HAWAJE
09:03
CHICAGO
13:03
SANTIAGO
16:03
DUBLIN
19:03
KRAKÓW
20:03
BANGKOK
02:03
MELBOURNE
06:03
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 66; Ayrton czy Beb – Joyce?
DkG 66; Ayrton czy Beb – Joyce?

Juliusz Verne


Zgodziwszy się na ten plan, wydano rozkaz maszyniście wzmocnienia pary i w pół godziny potem skierowano okręt ku zatoce Talcahuano. Stan oceanu usprawiedliwiał jego nazwę Spokojnego. O szóstej wieczorem znikały już wśród mgły ostatnie wierzchołki gór Nowej Zelandji. Tak więc wracano ku domowi. Smutna to była podróż dla tych dzielnych ludzi, powracających bez Henryka Granta. To też i cała załoga, tak wesoła w chwili odjazdu, tak ufna w powodzenie na początku wyprawy, zgnębiona i zwątpiała, smutnie rozpoczynała powrotną do Europy drogę. Ani jeden z tych dzielnych marynarzy nie wzruszył się na myśl powrotu do kraju; wszyscy byliby chętnie długo jeszcze walczyli z niebezpieczeństwami morza, aby tylko odnaleźć kapitana Granta.

To też po okrzykach, jakiemi witano powrót Glenarvana zapanowało zniechęcenie. Zamiast dawnej ożywionej wymiany zdań, zamiast pogadanek, uprzyjemniających podróż, wszyscy trzymali się na osobności wśród czterech ścian kajut i rzadko bardzo ten lub ów ukazywał się na pokładzie Duncana. Paganel nawet, który zwykle do przesady uosabiał usposobienie załogi smutne lub wesołe i w potrzebie wymyśliłby nadzieję, teraz był milczący, ponury i zaledwie się pokazywał. Zwykła jego gadatliwość i żywość francuska zmieniła się w milczenie i przygnębienie, a nawet zdawał się być więcej osowiały, niż reszta jego towarzyszów. Bo jeżeli Glenarvan wspomniał o rozpoczęciu na nowo poszukiwań, to w odpowiedzi geograf wstrząsał głową, jak człowiek nie mający najmniejszej nadziei i który już wie, co sądzić o rozbitkach Britannji. Czuli wszyscy, że Paganel miał ich za straconych nieodwołalnie.



Na pokładzie znajdował się jednak człowiek, który mógł coś o tem powiedzieć, który jednak milczał ciągle. Był nim Ayrton. Nie ulegało wątpliwości, że ten nędznik, jeżeli nie znał obecnego miejsca pobytu kapitana, to przynajmniej wie o miejscu rozbicia się jego okrętu. Ale Grant, gdyby się znalazł, byłby niedogodnym dla Ayrtona świadkiem, to też kwatermistrz milczał. Upór jego przyprowadzał majtków do wściekłości i koniecznie chcieli mu czemś dokuczyć. Kilkakrotnie jeszcze Glenarvan ponawiał swe próby, ale tak wszelkie obietnice, jako też groźby okazały się bezowocne. Upór Ayrtona był w ogóle tak zacięty i tak niezrozumiały, że w końcu major doszedł do wniosku, iż kwatermistrz rzeczywiście nic nie wie. Przypuszczenie to zresztą podzielał też geograf, zgadzało się bowiem z jego poglądami osobistemi na sprawę kapitana Granta. Jeżeli Ayrton nic nie wie, to czemuż nie przyznaje się do tego? Przecież nic by mu to nie szkodziło, a milczenie jego utrudniało powzięcie nowego projektu. Spotkawszy Ayrtona w Australji, czyż mogli nie przypuszczać, że tam znajduje się także kapitan? Za jaką bądź więc cenę należało skłonić kwatermistrza do wytłumaczenia się w tym względzie.

Lady Helena, widząc, że wszelkie usiłowania męża rozbijają się o upór Ayrtona, zażądała, aby pozwolono jej spróbować. Co nie uda się mężczyźnie, może się udać kobiecie. Czyż się nie powtarza wiecznie ta sama bajeczka o huraganie, który nie mógł zerwać płaszcza z ramion podróżnego, gdy tymczasem jeden mały promyk słońca zrobił to w jednej chwili.

To też Glenarvan znając bystrość swojej młodej małżonki, pozostawił jej swobodę działania. Było to piątego marca; do pokoju lady Heleny przyprowadzono Ayrtona. Marja miała być obecna temu spotkaniu, gdyż wpływ młodej panienki mógł się przydać, a Helena nie chciała zaniedbać niczego, coby do powodzenia pomogło. Przez godzinę całą były sam na sam z kwatermistrzem Britannji; ale co tam zaszło, pozostało tajemnicą. Co mówiły, jakich używały argumentów, by wydrzeć temu człowiekowi jego tajemnicę, słowem, wszystkie szczegóły badania pozostały nieznane nikomu. Gdy wreszcie rozeszły się z Ayrtonem, widoczne było, że ogarnęło je zwątpienie.

To też wracającego do kajuty Ayrtona majtkowie obsypali pogróżkami, na które tylko wzruszał ramionami, co wzmogło jeszcze wściekłość załogi do tego stopnia, że do powstrzymania jej potrzeba było wdania się Johna i Glenarvana. Lady Helena nie dała jednak za wygraną. Postanowiła do końca walczyć z tą bezlitosną duszą. Nazajutrz zatem poszła sama do kajuty Ayrtona, by uniknąć scen wywoływanych przez jego ukazanie się na pokładzie. Przez dwie godziny dobra ta i łagodna Szkotka pozostawała sam na sam z hersztem zbrodniarzy. Glenarvan, trawiony nerwową niecierpliwością, krążył około kajuty, to postanawiając wytrzymać do ostatka, aby nie stracić ostatniej nadziei powodzenia, to znów gotów wyrwać żonę z tego przykrego posiedzenia.

Gdy w końcu ukazało się lady Helena, na obliczu jej jaśniała ufność. Czyżby zdobyła tajemnicę, poruszając w sercu nędznika ostatki litości? Mac Nabbs, który pierwszy wszystko spostrzegł, nie mógł się powstrzymać od bardzo naturalnego uczucia niewiary. A jednak natychmiast rozeszła się pogłoska pomiędzy załogą, że kwatermistrz uległ nareszcie naleganiu lady Heleny. Jakby uderzeniem iskry elektrycznej pobudzeni, wszyscy zebrali się na pokładzie prędzej, niż zdołałaby ich zwołać świstawka Toma.

Glenarvan pośpieszył naprzeciwko żony.
- I cóż? - zapytał.
- Nic - odpowiedziała lady Helena. - Ale ulegając moim prośbom, Ayrton chce się widzieć z tobą.
- Więc ci się udało, kochana Heleno!
- Tak mi się zdaje, Edwardzie.
- Czy przyrzekłeś mu co, co by wymagało mego potwierdzenia?
- Jedną rzecz tylko, mianowicie, że użyjesz całego swego wpływu, by złagodzić los, jaki czeka nieszczęśliwego Ayrtona.
- Dobrze, kochana Heleno. Niech tu Ayrton przyjdzie.

Lady Helena udała się do siebie w towarzystwie Marji, a kwatermistrza zaprowadzono do sali jadalnej, gdzie Glenarvan czekał na niego.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Nowa Zelandia: Wyspa Południowa
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

BOL 10: Hasta Luego La Paz
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl