HAWAJE
02:14
CHICAGO
06:14
SANTIAGO
09:14
DUBLIN
12:14
KRAKÓW
13:14
BANGKOK
19:14
MELBOURNE
23:14
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 17; 3`2000; Z Panamy do Kolumbii i Wenezueli
AW¦ 17; 3`2000; Z Panamy do Kolumbii i Wenezueli



1 marzec 2000
Niewiele sie dzieje, ale moze nie kazdy dzien podrozy musi przynosic nowe ekscytujace wydarzenia. Moze czasem trzeba poobserwowac przeplywajacych rano rybakow, przesuwajace sie nad wyspa chmury, zmieniajaca sie pogode, trzyletniego chlopczyka bawiacego sie razem z dwuletnia kuzyneczka w malej, drewnianej, zabawkowej lodce. Kupilismy dzisiaj make i zrobilismy dla calej rodzinki nalesniki z nadzieniem z bananow i wiorkow kokosowych. Tym razem utrafilsmy, cos smazonego i na slodko, bardziej w ich guscie niz surowki.


2 marzec 2000
Chopin z braku zajecia zajmuje sie ulepszaniem kuchni naszych gospodarzy. Skonstruowal juz trzy polki (do tej pory trzymali miski i talerze w jednym duzym garze), suszarke do naczyn, do sztuccow, specjalny sprzet do trzymania pokrywek. Pomyslowoscia i niewielkim wysilkiem mozna sobie sporo ulepszyc, ale nikomu tu sie nie chce.

3 marzec 2000
Jutro z rana jeden gosc bedzie plynal swoja lodzia na wyspe Pino, gdzie podobno zawsze sa kolumbijskie statki plynace bezposrednio do Kolumbi. Ma nas zabrac z samego rana. Tyle czekalismy na jakas szanse wydostania sie stad, a teraz nie moge uwierzyc, ze to ostatni dzien na wyspie, z nasza rodzinka, ostatnia noc w hamaku. Rodzinka tez nas chyba polubila. Podarowali nam piekna "mole" z dwoma ptakami, symbolizujacymi nas, jak mowia, a Fermina, gospodyni zaplotla mi tradycyjne indianskie bransoletki z koralikow.

4 marzec 2000
Spakowalismy sie, wstalismy o swicie, przygotowalismy do drogi a tu... okazuje sie, ze gosc jednak nie bedzie plynal. Moze w przyszla srode. Mamy wiec kolejny dzien na wyspie. Ciagle brak plynacych w nasza strone statkow. Ale nasz gospodarz mowi, ze zorganizuje wyprawe na lad po kokosy, niedaleko wyspy Pino i podwiezie nas przy okazji. Na niego mozemy liczyc.

5 marzec 2000
Pozegnanie z nasza niezapomniana rodzinka i wyspa Ustupu. Po jakis dwoch godzinach ostrego kolysania na falach Arcadio wysadza nas na wyspie Pino. Duza wyspa - gora wylaniajaca sie z morza, z mala wioska na brzegu, cala porosnieta palmami kokosowymi. Przy pomoscie dwa statki kolumbijskie i niespodzianka - na jednym z nich nasz znajomy Hiszpan z motorem, ktory wysiadl na pierwszej wyspie, do ktorej doplynelismy razem "Tubuala". Tez czekal i czekal na jakis statek, wrocil w koncu do Colon i tam zalapal sie na ten statek kolumbijski, ktory plynie bezposrednio, nie skupujac z wszystkich wysp kokosow, zatrzymal sie tylko tutaj. Gadamy z czrnym kapitanem. Tez rzuca na poczatku cene 100 dolarow od osoby. W koncu zgadza sie na 25. Ruszamy jutro. I nie do Kartageny, a blizej, do Turbo, ale wszystko jedno. Wazne, ze poplyniemy.

6 marzec 2000
Okropna noc na statku. Rozlozylismy sie na gornym pokladzie. A Kolumbijczycy wlasnie tam przez wiekszosc nocy pili i sluchali na caly regulator okropnej muzyki, ktora zreszta nie zasluguje na taka nazwe. A nad ranem wszczeli jakas glosna i zazarta klotnie miedzy soba. Ale nie bardzo bylo gdzie sie przeniesc, bo caly statek wypelniony towarem. Nie wiem poza tym, dlaczego nie plyniemy. Zakotwiczylismy tylko niedaleko wyspy, bo chyba nasi Kolumbijczycy maja na pienku z Indianami i nie byli mile widzeni przycumowani przy pomoscie. Okazuje sie znowu, ze wyruszymy "maniana" - jutro. Uczymy sie powoli nie denerwowac z powodu wydarzen (albo braku wydarzen), ktorych nie mozemy zmienic.
Za to wydarzenia dzisiejszego wieczoru warte sa szczegolowszego opisania. Wszystko zaczelo sie od tego, ze wracajac z trzygodzinnego spaceru dookola wyspy, spragniona zerwalam kokosa i chcialam przyniesc go na statek, aby Chopin mi otworzyl. Zatrzymuje mnie jeden gosc, twierdzi ze wyspa jest prywatna wlasnoscia Indian i zabieranie z wyspy kokosow jest nielegalne. I ze moge tego kokosa od niego kupic za 25 centow (podczas kiedy oficjalna cena wynosi 15). "Nie, dziekuje" - oddaje mu kokosa i wracam na statek. Po chwili zjawia sie na statku zadajac 5 dolarow za przysluge jaka nam oddal, twierdzac ze gdybym przeszla z tym kokosem przez wioske, aresztowaliby mnie i kazali zaplacic mandat 100 dolarow, wiec lepiej zaplacmy jemu 5. Nie mamy ochoty placic cwaniaczkowi, wiec zdenerwowany zaczyna rozdmuchiwac sprawe. Konczy sie na tym, ze prowadza nas (wszystkich europejczykow, tzn. Chopina, mnie, naszego Hiszpana oraz plynacego z nami Izraelczyka) do "Casa Grande", sadzaja na lawce przed rada staszych - siedzacymi okrakiem na hamakach dziadkami w kapeluszach. I przy mdlym swietle lamp naftowych i ciekawskich oczach podekscytowanych gapiow (nie co dzien wyspowe zycie dostarcza takich emocji) zaczyna sie nad nami sad. To co dziadkowie wykrzykuja w Kuna, mlody gosc podajacy sie za oficjalnego policjanta (rzeczywiscie, przynosi potem legitymacje) tlumaczy na hiszpanski, a potem Hiszpan Izraelczykowi i przy okazji nam na angielski. Zapomninaj w trakcie o moim kokosie, a przypomina sie ludziom, ze widzieli jak pare bialych (Chopin z Izraelczykiem) podplynelo wplaw ze statku na plaze na wyspie i zerwalo dwa kokosy. Na nic zdaja sie tlumaczenia, ze skad mielismy wiedziec, ze tylko dwa kokosy i w ogole o co cale halo. Rada starszych orzeka wyrok - kara 50 dolarow za rabunek kokosow. Zastanawiamy sie co moga nam zrobic jesli odmowimy zaplacenia. Uwiezic nas nas wyspie? Zabrac nam jako rekompensate nasze rzeczy? (juz sugerowali, ze jesli nie mamy kasy mozemy oddac np. aparat). Moze lepiej bedzie nie dowiedziec sie co moga nam zrobic... Ale placic tez nie chcemy, pomijajac fakt, ze autentycznie nie mamy jak, ostatnie 50 dolarow majac dla kapitana statku za przejazd, a czekow podroznych chyba tu nie przyjmuja. W koncu sytuacje rozwiazuje sam kapitan, proponujac, ze zaplacimy mu tylko 25$ za nas dwoje i 25$ Indianom. Na poczatku nie chca o tym slyszec, 50 to 50, ale wkrotce przystaja na 30 (pozostale 5 doplaca wzburzony Izraelijczyk) i jestesmy wolni. Wracamy na statek, gdzie dzielimy sie z kapitanem i marynarzami najdrozszym kokosem, jakiego kiedykolwiek jedlismy.

7 marzec 2000
Wydarzenia wczorajszej nocy i dzisiejszgo dnia az w nadmiarze rekompensuja spokojny brak wydarzen przez dziesiec dni na wyspie Ustupu. Dowiedzielismy sie, dlaczego tak dlugo czekal nasz kolumbijski statek na wyspie, nie mogac wyruszyc. Czekal na telefon. Na telefon od zalogi na ladzie, aby dowiedziec sie, gdzie dokladnie i kiedy maja przyplynac. Bo podrozujemy z kolumbijska kontrabanda... Przemycajaca towar z Panamy, z "Zona Libre" (Wolnej Strefy) w Colon.
Plyniemy przez wiekszosc dnia. Po poludniu wyplywa nam na spotkanie lodz, ktora eskortuje statek w odpowiednim kierunku. W koncu zakotwiczamy na pare godzin, aby poczekac na zmrok. Po zmroku, w totalnej ciemnosci, przy wylaczonych swiatlach ruszamy. I nagle, po ciemku, przy wzburzonym morzu i kropiacym deszczu, znajdujemy sie w samym srodku pozornie chaotycznej, ale w rzeczywistosci precyzyjnie zorganizowanej akcji. Akcji wyladowania przemyconego towaru. Docieramy w poblize ladu, niedaleko jakiejs plazy. Nie moga plynac dalej, ze wzgledu na plytkosc wody zarzucamy kotwice. Natychmiast otaczaja nas mniejsze lodzie. Jedna zarzuca liny i przymocowuje sie do boku naszego statku. Przeskakuja z niej czarna zaloga i zaczynaja przeladunek. Kartony ze statku wedruja z rak do rak i w koncu laduja na dnie przyczepionej lodzi. Zaladowana po brzegi odplywa. Podplywa nastepna. Rozumiemy, ze my tez mamy zabrac sie taka lodzia. Nie bedziemy czekac na znak od zajetego swoimi sprawami kapitana, bierzemy sprawy w swoje rece. Musimy przeskoczyc na dziob lodzi. Latwo powiedziec. Z plecakami, po ciemku, przy falach kolyszacych lodzia i statkiem na wszystkie strony. W gore i w dol , i poziomo, raz oddalaja sie od siebie, raz zblizaja. Trzeba uchwycic moment, kiedy sie zbliza, zlapac rownowage i skoczyc. Chopin skacze pierwszy. Bierze ode mnie plecak i moja kolej. Czekam, az ponownie sie zbliza. Skacze. Udalo sie. Jestesmy na lodzi. Obserwujemy, jak wpadaja kolejne kartony. Ze sprzetem elektronicznym, papierosami, alkoholem, nie wiadomo czym tam jeszcze. Zastanawiam sie, jak przezyja takie bezceremonialne rzucanie, ale nie ma czasu na zastanawianie. Ruszamy i cala uwage musimy skoncentrowac na tym, aby nie wypasc z bujajacej sie szalenie na falach lodzi. Slizgamy sie z jednej strony na druga i ratujemy przed wypadnieciem, w ostatnim momencie blokujac nogami o wystajaca krawedz. Przybywamy w koncu do brzegu. Czarni pomocnicy wskakuja do czarnej wody i ciagna lodz najblizej jak mozna na brzeg. Szorujemy dnem po piachu i stajemy. Ale od brzegu oddziela nas jeszcze troche wody. Tragarze zanurzeni po pas w wodzie przenosza kartony z lodzi prosto do czekajacego na plazy rzedu kilkunastu ciezarowek. Nie mamy wyboru. Zdejmujemy buty i spodnie, przedzieramy sie przez gore kartonow na czesc lodzi najblizej plazy i wskakujemy do wody. Pare metrow i w koncu, po tylu perypetiach wychodzimy na kolumbijski lad. Tu nikt nie zwraca na nas uwagi. Podplywaja kolejne lodzie, przyjezdzaja i odjezdzaja kolejne ciezarowki. Zastanawiamy sie, jak przedostana sie na lad Hiszpan i Izraelijczyk ze swoimi motorami. Nam bylo wystarczajaco ciezko z samymi tylko plecakami. Akcja dalej trwa, a my odchodzimy kawalek i znajdujemy domek na plazy, przy ktorym kobieta pozwala nam sie rozlozyc pod daszkiem. Udalo sie.
Dotarlismy do Kolumbi...


Kolumbia

8 marzec 2000
Pierwszy dzien na nowym kontynencie.
Obudzilismy sie dzis rano na plazy, gdzie wysadzono nas wczoraj i jedynymi sladami szalonej nocnej akcji byly slady kol ciezarowek na piasku. Poza tym plaza spokojna i opustoszala. Spytalismy sie w ktora strone do Turbo i ruszylismy. Najpierw pieszo blotnista drozka do glowniejszej drogi. Z tamtad stopem do miasta. Nie majac przy sobie ani jednego kolumbijskiego peso udalismy sie na poszukiewanie banku. Banki znalezlismy, nawet dwa, z tym ze ani jeden, ani drugi nie wymienia czekow podroznych. Mowia, ze w tym miescie czekow nie wymienia nikt. Co zrobic? U wlasciciela supermarketu wymieniamy nasze ostatnie piec dolarow w gotowce. Zostajemy poczestowani napojami i wlasciciel pyta sie, czy chcielibysmy moze skorzystac z internetu. Jakby zgadl czego najbardziej nam potrzeba - dac znac rodzinom i znajomym, ze zyjemy, ze dotralismy z przygodami, ale szczesliwie do Kolumbi. Mamy wrocic o pierwszej. Idziemy w miedzyczasie do kolumbijskiego "Immigration" w drugiej czesci miasta, przy plazy, po pieczatke do paszportu. Przechodzimy przez dzielnice dosyc okropnych i przeludnionych slumsow nad woda, zamieszkalych glownie przez Czarnych. W "Immigration" mowia, ze urzednicy wyszli wlasnie na dwugodzinna przerwe. Ale dobrze, ze przyszlismy teraz, bo spotykamy w drodze powrotnej Jose - naszego Hiszpana z lodki z motorem. Opowiada jak to dziesieciu mezczyzn transportowalo jego motocykl ze statku na lodke i z lodki na lad, niosac go nad glowami, tak ze kropla wody na niego nie spadla. Profesjonalisci. Nocleg znajdujemy przy kosciele, pod daszkiem w ogrodku przy budynkach parafialnych. Nie chcemy pierwszego dnia w Kolumbi spac gdzies w parku miejskim w Turbo.

11 marzec 2000
Kartagena. Nie spodziewalismy sie, ze dotarcie z Turbo do Kartageny, niewielki w sumie dystans, zajmie nam trzy dni. Ale pierwsza czesc trasy to waskie, piaszczysto kamieniste drogi w okropnym stanie. Ale zobaczylismy troche lokalnego folkloru, male wioski po drodze z prostymi chatami, gdzie wiekszosc transportu ludzi i towarow odbywa sie przy pomocykoni, osiolkow i mulow. Jadac na pace sunacej z wielkim mozolem ciezarowki z piachem zostalismy wyprzedzeni przez czlowieka na koniu. A jeden z najpiekniejszych obrazkow, to maly czarny chlopczyk w samych majteczkach na sielkim bialym koniu. Spalismy pierwszej nocy w jakiejs malej wiosce, ktora nie wiem nawet jak sie nazywa i ktorej wiekszosc mieszkancow zgromadzila sie, aby ogladac jak gotujemy. Drugiego dnia, po przejsciu sie paru kilometrow z plecakami i po wystaniu przy pustej drodze ponad godzine zatrzymal sie nam jeep. Caly pelny, ale przymocowalismy plecaki na dach, sami usiedlismy na plecakach i ruszylismy, trzymajac sie z calej sily, aby nie wypasc przy licznych podskokach i szalonych zakretach na drodze. Po paru godzinach takiej jazdy pojawil sie w koncy dawno wyczekiwany asfalt. Przystanek w Monteria, gdzie udalo nam sie wymienic czek i nasz kierowca powiozl nas dalej, do miasta Sincelejo, gdzie zaprosil nas do siebie na noc. Dzisiaj, trzeciego dnia jazdy, po beznadziejnie dlugim czekaniu na stopa, prawie przez pol dnia, dotarlismy do Kartageny. Zatrzymalismy sie u marynarza z kolumbijskiego statku, spotkanego na wyspach San Blas, ktory dal nam swoj telefon. W biednej, czarnej dzielnicy na obrzezach miasta, na uliczce, przez ktorej srodek przechodzi otwarty sciek. Ale mila, bardzo liczna rodzinka.

12 marzec 2000
Zwiedzamy Kartagene. Przyjemne, kolonialne miasto z waskimi uliczkami i kamienicami w europejskim stylu. Wieczorem idziemy na impreze do poznanych na ulicy Krisznowcow. Tradycyjne intonowanie, wyklad, poczestunek. Potem dluga rozmowa z jednym gosciem. I tu Krisznowiec i Buddysta (Chopin) doszli do wspolnej konkluzji, ze zycie jest jak sen i chodzi o to, aby sie przebudzic, a przynajmniej aby snic swiadomie. Tak jak podczas naszych "lucid dreams" (swiadomych snow).

13 marzec 2000
Jedna poranna scenka z miasta Baranquilla po drodze do Santa Marta. Przed wyjsciem na stopa kupujemy na ulicznym straganie ananasa i siadamy w cieniu, aby go zjesc. Podchodzi maly, moze czteroletni Murzynek, obserwuje nas przez chwile i pyta mnie:
- Skad masz te bransoletki?
- Od Indian Kuna z wysp San Blas.
- Daj mi jedna.
- Jednej nie moge - tlumacze, ze to co wyglada jak wiele koralikowych bransoletek, jedna kolo drugiej, w rzeczywistosci stanowi jedna, spleciona misternie, nieoddzielalna calosc. Maly nie wydaje sie przekonanay, ale zmienia temat.
- On (pokazujac na Chopina), jest twoj?
- Moj.
- Twoj kto?
- Moj... narzeczony. Maly staje teraz naprzeciwko Chopina.
- Kochasz ja?
- ...tak - odpowiada Chopin zaskoczony bezposrednioscia pytania.
- Powiedz jej, zeby dala mi jedna bransoletke.
- Nie moze - Chopin tlumaczy ponownie.
- Chcesz kawalek ananasa?
Na to maly krzywi sie z niesmakiem. On wie, czego chce.

14 marzec 2000
Santa Marta. Kolejne kolonialne miasteczko na wybrzezu, normalnie cztery godziny drogi od Kartageny. Nie spodziewalismy sie, ze dotarcie tu zajmie nam az dwa dni. Nigdzie jeszcze nie jezdzilo sie nam stopem tak okropnie jak tutaj. To znaczy, jak juz ktos sie zatrzyma to jest w porzadku, w ogole wszyscy ludzie, ktorych spotykamy sa strasznie przyjazni i mili, tylko problem w tym, ze nikt nie chce sie zatrzymac. Tlumaczyl nam jeden kierowca, ze w tym kraju ludzie nie zabieraja tak po prostu nieznajomych na drodze. W kraju, gdzie tyle przemocy i gdzie wszyscy drza przed "guerillas" (partyzantami) i "paramilitares", ciezko jezdzi sie stopem. Czekajac pare godzni na stopa w upale, przy okropnej drodze Chopin przezyl kryzys. Mial ochote rzucic wszystko, lacznie z calym plecakiem do rowu i wracac (wizyta u Krisznowcow wzbudzila tesknote za Osrodkiem). Mnie tez nachodza w takich momentach rozne mysli, ze tyle jest ciekawszych i pozyteczniejszych rzeczy, kotre mozna robic w zyciu niz bezsensowne marnowanie czasu czekajac na stopa przy brudnej kolumbijskiej drodze. Z drugiej strony obserwuje ludzi w chatkach przy tej samej drodze, ktorzy spedzaja caly dzien bujajac sie w hamaku lub siedzac na krzesle przed domem. I nie maja pewnie dylematow, ze marnuja w tensposob zycie. Bo cokolwiek robimy, to jest wlasnie zycie.

16 marzec 2000
Poruszajac sie bardzo powoli, ze wzgledu na okropnie dlugie czekanie na stopa, juz drugi dzien jedziemy droga na poludnie, w strone Bogoty. Nie wiedzielismy, czy jechac az do stolicy, czy odbic prosto do Wenezueli (Z Bogoty bedziemy musieli sie sporo wracac). Ale w Bogocie jest gosc, ktory znalazl nasza strone na internecie, zae-mailowal do nas i nas zaprasza. Stwierdzilismy, ze zobaczymy jakiego uda nam sie zlapac stopa. I wyglada na to, ze pojedziemy jednak do Bogoty, bo zagadalismy na parkingu dla ciezarowek jednego goscia i jedzie bezposrednio, swoja wielka ciezarowa. Tyle, ze przybedziemy tam jutro po poludniu. Dzisiaj pojedziemy jeszcze pare godzin, zatrzymamy sie na noc i jutro przed switem ruszymy dalej.

20 marzec 2000
Stalo sie. Sama jeszcze nie moge w to uwierzyc. Stalo sie to, czego najbardziej sie obawialam (i pewnie dlatego wlasnie sie stalo). Zostalismy obrabowani. I zginely moje najcenniejsze rzeczy jakie kiedykolwiek posiadalam. Moj plecaczek z calym sprzetem fotograficznym (moj wspanialy Canon z roznymi obiektywami, lampa, itd...), ale nie to jest najgorsze, aparat mozna kupic. To czego nie odzyska sie juz nigdy, to moje filmy, jeszcze niewywolane, ktore tez byly w plecaczku. Filmy ze zdjeciami od Kostaryki az do teraz, z najbardziej niesamowitej czesci naszej podrozy - z wysp San Blas. Mam przed oczami kazde zdjecie, jakie zrobilam. Odwiedzajac indianska lodzia ponad dwadziescia roznych wysp, zdjecia Indianek Kuna z ich niewiarygodnymi strojami i ozdobami. Festiwal na wyspie, na ktorej mieszkalismy, kiedy cala wioska upila sie tradycyjnym alkoholem z trzciny cukrowej i kiedy stare Indianki prosily mnie, aby je fotografowac. Zdjecia w chatce i zrodzinka u ktorej mieszkalismy, w koncu jedno zdjecie, jakie udalo mi sie zrobic podczas akcji rozladowywania przemyconego towaru przez kolumbijskich kontrabandytow... I caly wysilek wlozony w poszukiwanie filmu na wyspie, kiedy obeszlam cala wyspe i kazdy maly sklepik, gdzie mowili mi, ze czasem maja filmy, ale akurat nie teraz, i kiedy w koncu spotkalam amerykanskiego misjonarza, ktory sprzedal mi jeden film. Coz... nikt nie zobaczy nigdy tych zdjec. A czuje, ze byly to najlepsze zdjecia jakie kiedykolwiek zrobilam. Jakby tego bylo malo - moj pamietnik. Pamietnik od pierwszego dnia w Meksyku az do teraz, w ktorym pisalam codziennie. Duza jego czesc jest na internecie, ale czesci od Kostaryki do teraz nie mialam jak i kiedy wklepac do komputera. Oprocz tego - mala (buddyjski rozaniec) od Tengi Rinpocze, ktory podarowal mi tuz przed wyruszeniem z blogoslawienstwem na droge. Plecaczek zawieral wszystkie moje najcenniejsze rzeczy. Normalnie, jesli gdziekolwiej zostawiamy plecaki, zawsze zabieralam ten maly ze soba. Tylko podczas przemieszczania sie, jazdy stopem, maly byl w srodku duzego, bo tak latwiej. Tym razem rowniez. Obydwa nasze duze plecaki w srodku ciezarowki. I kiedy zatrzymalismy sie na stacji benzynowej i poszlismy zadzwonic do Bogoty, ktos skorzystal, przeszukal nam plecaki i jedyna rzecza ktora zabral byl moj czerwony plecaczek. Zorientowalismy sie dopiero w Bogocie (pol dnia drogi od tej stacji benzynowej w La Dorada). Na drugi dzien wrocilismy i przez dwa dni robilismy wszystko co mozliwe, aby odzyskac chociazby filmy i pamietnik. Porozklejalismy ogloszenia na stacji i po calym pobliskim miasteczku oferujac 100 dolarow (tutaj to olbrzymia kupa kasy) za same filmy i pamietnik, ktorych zlodziej i tak nie moze sprzedac gdzie indziej. Dwie stacje radiowe tez rozeslaly wiadomosc. Policja twierdzila, ze tez szuka. Ale stwierdzili tez, ze tutaj niepotrzebne rzeczy wyrzuca sie prosto do rzeki. Coz, wrocilismy juz dzis do Bogoty. Moge chyba zapomniec, tylko ciezko. Dlaczego...? Czy dlatego, ze za bardzo bylismy ufni? Ufajac ludziom, ufajac bezgranicznie naszemu podroznemu Duchowi Opiekunczemu, ktory jak dotad nas nie zawiodl. Czy dlatego, ze tego wlasnie sie obawialam...? Nigdy nie balismy sie jezdzenia stopem, napotkania oslawionych "guerrillas" (partyzantow), ktorych sie wszyscy panicznie boja, ale musze przyznac, ze tak, balam sie, ze moze zginac mi aparat i filmy. To jedyna rzecz, jakiej sie balam. A wierze, ze nasz umysl dziala jak magnes przyciagajac do naszego zycia to, o czym najbardziej myslimy i to czego najbardziej sie boimy. Mysle, ze kiedy zaczniemy bac sie jezdzenia stopem i podrozowania w taki sposob w jaki podrozujemy, trzeba bedzie przestac. Dlatego wlasnie robimy to teraz, zanim staniemy sie wystarczajaco odpowiedzialni, aby nie robic tak lekkomyslnych rzeczy.

22 marzec 2000
Bogota. W przyjemnym, po europejsku urzadzonym miejszkanku Guillermo i jego rodzicow. Guillermo znalazl jakos nasza strone na internecie, zae-mailowal do nas i zaprosil do Bogoty. Dlatego glownie tu przyjechalismy. Dobrze, ze mamy przyjazne miejsce, gdzie mozemy (moge) dochodzic do siebie po stracie. I komputer, na ktorym mozemy pracowac, a ja odtwarzac zaginione wraz z pamietnikiem wydarzenia.
Dzien po kradziezy i kolejne kilka dni zylam jeszcze nadzieja, ze moze chociaz niepotrzebne nikomu filmy i pamietnik odzyskamy jakos, gotowi bylismy odkupic je od zlodzieja za jakakolwiek kwote. Niesty, nie odezwal sie. Wracajac do Bogoty zostawilam cala nadzieje wraz z zaginionymi rzeczami w La Dorada.
Powoli pogadzam sie z faktem, ze obrazy z najbardziej niesamowitej czesci naszej podrozy pozostana tylko w mojej pamieci. Szkoda. A moze nie szkoda, moze dobrze jest miec cos tylko swojego. Nie wiem... Szukam wyjasnienia, pytajac po raz setny: "Dlaczego...?" Czy to w ramach lekcji - przypomnienia o nieprzywiazywaniu sie? Zaakceptowania faktu, ze wszystko przemija? Czy przypomnienie, ze nie podrozujemy tylko po to, aby robic zdjecia i spiwywac relacje...? Tylko tak lubie dzielic sie ze swiatem tym co widzielismy i przezylismy.

23 marzec 2000
W ambasadzie Wenezueli, tu w Bogocie dowiedzielismy sie, ze owszem potrzebujemy wize, aby wjechac do Wenezueli, ale niestety nie mozemy tu jej dostac, jesli nie jestesmy Kolumbijczykami, albo rezydentami. Rozmawialismy z samym panem konsulem, ktory stwierdzil, ze trzeba bylo zalatwic wize w swoim kraju przed wyjazdem. Nie docieralo do niego, ze wiza wazna jest przez rok, a my wyjechalismy okolo poltora roku temu i ze teraz nie byloby nam po drodze skoczyc do Polski po wize. Odwiedzilismy tez znajdujaca sie nieopodal ambasade Polski, ktora tez nie byla w stanie nam w tej materi pomoc.
Coz... wyglada na to, ze nie mozemy tak po prostu podrozowac sobie bez zadnych problemow. Ale przynajmniej nie jest nudno. Jutro ruszamy dalej. W strone Wenezueli. Nie chcemy z powodu absurdalnosci przepisow ominac ciekawego (mamy nadzieje) kraju. Zobaczymy, co sie da zrobic.

24 marzec 2000
Tak jak przed kradzieza lapanie stopa szlo okrutnie mozolnie (wszystko wydawalo sie nas powstrzymywac), tak teraz pedzimy do przodu szybko i sprawnie dobrymi samochodami i prawie bez czekania. I tak zajelo nam caly dzien szybkiej jazdy poprzez super krajobrazy dotarcie do Bucaramangi, sporego miasta, z ktorego jutro ruszymy dalej, juz bezposrednio do granicy.

Wenezuela

25 marzec 2000
Wszystko wydaje sie idealnie ukladac. Rano lapiemy stopa z Bucaramangi, kreta, pnaca sie poprzez gory drozka, bezposrednio do przygranicznego miasteczka Cucuta (niezlych kilka godzin jazdy). Na granicy dostajemy pieczatke wyjazdowa z Kolumbi i zastanawiamy sie co zrobic dalej. Postanawiamy pojsc do wenezuelskiego "Immigration" zobaczyc, czy moze nas wpuszcza bez wizy. Okazuje sie, ze biuro jest nie jak zawsze na samej granicy, ale w glebi miasteczka. W labiryncie uliczek znajdujemy biuro dajace pieczatki. Pokazujemy nasze paszporty. Urzednicy ogladaja, zastanawiaja sie, szukaja czegos, w koncu wygrzebuja liste krajow, ktore maja bezwizowy wjazd. Polska na niej nie figuruje. Nie sa pewni co zrobic, pieczatki bez wizy dac nie moga. Tlumaczymy nasza sytuacje, jak zwykle, ze z Polski, ze dookola swiata, ze tylko przejazdem. Urzednik pokazuje nam liste:
- Patrzcie, Niemcy tu sa...
- My blisko Niemiec jestesmy, wspolna granice mamy - probujemy.
- Tak? I Francja... Polska blisko Francji?
- Blisko
- Polonia... Juan Pablo Segundo... papiez jest z Polski, prawda?
- Prawda
- Czekajcie.

Teraz z wieksza energia urzednik usiluje cos dla nas zrobic. Dzwoni w rozne miejsca, pyta. Ale niestety, wszedzie potwierdzaja, wedlug tej samej listy, ze Polacy potrzebuja wize. Bez wizy nie moze wbic nam pieczatki. Widac, ze naprawde mu przykro. No coz, tym razem nawet papiez nam nie pomogl. Dziekujemy urzednikowi i spadamy.

Bez pieczatki, ale wyglada na to, ze jestesmy juz w Wenezueli. W przygranicznym miasteczku. Zamieniamy wobec tego resztke naszych kolumbijskich Peso na wenezuelskie Bolivary i... idziemy na stopa. Chyba nikt nam nic nie zrobi za brak pieczatki w paszporcie. Znowu bez problemu zalapujemy stopa. Na pace pickup`a jedziemy super nowoczesna kilkupasmowa autostrada. Pare kilometrow za miasteczkiem - korek. Patrzymy co sie dzieje. Okazuje sie, ze to nie korek, tylko kolejka do... punktu sprawdzania dokumentow. Cos jak druga granica. No to koniec, myslimy. Bez wizy, bez pieczatki. Nie mamy szans. Myslimy goraczkowo, czy nie lepiej wysiasc szybko teraz, przejsc jakos bokiem, krzakami. Wszedzie gesty busz i widzimy wysokie ploty. Poza tym juz za pozno, jestesmy prawie przy budkach z urzednikami. Jedziemy prosto w paszcze lwa. I tutaj z pomoca przychodzi nam po raz ktorys nasz Duch Opiekunczy. Naszego kierowcy, jako Wenezuelczyka nie legitymuja. Pokazujac na nas kierowca mowi urzednikowi: "Gringos" (tak nazywaja tu bialych Amerykanow) i... przejezdzamy, nie wyciagajac nawet naszych paszportow.

Skoro tak, skoro sami wpuscili nas do Wenezueli bez wizy, to nie nasza wina.
Jedziemy wobec tego dalej. W strone gorskiego miasteczka Merida. Tylko dzis juz nie dojedziemy, bo zrobilo sie pozno. Zostajemy wysadzeni w jakiejs wiosce po drodze. Napotykamy duzy, niespodziewanie ladny, zadbany kosciol. Wchodzimy. Zagadujemy ksiedza, ktory na wiesc, ze jestesmy z Polski odpowiada poprawna polszczyzna: "Nie rozumiem po polsku". Okazuje sie, ze studiowal we Wloszech i byl w Polsce przez kilka dni. Nie tylko dostajemy nocleg, ale ksiadz zapoznaje nas z calym tlumkiem mlodziezy. Spedzamy wieczor na rozmowach, graniu na gitarze, spiewaniu. Mile przywitanie w nowym kraju.

26 marzec 2000
Szczescie nas nie opuszcza, tak jakby nadrabialo za wypadek w Kolumbi.
Nie tylko bez problemu lapiemy kolejne, ciekawe stopy, ale ostatni, kobieta jadaca prosto do Meridy zaprasza nas do siebie. Z upalnych nizin wjezdzamy w gory, przejezdzamy przez niesamowite krajobrazy i wieczorem ladujemy w polozonej w gorach Meridzie.

27 marzec 2000
Zwiedzamy miasteczko. Merida szczyci sie najdluzsza i najwyzej wjezdzajaca na swiecie kolejka gorska (prawie 5000m.n.p.m.) Ale niestety, pomijajac fakt, ze jest strasznie jak dla nas droga, otwarte sa teraz tylko dwa pierwsze odcinki, reszta w naprawie. Poza tym pogoda. Chmury i mgla pokryly wiekszosc szczytow i zaczelo padac. W momencie, kiedy sie rozpadalo Chopin znalazl wyrzucona, troche pokrzywiona, ale dobra parasolke. Polazilismy wiec z parasolka po mokrej Meridzie zalatwiajac sprawy (wymienienie czeku podroznego, internet, szukanie zeszytu na moj nowy pamietnik, oraz rozgladanie sie za aparatem). Zrobilismy zakupy i wieczorem ugotowalismy wegetarianski posilek, ktroym podzielilismy sie z nasza sceptycznie nastawiona do warzyw gospodynia. Ale smakowalo.

28 marzec 2000
Ruszylismy w strone Caracas. Rano podwiozla nas jedna Francuska, ktora sprzedala wszystko we Francji i przyjechala tu, aby tu sie osiedlic, wsrod natury, w gorach niedaleko Meridy. Potem z mlodymi Wenezuelczykami sunelismy przez pare godzin przez gory, az do miasta Barinas, juz na nizinach. Stad nie udalo nam sie juz dzis wydostac i szukajac miejsca na rozlozenie sie gdzies na zewnatrz, znalezlismy nocleg w prostym domku u jednej rodziny, tuz przy autostradzie, ktora jutro mamy jechac.

29 marzec 2000
Juz w Caracas. Posuwamy sie szybko i sprawnie, ciagle lecac na tej samej fali szczescia. Zatrzymal nam sie samochod z Niemcami, jadacymi prosto do Caracas, z osiem godzin drogi. Dziwne uczucie, rozmawiac z Niemcami po hiszpansku, po pewnym czasie dopiero przeszlismy na angielski. Evi mieszka tu juz od ponad 20 lat. Opowiedziala nam swoja historie, jak to jako mloda dziewczyna przyjechala tu z mezem i w ponad rok objechali Ameryke Poludniowa i zamierzali podrozowac dalej na polnoc, az na Alaske. Plany zniweczyl brak drogi Kolumbia - Panama (wiemy cos o tym...). Bilet promowy na samochod kosztowal 1000 dolarow, wiec chcieli troche popracowac. Maz zalapal dobra prace i "troche" przeciagnelo sie az do teraz. W miedzyczasie urodzily sie dwie corki (teraz prawie w naszym wieku), a niedawno Evi rozwiodla sie ze zdradzajacym ja mezem. Opowiedzielismy sobie wzajemnie nasze historie i skonczylo sie na tym, ze zostalismy zaproszeni. Do przestronego, eleganckiego apartamentu Evi na obrzezach Caracas. Jeszcze ani razu w Wenezueli nie mielismy szansy spac na zewnatrz.
Mamy szczescie, ze trafilismy na Evi. Bo przezylismy dzis chwile grozy. Zatrzymala nas na drodze policja. Rutynowa kontrola. Dokumenty pojazdu, paszporty pasazerow. Z niespotykana starannoscia przejrzeli nasze paszporty i dopatrzyli sie braku pieczatki. Nie wiedzieli nawet, ze potrzebujemy wize, ktorej tez nie mamy, ale sam brak pieczatki wjazdowej wystarczyl, ze stwierdzili, ze jestesmy w kraju nielegalnie i musza nas zatrzymac i prawdopodobnie bedziemy deportowani do Polski. Zaczelismy proces oblaskawiania, opowiadajac nasza historie, przekonujac ze nie chcemy tu ani pracowac, ani zostawac, ze dookola swiata jedziemy, itd. Glowna role odegrala Evi zapewniajac jakimi to spokojnymi, uczciwymi ludzmi jestesmy, powtarzajac ciagle "Senior Mendoza, porfavor...", az pojawily jej sie lzy w oczach. Senior Mendoza, z poczatku nieugiety, widzac ze lapowki od nas zadnej nie wyludzi, w koncu machnal reka i oddal nam paszporty, za co dostal calusa w policzek od naszej wybawczyni. Takie to mamy szczescie.

30 marzec 2000
Okazuje sie, ze dalej nie bedzie latwo. Przekonalo nas o tym pare telefonow do ambasad. Do wszystkich sasiednich krajow potrzebujemy okropnie drogie wizy. Nie tylko drogie, ale wymagajace sporych wysilkow w zdobyciu. Aby w ogole zaczac ubiegac sie o wize zarowno do Gujany jak i Brazyli, trzeba przedstawic zaswiadczenie o zaszczepieniu sie na zolta febre. Okazuje sie, ze szczepionka kosztuje kolejnych prawie 100 dolarow na nas dwoje. A ze w ogole nie lubimy szczepionek (oficjalna historia medycyny woli nie podawac ile osob umarlo lub zachorowalo od szczepionek) wbralismy sie do kliniki zobaczyc, czy moze uda nam sie dostac/kupic samo zaswiadczenie o zaszczepieniu. Niestety. Pani doktor byla nieugieta, ale podano nam namiary na przychodnie publiczna, gdzie szczepionka kosztuje tylko kilka, a nie kilkadziesiat dolarow, z tym ze tak jak w Polsce, sa wielkie kolejki, trzeba przyjsc wczesnie rano, zrobic przedplate, itd. Ale co nam pozostaje...
Poza tym rozgladamy sie za aparatami. Nie jest prosto. Wybor prawie zaden, a ceny kosmiczne. Nie mielismy pojecia, ze tyle to bedzie kosztowac. Aby kupic minimum tego co mialam, podobnej klasy, potrzebowalibysmy ok. tysiaca dolarow. Nie wiem co zrobimy.

31 marzec 2000
Evi zaprosila nas na weekend do swojego apartamentu na plazy. Przychodnia od szczepionek przyjmuje tylko w poniedzialki, wtorki i czwartki z rana, tak wiec do poniedzialku nie mamy co robic. Dobrze bedzie zrelaksowac sie na plazy.
Plaza niedaleko miasta Maracay, bajeczna plaza z przeczysta woda w uroczej zatoczce z gorami dookola. Evi ma wakacyjne mieszkanko na dziesiatym pietrze jednego z dwoch dosc szpetnych, ale pieknie polozonych dwudziestopietrowych apartamentowcow. Pare krokow od plazy, przez otwarte okna slychac szum oceanu.

¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Argentyna: Aconcagua
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GLP 1; Quito
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl