HAWAJE
18:14
CHICAGO
22:14
SANTIAGO
01:14
DUBLIN
04:14
KRAKÓW
05:14
BANGKOK
11:14
MELBOURNE
15:14
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 14; 12`1999; Z Meksyku do Belize i Gwatemali
AW¦ 14; 12`1999; Z Meksyku do Belize i Gwatemali



1 gudzien 1999
Chopin: "Dzungla w nocy wyglada zupelnie inaczej". "Dzungla w nocy w ogole nie wyglada" - odpowiadam mu na to. Szczegolnie w bezksiezycowa noc, bez latarki. Jest po prostu czarno. Tak sobie gadamy lezac juz bezpiecznie w spiworach, jeszcze z szybko bijacymi sercami. Zachcialo sie nam ruin.


Przybylismy do ruin Sayil, ukrytych wsrod rozciagajacej sie wokol dzungli tuz przed zachodem slonca. Zdazylismy jeszcze ukryc plecaki w glebi lasu i przedrzec sie do ruin od tylu, tym razem nie bylo prostej sciezki, przedzieralismy sie przez okrutne krzaczory. Zdazylismy. Zlapalismy ostatnie promienie zachodzacego slonca oswietlajace magicznie wiekowe pozostalosci po Majach. Te ruiny porozrzucane sa po sporym terenie. Zanim obeszlismy ich czesc, zostalismy jedynymi tu ludzmi, zamkneli juz pewnie brame wyjsciowa, nie daloby sie tak jak poprzednimi razami wmieszac w tlum i wyjsc spokojnie glownym wyjsciem. Trzeba z powrotem przez dzungle. Sama nie mialabym nawet pojecia w ktora strone do plecakow, w srodku dzungli wszystko wyglada tak samo (poki jeszcze wyglada). Jak dobrze, ze mam Chopina, to onjest zawsze od kierunkow i znajdowania drogi. Tylko - jak sie okazuje, lepiej mu idzie w miescie, niz o zmroku w dzungli.

Drzewa, platanina zwieszajacych sie lian, a najgorsze, klujace jakies kszaczory. Przez to wszystko przyszlo nam sie przedzierac. Chopin z przodu, torujac droge, ja wlokac sie i potykajac za nim. Kiedy krzyknal poddenerwowany "Pospiesz sie Kinga, za chwile nic nie bedzie widac!", wiedzialam ze jestesmy zgubieni. Rzeczywiscie, z minuty na minute robilo sie ciemniej, coraz bardziej platalismy sie w gestwinie krzakow i drzew. Teraz juz niewazne plecaki, po prostu wyjdzmy z tej dzungli. Tylko w ktora strone? Uslyszelismy w oddali samochod. Droga - chodzmy w strone drogi. Przedzieramy sie wiec przez jakis czas w tym kierunku, po czym... slyszymy w oddali samochod z przeciwnej strony. Potem jeszcze z innej. Poczulam sie tak jak na filmie "The Blair Witch Project", kiedy zagubieni juz ktorys dzien w lesie bohaterzy postanawiaja isc przez caly czas w jednym kierunku, ida, ida i po calym dniu wedrowki dochodza dokladnie do miejsca, z ktorego wyszli rano. Coz... w miedzyczasie zrobilo sie prawie zupelnie ciemno, przestalo cokolwiek jezdzic. Chopin zaczal krzyczec, w ruinach powinni byc jacys straznicy, moze nas uslysza. Wiec przedzieramy sie na oslep, w przypadkowym kierunku krzyczac. Jest! Slyszymy w oddali sczekanie psa. Podazamy w te strone, tylko coraz wolniej, bardziej macajac galezie niz widzac. Jak bardzi nie chce spedzac tu nocy. W nocy pewnie jest zimno, a my w krotkich spodenkach, choc teraz pot sie z nas leje. Idiemy dalej, potykamy sie o kamienie, pewnie te pomajowskie. Chopin nawoluje. Nagle - slyszymy z daleka glos. Chyba jestesmy uratowani. Przedzieramy sie w strone glosu, odkrzykujac sobie wzajemnie. w koncu - swiatlo latarki. dwoch biednie ubranych wiesniakow z karbinami mowiacych do siebie w jezyku Maja. Do nas po hiszpansku. "Co sie stalo?" Okazuje sie, ze to nocni straznicy ruin. Tylko sobie znanymi zakamarkami wyprowadzaja nas z dzungli. Zyjemy! Nie bedziemy musieli spedzac nocy skuleni , gdzies w ciemnosci pod drzewem. Pokauja nam gdzie mozemy sie rozlozyc na noc. Fajnie, tylko - spiwory mamy w plecakach, a plecaki... ciagle w dzungli. Chopin twierdzi, ze teraz wie jak jak do nich trafic. Idzie razem z latarka i jednym ze straznikow z powrotem wglab. po kilku nieudanych probach rzeczywiscie odnajduje i przynosi plecaki. Rozkladamy sie na niewielkim parkingu przed ruinami. "Dzungla w nocy wyglada zupelnie inaczej" - mowi Chopin. "Dzungla w nocy w ogole nie wyglada", odpowiadam szczesliwa, ze nie musze spac tam gdzie nie wyglada.
Poranek. Jak dobrze, ze na skraju, a nie w srodku dzungli. Jak milo, ze w cieplych spiworach. Ogladamy w swietle dnia rezultaty ostatniej nocy. Chopin ma niezle podrapane nogi, ramiona, czolo. ja troche mniej. Ale nie jest tak zle jak myslelismy. Mimo wszystko - nigdy wiecej dzungli w nocy.

2 grudzien 1999
Na niesamowite rzeczy mozna trafic jadac bez przewodnika i nie kierujac sie mapa. Jadac jakas drozka z Oxkutzab trafilismy na miasteczko o nazwie Mani, ktorego nie ma nawet na mapie. "Odkrylismy" tam groty z podziemnymi korytarzami i stary, w czesciowej ruinie klasztor-zamek Franciszkanow, z dziedzincem, wielkim ogrodem, korytarzykami, waskimi schodkami, poczulismy sie chwilowo w innej epoce. Potem przez reszte dnia jechalismy dalej przez miejsca, gdzie ludzie ciagle mowia jezykiem Maja, tylko do nas po hiszpansku. Dowiedzielismy sie od goscia, ktory nas podwiozl, ze "gasolina" (benzyna) w Maja jest tak samo jak po hiszpansku, a np. "drzewo" juz zupelnie inaczej - to ciekawostka. Spytal nas tez, czy przyjechalismy z Polski autobusem, czy samolotem.

3 grudzien 1999
Wiekszosc dnia w najrozleglejszych i najslynniejszych (w zwiazku z tym niestety najbardziej turystycznych) ruinach na Yukatanie - Chichen Itza. Wdrapalismy sie na szczyt pokaznej, gorujacej nad okolica piramidy i podziwialismy trzystaszescdziesieciostopniowy widok na rozciagajaca sie w nieskonczonosc zielona puszcze. Ruinki ciekawe, szczegolnie cala masa kolumn, ktorych nie spotykalismy w innych miejscach, ale w sumie nie takie dzikie i fascynujace jak Palenque.

4 grudzien 1999
Juz w Cancun. Miejsce, gdzie nad cudownymi plazami o nieprawdopodobnie lazurowym kolorze wody i nigdy nie nagrzewajacym sie drobnym bialym piasku, rozciagaja sie kilometrami ciagi ekskluzywnych hoteli z basenami po kilkaset dolarow za noc, i gdzie przylatuja na kilkudniowe czy tygodniowe wakacje bogaci Amerykanie.
My znalezlismy schronienie w skromnym mieszkanku naszego servasowego hosta.

5 grudzien 1999
Chopin zgolil wlosy, ale o tym nie chce pisac.

9 grudzien 1999
Swiat jest naprawde maly, a przeznaczenie bawi sie z nami prowadzac nas swoimi niewyjasnionymi drozkami, rzucajac nas w pewne miejsca o odpowiedzniej godzinie i minucie. Dzis ruszylismy stopem z Cancun w strone ruin Tulum. Po drodze turystyczne miasteczko - Playa Carmen. Nasz kierowca jechal tylko dotad. Jedziemy dalej, czy zobaczymy miasteczko? Zobaczmy. Idziemy w strone centrum. Po drodze supermarket - wstapmy. I stalo sie, ze w tym samym supermarkecie, w tej samej chwili byli Jason z Sara - parka, ktora spotkalismy pare miesiecy temu w El Paso w Teksasie. Pelni obaw wybierali sie akurat do Meksyku. Uspakajalismy ich wtedy, ze na pewno wszystko bedzie w porzadku. No i jest. Od miesiaca juz mieszkaja tu niedaleko Playa Carmen. Pracuja - ona uczy angielskiego, on nurkuje i filmuje podwodne krajobrazy. A mieszkaja, w prawdziwie bajkowym miejscu, w dzungli na "tree house", tak naprawde to niezupelnie na drzewie, ale w cudownym drewnianym domku ze strzecha na wysokiej drewnianej konstrukcji, tuz kolo "cenote", czyli podziemnego jeziorka wystajacego troche z jaskini. Zaprosili nas do swojego raju. Drewniana drabinka z 22 szczeblami, widok na cala zielona dzungle, hamak, kapiel w cenote... Nieprzypadkowo weszlismy do tego supermarketu.

10 grudzien 1999
Wczoraj magiczny wieczor, tylko przy swietle swieczki i gwiazd, i przy odglosach nocnej dzungli. A dzisiaj poranek. Nasi gospodarze ruszyli z rana do pracy zostawiajac nas samych w raju. Chcielismy powdychac bez pospiechu swiezosc poranka. W naszych cywilizowanych domach blokach-klatkach, otaczajaca przyroda sa najczesciej identyczne betonowe bloki, moze kawalek mizernego trawniczka, a jedyne odglosy w nocy to impreza u sasiadow lub samochody na pobliskiej ulicy. Tu wszystko zyje. Zyje zielono-niebieska dzungla i niebem. Nie ma oddzielajacych scian i okien. Tylko dach z suchych palmowych lisci. Czuc kazda zmiane pogody, cieplo, zimno, powiew wiatru, wilgotnosc, zapach nadchodzacego deszczu. Przeczekalismy w zachwycie taki wlasnie przelotny, odswiezajacy deszcz i ruszylismy sciezka wydeptana wsrod gestwiny prowadzaca do ukrytej w sercu dzungli laguny. Zdjelismy ubrania i zanurzylismy sie w przeczystej wodzie, otoczonej skalami i drzewami.

11 grudzien 1999
Jesli o mnie chodzi moglibysmy tu zamieszkac, Chopinowi tez nie bez bolu przyszlo zostawic boski hamak. Ale przypomnielismy sobie, ze chcielismy przeciez zobaczyc reszte swiata. Wiec...trzeba sie bylo ruszyc. Skonczylam z rana ksiazke, ktora tu znalazlam "Ishmael", pozegnalismy sie z Sara i Jasonem i ruszylismy dalej.

12 grudzien 1999
Ruiny Tulum. Miejsce szczegolne, glownie ze wzgledu na polozenie, bo jesli o ruiny chodzi, to widzielismy ciekawsze. Ale tylko tutaj mozna zobaczyc pozostalosci Majowej osady na tle oceanu. Zrobilismy ladne zdjecia i ruszylismy dalej w droge - juz w strone granicy.


Belize i Gwatemala

13 grudzien 1999
Belize. Przelotnie tylko smigniemy przez ten niewielki, dziwny kraj. Najwieksza zmora podrozy sa wizy. Nie rozumiem tego chorego pomyslu, aby za przekroczenie jakiejs umownej linii trzeba bylo placic. Nie tylko zreszta placic, ale szukac ambasad, wypelniec papiery, a potem stosowac sie do limitu przydzielonych dni. Kazdy chyba podroznik ma swoje historie z przejsciami na granicy. Nasza wygla tak: Granica. Jeszcze po stronie meksykanskiej urzednik chcial od nas "tourist cards", ktorych nigdy nie dostalismy i nie oplacilismy. "Tourist cards", albo lapowke, ale ze nie doczekal sie od nas ani jednego, ani drugiego, machnal w koncu reka i nas przepuscil, tzn. z Meksyku wypuscil. Ale to nie koniec.

Po belizyjskiej stronie dowiedzielismy sie, ze Polacy jako jedni z niewielu narodowosci potrzebuja wizy do Belize. $25 od osoby. Mozemy wrocic do Chetumal, zalatwic wizy i przyjsc pozniej. Dziekujemy. Albo tranzytem, bez wizy i za darmo, jesli przejedziemy kraj w jeden dzien. W przyplywie dobroczynnosci czarny urzednik podarowal nam dwa dni. No coz, skoro nas tu nie chca... Chcielismy zobaczyc troche ruin, w ogole troszke poznac kraj, ale jak nie to nie. Z granicy ruszamy od razu stopem do Belize City, gdzie jest ambasada Gwatemali (Gwatemali nie chcemy przeleciec tranzytem), aby jutro wykupic wizy i spadac, mamy czas do polnocy, aby wszystko zalatwic, przejechac i opuscic ten kraj. Przynajmniej nie ma problemu ze stopem, szybko, chetnie ludzie sie nam zatrzymuja. Wieczorem docieramy do Belize City.

14 grudzien 1999
Ambasada Gwatemali. Biedniejsi o 50 dolarow i bogatsi o pieczatki w paszporcie dajace nam prawo do trzydziestu legalnych dni w Gwatemali, opuszczamy Belize City.
Na kazdym kroku widac, ze to inny kraj. Dziwny troche, jedyna w swoim rodzaju mieszanka kilku kontynentow. Niespotykana mikstura etniczna. Bardzo duzo Czarnych (potomkowie niewolnikow, przywiezieni z wysp karaibskich), mowiacych po angielsku, a raczej swoim prawie niezrozumialym dialektem wywodzacym sie z angielskiego. Poza tym potomkowie Hiszpanow, zmieszani niekiedy z Indianami, mowiacy po hiszpansku, ale znajacy tez angielski. Oprocz tego niewielki, ale widoczny procent Chinczykow, Hindusow, Europejczykow, Gwatemalczykow, ludzie z kazdego konca swiata. Jest tez pare tysiecy Amiszow, ktorzy z relacji naszego olbrzymiego czarnego kierowcy dziela sie na trzy grupy - jedna tradycyjna, bez elektrycznosci, z wozami konnymi, druga - Amisze naszej ery, z samochodami i klimatyzacja, i trzecia gdzies po srodku, z traktorami, ale na metalowych kolach. Nasz kierowca kocha swoj niewielki kraj, bo skoro tyle ludzi tu przyjechalo i znalazlo tu swoj dom, to musi to byc jedno z lepszych miejsc na ziemi. Byc moze. Maja podobno wspaniale plaze i liczne cudowne wyspy, ktorych nie przyjdzie nam niestety odwiedzic, i gory, i dzungle, i majowe ruiny, i w ogole to jest raj. My zobaczylismy tyle, ze ludzie sa rzeczywiscie przyjazni i zrelaksowani, i ze jest bardzo ladnie zielono wokol jedynej glownej drogi w kraju, ktora jedziemy i jakos jest inaczej, inne powietrze, czy atmosfera niz w Meksyku, cos nieuchwytnego.
Tylko trzeba uwazac, aby nie mrugac w tym kraju, bo mozna go niechcacy przegapic. Zdazylismy obejrzec nawet jedne ukryte w dzungli ruiny i nie wiemy jak to sie stalo, ze znalezlismy sie juz na granicy.

15 grudzien 1999
>>>>>>>>>Gwatemala<<<<<<<<<<
Kolejny kraj. Juz po urzedach na przejsciu granicznym widac, ze roznica pomiedzy Belize a Gwatemala, to prawie jak pomiedzy Stanami a Meksykiem. Znowu bardziej trzeci swiat, ale swojsko. W przygranicznej wiosce-miasteczku, ktore nawet nie wiem jak sie nazywa, bo nie ma go na naszej mapie, kupilismy wczoraj wieczorem pyszne, recznie robione tortillas i ugotowalismy sobie rewelacyjna fasolke z warzywkami.
Dzis ruszamy. Okazuje sie, ze jedyna prowadzaca od granicy dokadkolwiek droga jest nieasfaltowana, a po porannym deszczu obslizglo blotnista. Gwatemala... Pomimo malego ruchu nie ma problemu ze stopem. Nie chcialo nam sie stawiac plecakow w blocie, wiec szlismy. A jak sie idzie z plecakami pusta droga posrodku pustkowia albo dzungli ludzie od razu sami sie zatrzymuja. W koncu droga przeszla w podziurawiony asfalt. Chcielismy pojechac do jakis ruin drozka odbijajaca w prawo, jakies parenascie kilometrow, mowi znak. Troche duzo, aby w upale z plecakami isc. Poczekalismy wiec przy drodze, ale nie wiem jak dlugo przyszloby nam czekac. Ta droga nie przejechalo nic. I nie dowiedzielismy sie jak dlugo, i czy cos by w koncu przejechalo, czy nie, bo zrezygnowalismy. Zobaczmy lepiej ruiny Tikal, najwieksze, najslynniejsze tutaj ruiny. Dojechalismy do drogi prowadzacej do Tikal, do jakiejs wioski nad jeziorem. I... okazalo sie, ze o tej porze po poludniu tez juz nikt tam nie jezdzi. Coz - jutro tez jest dzien, a poki co idac w slady lokalnych ludzi nad rozleglym jeziorem, na specjalnych kamieniach w wodzie robimy sobie pranie. Chopin jest specjalista, chyba trzeba go przechrzcic na Szopka-pracza. W piekniejszym miejscu jeszcze nie pralismy, o zachodzie slonca.

16 grudzien 1999
Pisze te slowa siedzac na szczycie jednej piramidy, patrzac na druga na przeciwko. Ruiny Tikal. Nie udalo nam sie wejsc bez placenia, bo kasowali za wstep do calego parku, jeszcze ilestam kilometrow wczescnie, na drodze, a najgorsze jest to, ze maja dwie oddzielne stawki - Gwatemlaczycy placa 15, obcokrajowcy 50 Quetzali. Nie wygladajac na Gwatemalczykow wybulilismy razem stowke, ok. 14 dolarow - nasz trzydniowy budzet!
O.K. Zaliczylismy nasze najdrozsze ruiny. Calkiem niezle. Porozrzucane wglebi dzungli na przestrzeni kilkunastu kilometrow kwadratowych. Wlezlismy na piramide, polazilismy po opuszczonych komnatach, korytarzach, schodkach, przejsciach. Popstrykalismy troche zdjec.

17 grudzien 1999
Jestesmy na skraju kolejnej przygody. Nic nie planowalismy, a wszystko samo tak sie uklada. Rano przechodzimy z chaotycznego miasteczka Santa Elena przez most na wyspe Flores, do przyjemnego, czystego miasteczka z wystawa i informacja turystyczna w centrum. Ogladamy mapy, zdjecia, opisy miejsc, ktorych nie ma na naszej mapie. Niezle brzmia ruiny "El Mirador" z najwieksza ze wszystkich piramida zbudowana przez Majow. Trasa wyglada tak: trzeba dostac sie najpierw do odleglej wioski Carmelita po drugiej stronie jeziora, tam gdzie na naszej mapie nie ma zadnej drogi, nie ma nic. Stamtad dwa dni drogi pieszo przez dzungle do ruin, jeden dzien w ruinach i dwa dni drogi z powrotem. Ruiny w dzungli, gdzie nie ma turystow, nie ma straznikow, nie ma oplat, nie ma nikogo. Brzmi intrygujaco. Robimy na targu zakupy, po drodze napelniamy nasza butle nafta i od pana na stacji benzynowej dowiadujemy sie , ze na druga strone jeziora szybciej i taniej bedzie lodka. Plyniemy wiec za pare Quetzali lodka wypelniona po brzegi lokalnymi ludzmi. Na drugim brzegu jeziora Peten-Itza spotykamy goscia, ktory prowadzil wyprawy do El Mirador, opowiada troche szczegolow, radzi dokupic wiecej jedzenia. Suchy prowiant - ryz, fasolka, makaron, "maseca" (sucha masa z kukurydzy na tortillas), na jutro jeszcze banany i bulki. Przechodzimy wioske i na pustej drodze stawiamy plecaki i czekamy na stopa do Carmelity. Czekamy, czekamy, przejezdzajacy na rowerach ludzie pytaja dokad sie wybieramy, zycza szczescia. W koncu przejezdza samochod i zabiera nas kawalek drogi tylko, do Rancho de los Ninios. Kiedys dom dziecka, teraz mieszka tu tylko stroz z rodzinka. Mozemy tu przenocowac i z rana ruszyc dalej, bo o tej porze nikt juz do Carmelity sie nie wybiera. Felipe z Isaura zapraszaja nas na noc do swojej jednoizbowej chatki, jest miejsce bo dzieci pojechaly do miasteczka, zostal tylko najmlodszy z szostki, dwuletni malec. Zostawiamy tez tu rzeczy, ktore nie przydadza sie w dzungli, aby odciazyc maksymalnie plecaki, w drodze powrotnej po nie wrocimy. Mowia, ze pierwsze samochody przejezdzaja droga przed szosta rano, planujemy wiec wczesna pobudke.

18 grudzien 1999
Poznajemy spokojne zycie w Carmelicie - malej wiosce z kilkunastu, czy kilkudziesieciu prostych chat z cienkich drewnianych pali i strzech z plamowych lisci. Przybylismy dosc szybko, bo przed switem jeszcze wyruszylismy na droge i wkrotce po szostej zabrala nas przejezdzajaca, otwarta ciezarowka z cola. Smutne, ze do kazdego, najodleglejszego miejsca na ziemi, wyboista, zakurzona droga dowozona jest regularnie cola. Nie maja warzyw, nie maja owocow, ale w sklepiku zawsze jest cola. I pepsi. Ale czasem ciezarowka z cola sie przydaje. Po ponad trzech godzinach okrutnie blotnista sciezka-droga dotarlismy do Carmelity. Pierwsza osoba jaka spotkalismy byl akurat brat naszego gospodarza z Rancha, gdzie spalismy, ktorego mielismy znalezc. Pogadalismy, znalazlo sie od razu kilkoro ludzi oferujacych sie byc naszymi przewodnikami, za odpowiednia cene oczywiscie. Przekonywali nas zawziecie, ze bez przewodnika sie zgubimy, bo sciezek jest duzo, a droga trudna. Mapa nie istnieje. Czy moga nam objasnic droge i naszkicowac mape? Zaplacimy za dobra mape. Nie, ale moga nas zaprowadzic - za astronomiczna sume 600 Quetzali (ok.90 dolarow!). Dziekujemy. Przeszlam sie po wiosce, pogadalam, skierowano mnie do Jose Murano. Znalezlismy go w prowizorycznym kosciolku. Bardzo w porzadku czlowiek, dogadalismy sie. Objasnil troche droge, naszkicowal watpliwej jakosci mapke, bo nieprzywykly do trzymania w reku dlugopisu (jak wiekszosc mieszkancow wioski - niepismienny). Co nam pozostalo? Wyruszymy jutro. Poki co mily dzien z rodzinka Jose. Zaopiekowaly sie nami liczne dzieci, zaprowadzily nad rzeke. Dokupilismy jeszcze makaronu i platkow owsianych (bylo to mniej wiecej wszystko co jedyne dwa sklepiki mialy nam do zaoferowania). Jutro ruszamy.

19 grudzien 1999
Czy nie mowilismy calkiem niedawno "Nigdy wiecej dzungli"? Znowu przygody nam sie zachcialo. Sytuacja wyglada tak, ze nie wiadomo, czy w ogole gdziekolwiek dojdziemy. Tak pogryzionej calej twarzy, szyi i rak przez komary jeszcze nie mialam. Przez takie bloto tez jeszcze sie nie przedzieralam. Nasze nowe buty sa nie do poznania, chwilami wydawaly sie wazyc wiecej niz plecaki z jakims poltonowym, blotnistym obciazeniem. Zeby tylko bloto... Co jakis czas na sciezce po prostu woda, trzeba sie przedzierac bokami, przez dzungle. Takie warunki wyzwalaja najgorsze instynkty. Moj wegetarianizm i milosc do zwierzatek koncza sie na komarach. Nie da sie ich nie zabijac, choc walka to nadaremna, w miejsce jednego zabitego nadlatuje dziesiec innych. Na szczescie na noc mamy moskitiere, bo nie przezylibysmy. Do tego jeszcze kleszcze. Cale stada malutkich klesczykow wspinajacych sie po nogawkach spodni. Przed kleszczami jednak nas ostrzezono i mamy specjalny proszek do posypywania, chyba dziala. W kazdym razie po calym dniu mozolnego marszu nie znalezlismy jeszcze obozu, do ktorego mielismy dotrzec pierwszego dnia. Czy zbyt wolno idziemy, bo warunki nie pozwalaja szybciej, czy to nie ta droga? Nie ma kogo zapytac, nie ma drogowskazow-sciezkowskazow. Nie wyglada to ciekawie. Szczesciem zmrok zastal nas nad mokradlem-bajorkiem. Woda. Mozna ugotowac, umyc gary, zagotowac wody do picia. Jestesmy wyczerpani. Zobaczymy co przyniesie jutro.

20 grudzien 1999
Dzien pod znakiem nadziei i rozczarowan. Niestety rozczarowanie zwyciezylo. Nie bedziemy ogladac zachodu i wschodu slonca i pelni ksiezyca ze szczytu najwiekszej majowej piramidy. marzenia nie zawsze sie spelniaja. Choc zrobilismy wszystko co w naszej mocy. Z rana - poszukiwanie dalszej sciezki, tylko ze zamiast na polnoc prowadzila na wschod. Ale ze to jedyna, poszlismy. zaprowadzila do jakiegos opuszczonego obozu i to mniej wiecej koniec. zawracamy. Z powrotem nad wode, gdzie spalismy. Tam patrzymy - po drugioej stronie wody kontynuuje sie sciezka. Nie znajdujemy obejscia, nie ma wyjscia. Zdejmujemy buty i spodnie i przeprawiamy sie na druga strone. Tam wkrotce sciezka doprowadza nas do miejsca, gdzie najwyrazniej bylo obozowisko, teraz nie ma nawet chat z palmowych lisci, ale... jest drzewko cytrynowe. Nawet kilka. To musi byc Tintal, bo drzewo cytrynowe mialo byc znakiem. Miejsce, do ktorego mielismy dotrzec wczoraj i stad juz podobno prosta droga doprowadzi nas za okolo osiem godzin marszu prosto do El Mirador. Jest nadzieja. Idziemy. Zrywamy jeszcze tylko kilka cytrynek, ktore wkrapiamy do butelek z woda ze stawku. Slyszelismy, ze dziala to dezynfekujaco, a nie mamy tyle paliwa i czasu, aby wode gotowac. Idziemy. Lecz coz - sciezka, ktora miala byc jedna i prosta rozdwaja sie. probujemy najpierw te, ktora idzie prosto, choc kompas mowi, ze bardziej na wschod niz na polnoc, gdzie mielismy sie caly czas kierowac. Zawracamy. Idziemy sciezka, ktora odbija w bok, ale dokladnie na polnoc. Tylko mialo byc pod gore, a tu plasko. I bloto. I coraz wiecej blota. I wiecej. Przedzieramy sie, przedzieramy, az docieramy do miejsca, gdzie bez kajaka dalej nie ma szans. Woda przykrywa wszystko i nie ma sciezko obchodzacej wode, tylko gesta sciana dzungli. Tego nie przebedziemy. Z bolem zawracamy. Pozostaje tylko sprobowac druga sciezka, z ktorej wczesniej zawrocilismy. Zmeczeni, spoceni, pogryzieni, docieramy z powrotem do Tintal, zrywamy kilka cytrynek wiecej i wchodzimy na druga, tzn. pierwsza sciezke. Tu wyglada lepiej. Nie ma blota, idzie bardziej pod gore, kompas mowi, ze kierunek coraz bardziej sie zgadza. To musi byc ta. Nadzieja dodaje nam skrzydel. Posuwamy do przodu. Lecz to to... znowu bloto. I coraz wiecej. Co nam to przypomina? I staje sie to, o czym nie chcialam nawet myslec. Znowu napotykamy wielka, nie do przejscia wode. Koniec. Wody nie przeplyniemy. A innej sciezki juz nie ma. Nie zobaczymy wschodu slonca ze szczytu piramidy. Z ciezkim sercem zawracamy. Bez nadziei idzie sie beznadziejnie. Nie myslalam, ze w ogole tyle przeszlismy. W koncu docieramy po raz trzeci dzisiaj do Tintal. Jeszcze przeprawa przez wode spowrotem do miejsca, gdzie spalismy wczoraj. Na pocieszenie gotujemy sobie pod moskitiera pyszny makaron z reszta warzywek. Nie chce mi sie nawet myslec o jutrzejszym dniu.

21 grudzien 1999
Wyczerpani, spoceni, smierdzacy i pokaszeni jak nigdy przedtem przez komary, docieramy w konu z powrotem do wioski. Nie zobaczywszy ruin, ale spedziwszy trzy dni w dziczy. Po raz ktorys obiecujemy sobie - nigdy wiecej dzungli. Teraz, kiedy wykapalismy sie cudownie w rzece i przepralismy zablocone ciuchy, i siedzimy sobie przed chatka i nie musimy juz nigdzie sie przedzierac, wyglada to troche inaczej. Gdybysmy nie wybrali sie w poszukiwaniu ruin, nie zobaczylisbysmy tej wioski, nie poznalisbysmy tej rodzinki, nie spedzilisbysmy trzech dni zdala od cywilizacji.

22 grudzien 1999
Poranek w Carmelicie. Rano spadl deszcz i zmoczyl nasze suszace sie na drucie kolczastym rzeczy. Posiedzielismy w domku naszych gospodarzy. Niesamowite, mieszkac w domu z podloga po prostu z ubitej ziemi, gdzie reszteke wody, czy jedzenia rzuca sie bezposrednio na podloge, gdzie laza tam i z powrotem kury z kurczaczkami wydziobujac resztki, i psy, i czasem wedra sie male czarne swinki. Nagle - uslyszelismy zdala nadjezdzajacy samochod. Przyjechal pickup z chlebem, a raczej ze slodkimi bulkami przyjezdzajacy dwa razy w tygodniu. Zabralismy sie z nim z powrotem do Rancho de los Ninios. Zatrzymywal sie przy kazdym sklepiku w wioskach po drodze zbierajac pieniadze za sprzedany wczesniej chleb i podwozac ludzi z jednej wioski do drugiej. Tylko tu kazdy pojazd dziala jak autobus, placi sie za przejazd. Na Rancho de los Nionios zatrzymamy sie do jutra. Suszymy sobie na sloncu rzeczy. Przy Isaurze ucze sie robic tortillas. Dosyc to pracochlonny proces, kiedy robi sie je samemu. Najpierw gotuje sie przez jakis czas suche kukurydziane ziarna z wapnem. Potem porzadnie sie przeplukuje, mieli w recznej metalowej maszynce, w koncu formuje okragle placki i kladzie na rozgrzana blache pieca. I tak codziennie. Trzy razy. Jest to ich glowne pozywienie na trzy posilki dziennie. Przewaznie z gotowana czarna fasolka, czasem z jajkiem, znacznie rzadziej z miesem. Felipe pracujac na Ranchu zarabia przecietna tutaj pensje - 20 Quetzali (ok. 3 dolarow) dziennie. Z tego musi utrzymac sie osmioosobowa rodzina. Starcza dokladnie na kukurydze, fasolke i ryz. Na owoce, warzywa, nawet te tanie, lokalne nie moga sobie pozwolic, a na pewno nie na codzien. Pogadalismy sobie wieczorem o zyciu. Oni nam o swoim, my im o naszym, troche wiekszym swiecie. Pokazalismy im mape swiata, ktora pierwszy raz w zyciu widzieli. Zdziwili sie, ze Gwatemala taka mala, ze tyle wody na ziemi, ze wiecej wody niz ladu. Potwierdzilismy, ze tak to prawda, ze kiedy w Gwatemali jest dzien, w innym miejscu na ziemi (w Polsce na przyklad) moze byc noc. Tak gdzies slyszeli, nie byli pewni.

23 grudzien 1999
Jutro Wigilia. Do dzis nie wiedzielismy, gdzie ja spedzimy. Ale tak zzylismy sie z nasza gwatemalska rodzinka, ze zostaniemy na Wigilie tutaj. Oni zapraszaja, otworzyli przed nami swoj biedny, ale goscinny dom. Wstalismy dzis ze wszystkimi, o szostej, na krawedzi zmroku. Ciagle nie wiem dlaczego o takiej porze wstaja, chyba dlatego, ze klada sie spac o dziewiatej lub wczesniej, bo co tu po zmroku robic. W kazdym razie pierwsza rzecz z rana to mielenie ugotowanej wczesniej kukurydzy na mase na tortillas. Dzis ja mielilam, potem z Isaura formowalam placki. A potem wybralismy sie z Chopinem na swiateczne zakupy. Z Mikiem, amerykanskim misjonarzem zabralismy sie do wioski nad jeziorem. Lodka na druga strone do San Benito i uliczka pieszo na rynek w Santa Elena. Spory rynek z labiryntem uliczek i tlumem ludzi w goraczce swiatecznych zakupow. Nakupilismy caly plecak i dwie siaty dobroci: papaja, melon, pomarancze, banany i warzywka: ziemniaki, kapuste, kalafior, brokula, salate, pomidory. Zrobimy troche dobrych rzeczy, jakich tu na codzien nie jedza. I make, i rodzynki, i orzechy na ciasto. Nie wiem jeszcze jak je upieczemy bez piekarnika, ale Chopin ma jakis pomysl. Milo bedzie podzielic sie dobrociami swiatecznie z rodzinka, z dala od naszych rodzin i zobaczyc jak oni spedzaja Wigilie.

24 grudzien 1999
Tu przygotowuja na Swieta jedno tylko danie - tamale z miesem (zawijana w liscie banana ugotowana masa kukurydziana z nadzieniem miesnym w srodku). Felipe pojechal z samego rana do miasteczka po mieso, smalec i po specjalnie drobno zmielona mase, a gdy Isaura zajela sie przygotowywaniem tamali, poszedl z maczeta sciac kilka lisci bananowca. Dziwili sie, ze nie bedziemy chcieli ich przysmaku i smieli sie, ze nawet smalcu nie uzywamy, i specjalnie na nasza czesc przygotowali gar tamali z fasolka i z naszym olejem. My nie bylismy gorsi. Upieklismy prawdziwe ciasto z rodzynkami, orzeszkami i bananami na naszej kuchence, na wielkiej patelni postawionej na puszce - konstrukcja Chopina - wyszlo rewelacyjnie. Z glownych potraw Chopin przyrzadzil mistrzowsko swoja specjalnosc - smazona kapustke. Ja zrobilam salatke. Ugotowalismy ziemniaczki (tylko u nas sa czyms powszednim, tutaj sa przysmakiem), kalafiora, brokula (ktorego wczesniej nie znali). Do tego micha owocow. Na kolacje przyszedl ojciec Felipe, oraz Domingo, samotnie mieszkajacy po drugiej stronie drogi dziadek. Obydwoje stwoerdzili, ze czegos takiego w zyciu nie spodziewali sie zobaczyc. Strasznie milo, wszystkim smakowalo i czulismy sie jak w rodzinie. Dziadkowie z niedowierzaniem sluchali, jak Felipe dzielil sie z nimi niesamowita wiadomoscia, ze widzial na naszej mapie, ze wiecej na swiecie jest wody niz ziemi, ze zewszad otoczeni jestesmy woda. Domngo pytal, czy wierzymy ze czlowiek na ksiezycu wyladowal, bo tak slyszal, ale w to nie wierzy. Pytania padaly rozne: czy nasz kraj jest kolo bieguna i czy w innych krajach, gdzies w Afryce je sie mieso dinozaurow (to stad, ze jakis Amerykanin zostawil im puszke "dinozaurow w sosie pomidorowym" -makaron w ksztalcie miniaturowych dinozaurkow). Pogadalismy wiec sobie o rzeczach roznych i pojedlismy az do bolu. Tak jak to u nas w Swieta. Cieszymy sie, ze tu trafilismy, a wszystko dzieki wyprawie do ruin, do ktorych nie dotarlismy, ale moze wlasnie po to musielismy sie tam wyprawic.

25 grudzien 1999
Tu polska tradycja zbiega sie z gwatemalska - 25 grudzien dniem ogolnego lenistwa, obzarstwa i wykanczania resztek wigilijnych potraw. Tu oznacza tez dzien bez mielenia kukurydzy, robienia masy i plackow. Isaura nie wiedziala co poczac.

26 grudzien 1999
Ruszylismy w dobra pore. Dzien wyborow prezydenckich. Specjalne ciezarowki wozily cale tlumy ludzi z najodleglejszych wiosek, do miasteczek - za darmo. Tez sie zabralismy. Szkoda bylo zostawiac Rancho i nasza rodzinke, ale reszta swiata czeka. Teraz w strone stolicy - Gwatemala City. Szkoda tylko, ze polowe drog, ktorymi jezdzimy nie ma na mapie, a na drogach brak drogowskazow. Pozostaje nam zufac kierowcom. Jezdzimy tu glownie na pakach ciezarowek i pickup`ow, a tylko niektore drogi sa asfaltowe, wiec czesc czasu spedza sie w powietrzu podskakujac na wybojach. Ostatni pickup wjechal ostro w gory i waska okrutna drozka przywiozl nas wieczorem i wysadzil w wiosce o nazwie Tierra Blanca, ktorej oczywiscie nie ma na mapie. Stad rano juz bedziemy musieli jakos sie wydostac i pojechac w strone Coban, a z tamtad do Gwatemala City.

27 grudzien 1999
Szokujaca zmiana klimatu. Z krotkich spodenek i koszulek, i upalu dnia nagle, i bez ostrzezenia prawie mroz, i polary, i kurtki. Jadac powoli wyboistymi, gorskimi drozkami caly dzien, dotarlismy poznym wieczorem przemarznieci do szpiku kosci do Coban. Ostatni stop - pare godzin na pace wspinajacej sie z mozolem pod gore ciezarowki. Zimno tu bo wysoko i bo noc. Gdzie tu spac? Jednak nasz Dobry Duch nas nie opuszcza i tak jak czasem chodzimy przez pol wieczoru w poszukiwaniu noclegu, dzis w ogole jeszcze nie zaczawszy szukac zajrzelismy w pierwsze otwarte drzwi jakiejs kamienicy. Okazaly sie drzwiami katolickiej parafi. Dostalismy do dyspozycji mala salke. Zamykana, ciepla.

28 grudzien 1999
Rano Coban, znacznie cieplejszy i przyjemniejszy za dnia, a teraz juz Gwatemala (stolica). Zatrzymal nam sie nawet na stopa autobus (sam, wcale go nie zatrzymywalismy) i zawiozl prosto do centrum tego wielkiego, chaotycznego miasta. Tu przygarnela nas servasowa rodzinka Goliata Gutierrez.

29 grudzien 1999
Dzien w stolicy. Za nic nie chcialabym mieszkac w tym miescie. Tlok, ruch, smrod spalin, wieczny halas, a wsrod tego wszystkiego wiekszosc chodnikow i czesc ulic pozastawiana jest straganami wszelkiego rodzaju, sprzedajacymi wszystko, od jedzenia, poprzez importowane ciuchy, po chinskie badziewie. Pod straganami i wokol placza sie caly dzien dzieci sprzedawcow, niektore niemowleta po prostu wsadzone do kartonu. Na ulicach mieszany tlum: bose Indianki w tradycyjnych strojach i chustach obok malolatow w najnowszych jeansach i firmowych adidasach. Funkcjonuja rownie dobrze prowizoryczne uliczne stoiska ze smazonym kurczakiem czy innym miesem i tortillami, jak i Mc Donald`s czy Burger King. Dobrze, ze zobaczylismy, dobrze ze jutro jedziemy. Mamy umowionego hosta w Antigua Gwatemala, dawnej stolicy, podobno znacznie przyjemniejsze miejsce.

30 grudzien 1999
Szczescie nas nie opuszcza. Mike, Anglik, troche szalony starszy gosc mieszka tu juz od 20 lat. W kazdym pomieszczeniu domu lacznie z kuchnia pietrza sie ksiazki i sterty gazet. Mike sam napisal kilka przewodnikow po czesciach Meksyku i Gwatemali. Mozemy tu zostac ile chcemy, mamy przyjemny pokoj z kominkiem i bujanym fotelem. I jest komputer. W koncu, po prawie miesiacu bez zadnych wiesci - czterdziesci pare nowych wiadomosci w prezencie noworocznym. W ogole Antigua - coz za zmiana. W Gwatemala City spedzilismy jden dzien i jak twierdzi Mike, o jeden dzien za dlugo. Antigua za to, to mile, niewielkie miasteczko u stop wulkanu. Czysto, spokojnie. Tylko dosc turystycznie, masa bialych przyjezdza uczys sie tu hiszpanskiego. Mieszka tu podobno 5000 obcokrajowcow. Ale jest tez cudownie gwatemaslki rynek, z tak kolorowo poubieranymi kobietami, ze to co widzielismy w Meksyku przy tym blednie. Zostaniemy tu chyba przez chwile, a potem zobaczymy co poczatek roku przyniesie.

31 grudzien 1999
Poranek ostatniego dnia tego roku. Nie wiemy jeszcze jak i gdzie spedzimy dzisiejsza noc, pewnie gdzies na uliczkach, bo duzo bedzie sie tu dzialo. Wszyscy od dawna tym rokiem dwutysiecznym sie ekscytuja. Bedzie koniec swiata, czy nie bedzie? Czy beda komputery dzialaly? Czy wraz z nimi cale zycie ustanie? Zobaczymy. Dzisiejszego poranka nic nie zapowiada niczego niezwyklego. Pamietam tylko, jak jeszcze jako dziecko wyliczylam sobie, ze w roku 2000 skoncze 27 lat. Zastanawialam sie wtedy, jak wygladac bedzie moje zycie. Wydawalo mi sie z tamtej perspektywy, ze w wieku 27 lat bede juz tak dorosla i stara, ze nic ciekawego juz mnie nie spotka. w najsmielszych snach nie wpadlabym na to, ze rok 2000 przywitam w Gwatemali bedac juz od ponad roku w podrozy dookola swiata. Czasem, rzeczywistosc przerasta sny.

¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

USA: LA - Miasto Aniołów
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 2: 10`05; Jutro...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl