowletami w kolorowych chustach na plecach sprzedajacymi na ulicach wszystko, od roznego rodzaju ziol, amuletow, plodow z suszonych lam, po plastikowe, zachodnie smieci.

14 sierpien 2000
Zalatwilismy w stolicy wize do Peru i mielismy dojechac do slynnych ruin Tiahuanaco, ale jak zwykle zanim wydostalismy sie z miasta zrobilo sie pozno. Nie dosc, ze ze stopem w tym kraju beznadziejnie, to jeszcze nie wiadomo dokladnie z jakiego powodu byly ostre blokady drog. Zabral nas amerykanski misjonarz, troche nie w naszym kierunku, ale zawsze poza miasto. Nocleg w malej, ciemnej wiosce.

15 sierpien 2000
Z wiochy, gdzie spalismy musielismy wrocic prawie do La Paz, aby pojechac dalej, bo inna droga zaznaczona na mapie okazala sie nieuczeszczana. W ogole ciezka sprawa, bo ruch drogowy sklada sie tu prawie wylacznie z platnych mikrobusikow. A kazdy inny pojazd tez chce kase. Tak wiec posuwamy sie powoli. Ale dotarlismy dzieki naszej wytrwalosci do wioski kolo ruin Tiahuanaco, ktore zwiedzac bedziemy juz jutro.

16 sierpien 2000
Ruiny zajely nam caly dzien. Nie tylko ich zwiedzanie, ale najpierw znalezienie sposobu dostania sie tam, jesli nie za darmo, to przynajmniej po takiej samej cenie jak Boliwijczycy. Nie identyfikujemy sie bogatymi turystami, w zwiazku z tym nie mamy ochoty placic specjalnej, znacznie wyzszej oplaty. W urzedzie miasta znalezlismy dyrektora od spraw kultury, ktory wypisal nam dokument uprawniajacy do znizki. Zwiedzilismy ruiny. Ruiny bardzo waznej, przedinkaskiej cywilizacji Tiahuanaco, troche murow, posagow, bram. Calkiem ciekawie, tyle ze wizualnie nie robia takiego wrazenia, jak wiekszosc ruin z Meksyku, czy Gwatemali.
Zostajemy kolejna noc w tej samej wiosce, tyle ze juz nie w hoteliku, a w opuszczonych przykoscielnych budyneczkach, ktore odkryl Chopin. Jutro juz prosto do Peru.


Peru

17 sierpien 2000
Peru! Udalo nam sie w koncu wydostac z przyruinowej wioski Tiahuanaco, przyjechac do granicy, przejsc ja i znalezc sie po peruwianskiej stronie wioski przygranicznej Desaguadero. Wyglada na to, ze ze stopem w Peru tak samo mniej wiecej, jak w Boliwi, czyli beznadziejnie. Nie dosc, ze ruch znikomy, to nikt sie nie chce zatrzymac, a jak juz sie zatrzyma, to chce kasy, najlepiej w dolarach. Tak wiec nie udalo sie nam odjechac poza wioske nad jeziorem Titicaca z osniezonymi szczytami na drugim brzegu. Moze jutro... Poki co, ciagle zimno. Zatrzymalismy sie w przydroznym hoteliku za 10 soli - 2.50$ ("Sol", czyli Slonce - tak nazywa sie peruwianskia waluta).

18 sierpien 2000
Nie ma co, albo bedziemy jezdzic stopem na tutejszych warunkach, albo nie bedziemy jezdzic wcale. Tutejsze warunki oznaczaja, ze owszem, mozna stojac przy drodze i wystawiajac kciuk zatrzymac jakis pojazd, ale za podwiezienie trzeba zaplacic. Kwestia tylko dogadania sie z kierowca ile. Tak wlasnie dogadalismy sie i za 10 soli kierowcy miniciezarowki powiezli nas przez caly dzien, przez spektakularne gorskie krajobrazy. Nie nudzilo mi sie ani przez minute. Podjazdy i zjazdy, przelecz prawie pieciotysieczna. W koncu, poznym wieczorem zjechalismy sporo nizej i wysadzeni zostalismy na rozdrozu, nasi kierowcy na Lime, my na Arequipe, tyle ze jutro.

19 sierpien 2000
Jak wspaniale. Cieplo! Mozemy znowu, nie zamarzajac spac pod golym niebem. Tak wlasnie cudownie spalismy, na pagorkowatej pustyni przy rozjezdzie, na ktorym zostalismy wysadzeni. Rano pan policjant zatrzymal nam stopa do Arequipy, a teraz, wieczorem jestesmy na arequipenskim posterunku policji, gdzie dostalismy pomieszczonko do spania. Przyjemne miasto, tylko jakos za bardzo zeuropeizowane, tzn. bardzo malo indianskie w porownaniu z wiekszoscia miast boliwijskich. Jutro ruszamy w strone Kanionu Colca - najglebszego na swiecie.

20 sierpien 2000
Krotka okazala sie nasza radosc z ciepla. Opusciwszy Arequipe zaczelismy znowu piac sie pod gore i po drodze zastal nas snieg. I to nie gdzies tam w oddali na szczytach, a padajacy prosto na szyby naszego pickup`a i na nasze plecaki na pace. Scenka dzis rano byla taka: siedzimy przy pustej drodze i robimy sobie kanapki z guacamole. Hamuje przejezdzajacy autobus. Wysiada gosc, podbiega do nas:
- Do Chivay...?
- Za ile?
- Ile macie?
- Malo.
- 15 soli za wszystkich...?
- 10.
- O.K. Jedziemy.
Taki to peruwianski stop. Dobrze, ze sie zabralismy, bo niewiele tu poza tym autobusem jezdzi. Tyle, ze popsul sie posrodku pustkowia i wysadzil wszystkich pasazerow.
Zabralismy sie dalej pickup`em z dwoma Chilijczykami pracujacymi tu w kopalni zlota. Dzis nocleg w budynkach przykoscielnych w Chivay. Jutro w strone kanionu.

21 sierpien 2000
No to znowu, tak jak w Boliwi, tylko teraz w Peru wedrujemy z plecakami gorskimi drozkami. Przemaszerowalismy kilkanascie kilometrow. Krajobrazki slicznie pocztowkowe. Na stokach gor tarasowe pola, gdzie miejscowa ludnosc prymitywnymi metodami uprawia ziemniaki, jeczmien, kukurydze, amarantus, podobnie jak Inkowie. Indianki mijane na drodze i w wiosce chodza na co dzien w niesamowicie barwnych strojach. Autobusikiem pelnym lokalnych Indian zabralismy sie do wioski Pinchollo, gdzie zatrzymujemy sie w tanim "hospedaje" (hoteliku), a jutro o swicie ruszamy do "Cruz del Condor", ogladac kondory nad Kanionem Colca.

22 sierpien 2000
Kondory nie zawiodly. Z kilkanascie wylonilo sie gdzies z czelusci najglebszego kanionu swiata i majestatycznie krazylo na tle osniezonych szczytow. Jeden nawet, a potem drugi podlecialy blisko i przelecialy tuz ponad glowami zgromadzonych turystow. Turystow, tu w punkcie widokowym, zgromadzilo sie wiecej niz kondorow nad kanionem. Stad wiekszosc wpakowala sie z powrotem do turystycznych busikow i wrocila do Arequipy. My pieszo do przodu, do wioski Cabanaconde. Droga, potem troche polami, gdzie pracujacy lokalni Indianie orajacy pola wolami zapraszali nas na "czicze" - napoj ze sfermentowanej kukurydzy. Pieknie ubrane kobiety serwowaly jedzenie z wielkich kotlow pracujacym wspolnie na jednym polu mezczyznom. Pogadalismy z pomarszczona babcia na temat tego co i jak uprawia sie tutaj, a co w Polsce.

23 sierpien 2000
Ledwo wszyscy zyjemy. Zrezygnowalismy z autobusu o piatej rano i wleklismy sie dzien calutki pieszo z Cabanaconde tutaj, do Huambo. Mowili niektorzy, ze cztery, inni, ze osiem godzin pieszo. Szlismy i szlismy. Przez piekne, gorskie krajobrazy, przez pustkowia z kaktusami, ale nie doszlibysmy tutaj. Przez caly dzien zero ruchu, poza jedna ciezarownka z owieczkami, ktora nas podwiozla kawalek, nic. Idac wijaca sie straszliwie droga, bez wody i szansy na nocleg po drodze (same kaktusowye zbocza, ani kawalka plaskiego), juz po zmroku, zobaczylismy w oddali w totalnej ciemnosci swiatla. Zblizyly sie powoli i zabral nas cudem przejezdzajacy samochod do wioski. Jestesmy uratowani.

24 sierpien 2000
Calkiem sprawnie nam dzisiaj poszlo. Wydostalismy sie z Huambo, wioski z ktorej jada tylko dwa autobusy dziennie i zero innego transportu, a pieszo dojscie do drogi Panamericana zajeloby nam chyba z tydzien. Dzieki mojej umiejetnosci przekonywania, niechetny z poczatku kierowca zabral nas troje za 10 soli, czyli za cene jednego biletu. Pare godzin przez gory, zjezdzajac powoli w dol. Potem na Panamericanie znowu szczescie. Prawie od razu zatrzymal nam sie gosc wspanialym TIR-em, ktory potrzebowal pogadac. Znalazl oddanego rozmowce w Chopinie i tak dowiozl nas do Nazca, gdzie wysadzil nas wieczorem, i gdzie siedzimy z Monika na lawce na placyku i gotujemy kakao, a Chopin wyruszyl z misja znalezienia noclegu.

25 sierpien 2000
Odwiedzilismy dzis preinkaskie mumie, szkielety, czaszki i kosci na cmentarzu na pustyni, jakies 30km za miastem. Robia wrazenie. Udalo mi sie tez zalapac dzis wieczorem na wyklad i pokaz w planetarium o tajemniczych liniach i rysunkach Nazca i ich zwiazku z gwiazdami. Rozmawialam z asystentami Marii Reich, niezyjacej juz niemieckiej kobiety, ktora poswiecila swoje zycie badajac rysunki i szukajac ich powiazan z astrologia. Jutro sprobujemy je zobaczyc.

26 sierpien 2000
Byc moze nie raz sie zyje, ale prawdopodobne jest, ze w tym zyciu raz tylko jestesmy w Nazca w Peru, wiec po naradzie na lotnisku zdecydowalismy sie to zrobic. Nie dalo sie zlapac samolotu na stopa, z tego prostego powodu, ze ludzie nie maja tu prywatnych samolotow, a agencje istnieja po to, aby robic pieniadze. Jedyne, co udalo sie zrobic, to wynegocjowac w agencji turystycznej 10 dolarow znizki. I polecielismy, rujnujac nasz budzet za 25$ od osoby za pol godziny lotu nad slynnymi rysunkami. Ale byla to jedyna mozliwosc ich zobaczenia. Widzielismy wiec wieloryba, astronaute, kondora (symbolizujacego dla niektorych pojazd kosmiczny), kolibra, malpe ze spiralnym ogonem i pare innych obrazkow i lini geometrycznych. Szkoda tylko, ze wial ostry wiatr i rzucalo nasza awionetka, ale bylo warto. Zobaczywszy, co zobaczyc nalezalo, zabralismy plecaki z hoteliku i ruszylismy stopem dalej, w strone Ica. Szczescie nam dopisalo, bo zabral nas czlowiek, ktory nie tylko zawiozl nas do Ica, ale zaprosil do siebie na noc, gdzie w domu zamieszkalym przez liczna blizsza i dalsza rodzine znalazlo sie tez miejsce dla nas. Milo.

27 sierpien 2000
Swiat pelen jest niewyjasnionych tajemnic. Linie i rysunki z Nazca, ktore widzielismy wczoraj to jeszcze nic, przy tym co zobaczylismy dzisiaj. W prywatnym muzeum prowadzonym przez starszego goscia fascynata-zapalenca Javiera Cabrera, przezylam lekki zamet. Zgromadzil tam tysiace kamieni z wyrytymi rysunkami stawiajacymi na glowie wiekszosc tradycyjnie przyjmowanych teorii, lacznie z teoria ewolucji. Rysunki przedstawiaja dinozaury razem z ludzmi, mape swiata z paroma innymi kontynentami, pojazdy kosmiczne, zwierzeta, ludzi obserwujacych planety, komety, niebo oraz przeprowadzajacych operacje transplantacji serca. Cala kamienna biblioteka. Tylko jak...? Skad...? Kto...? Duzo pytan bez odpowiedzi. Pan Javier Cabrera ma swoje teorie...
Dotykalismy tez jaja dinozaura, wiedzielismy zdjecia skamienialych pozostalosci dinozaura wraz ze skamieniala ludzka czaszka. Rowniez kraby z wizerunkiem ludzkiej twarzy na pancerzu. Swiat pelen tajemnic.

28 sierpien 2000
Dojechalismy wczoraj do Pisco. Chcielismy spotkac dzis flamingi. Zrezygnowalismy z wycieczki z agencji turystycznej lodkami na wyspy, na ktorych mozna zobaczyc rozne ptaki, lacznie z pingwinami. Poogladalismy sobie pelikany i inne ptaki na wybrzezu Paracas i zdeycydowalismy sie pojechac tylko do Lagunillas, gdzie podobno mialy byc flamingi. Przeszlismy troche pieszo przez pustynne wygwizdowo "Reserva Nacional Paracas", ale ledwo dalo sie isc z poteznym wiatrem sypiacym piaskiem w oczy. Busik dowiozl nas do morskiej laguny, gdzie ku naszemu rozczarowaniu spotkalismy tylko tlum turystow oraz wiecej wiatru, ani sladu flamingow. Coz... wrocilismy do Pisco. Zakupy na ryneczku i ruszylismy dalej.

29 sierpien 2000
W Peru, poza glowna droga "Panamericana", wiekszosc innych drog przedstawia zalosny widok. Wczoraj odbilismy wlasnie od glownej drogi, aby dojechac jakos powoli do Pucallpy. Ale dluga jeszcze droga przed nami i, jak sie okazuje, nielatwa. Niewiele dzis zrobilismy. Z wioski Independencia, gdzie wczoraj spalismy, ciezarowka z Inca Kola (ohydny gazowany napoj konkurujacy z Coca Cola) podwiozla nas parenascie km do Humay, czyli tam, gdzie chcielismy dotrzec wczoraj. Dalej beznadzieja. Po dlugim, bezowocnym czekaniu na stopa poszlismy w koncu do policji, bo czasem oni moga pomoc cos zatrzymac. Powiedzieli, ze do Huancavelica generalnie to ciezko, ale o siodmej przejezdza jedyny autobus i sprobuja go namowic, aby nas zabral taniej.
Ugotowalismy wiec, usiedlismy, poczytalismy. Minela siodma, osma, dziewiata... Przed dziesiata policjanci stwierdzili, ze autobus chyba dzis nie przejedzie. I ze w ogole bedzie nam latwiej w innym kierunku, przez Ayacucho. Beda ciezarowki. Tylko lepiej jutro. Dostalismy dwa materace z celi i pokoik do spania - nie w celi, tylko w biurze z trzeszczacym policyjnym radiem.

30 sierpien 2000
Dzien na ciezarowce. Mamy farta, bo na pace, ale ze scianami, tak ze nie wieje. I na workach soli, i paczkach papieru toaletowego siedzimy, tak ze ciplo i miekko. Widoki rewelacyjne, same gory. Do Ayacucho dotrzemy w nocy.

31 sierpien 2000
Zobaczylismy Ayacucho z rana, przyjemne miasteczko i ruszylismy dalej. Duzo cierpliwosci i wytrwalosci nas ta jazda kosztuje. Caly dzien na butlach z gazem na pace miniciezarowki. Juz nie tak wygodnie i cieplo jak ostatnio. I asfalt sie skonczyl. Jechali wprawdzie do samego Huancayo, ale wieczorem okazalo sie, ze jeszcze wiele godzin drogi, tak ze bez szans, zamarzlibysmy na tych niewygodnych butlach w nocy. Poza tym nie wiem, co jest, czy to nagle wspiecie na taka wysokosc (ok. 4000m), czy jakies zatrucie, czy zmeczenie i niewyspanie, ale zmoglo mnie. Niedobrze, wymioty, nie bardzo wiec jestem w stanie jechac dalej. Chopin znalazl nam pomieszczenie na noc w wiejskiej szkolce.

¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Brazylia: Karnawałowa orgia... kolorów
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Nepal i już: U stóp kolosów
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl