HAWAJE
09:38
CHICAGO
13:38
SANTIAGO
16:38
DUBLIN
19:38
KRAKÓW
20:38
BANGKOK
02:38
MELBOURNE
06:38
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 49; Bryg Macquarie
DkG 49; Bryg Macquarie

Juliusz Verne


Glenarvan dał znak, że się zgadza.
- Niechże będzie pięćdziesiąt funtów - rzekł John.
- Ale nic więcej, prócz miejsca - dodał Halley.
- Nic więcej.
- Żywność osobno.
- Zgoda. Więc cóż? - rzekł Will, wyciągając rękę.
- A co?
- Zadatek.
- Oto jest połowa umówionej ceny - odparł John, odliczając dwadzieścia pięć funtów szterlingów, które kapitan schował do kieszeni, nie podziękowawszy nawet.
- Jutro na statek - rzekł - przed południem. Będziecie, nie będziecie, a ja jadę.
- Będziemy.



Po tej rozmowie, Glenarvan z towarzyszami opuścili statek, a Will nawet nie pożegnał ich podniesieniem ręki do ceratowego kapelusza, wyglądającego, jakby był przylepiony nad jego czerwieniejącą się twarzą.
- Co za prostak - rzekł John.
- A mnie się podobał - rzekł Paganel - to prawdziwy wilk morski.
- Raczej niedźwiedź - wtrącił major.
- A mnie się coś zdaje, że ten niedźwiedź musiał kiedyś handlować ciałem ludzkiem.
- Mniejsza o to - rzekł Glenarvan - skoro ma statek, który popłynie do Nowej Zelandji. W podróży mało, a potem już wcale widzieć go nie będziemy.

Lady Helena i Marja rade posłyszały, że odjazd naznaczony był na jutro. Glenarvan zapowiedział im, że Macquarie to nie Duncan pod względem komfortu; ale tyle już doświadczyły niewygód, że się o taką drobną rzecz nie troskały. Olbinettowi poruczono przygotowanie zapasów. Biedak ten od straty Duncana płakał nieraz nad losem swej połowicy, która była tam na pokładzie, a więc wraz z całą załogą uległa okrucieństwu zesłańców więziennych. Niemniej spełniał swe obowiązki stewarta ze zwykłą gorliwością; zatem „żywność osobno” składała się z artykułów, których nie widywano na pokładzie brygu. Kilku godzin dosyć było Olbinettowi na przygotowanie wszystkiego.

Major tymczasem zmieniał u wekslarza przekazy Glenarvana na Union - Bank w Melbourne. Lord chciał mieć przy sobie złoto, równie jak broń i amunicję; odnowił też swój arsenał. Paganel ze swej strony zaopatrzył się w wyborną mapę Nowej Zelandji, wydaną przez Johnstona w Edynburgu. Mulrady był już zdrów; zaledwie czuł ranę, która życiu jego zagrażała - a kilka godzin, spędzonych na morzu, powinno by go wyleczyć do reszty. Liczył na powiew oceanu Spokojnego. Wilsonowi polecono zająć się urządzeniem miejsca dla podróżnych na statku Macquarie. Jął się więc szczotki i miotły, a wszystko zaraz inną przybrało postać. Will Halley nie przeszkadzał mu w tej czynności, tylko wzruszał ramionami. Nie troszczył się o Glenarvana i jego towarzystwo, nie wiedział nawet co byli za jedni. To tylko wiedział, że ten ładunek przyniesie mu pięćdziesiąt funtów sterlingów; a to mniej znaczyło, niż dwieście ton skór garbowanych, któremi naładowany był okręt. Skóry znaczyły dla niego więcej, niż ludzie, bo był handlarzem. Jako żeglarz używał opinji człowieka, znającego się dosyć dobrze na tamtych morzach, niebezpiecznych z powodu skał koralowych.

Ostatnie godziny dnia tego chciał poświęcić Glenarvan przejrzeniu raz jeszcze owego brzegu, przeciętego 37 - ym równoleżnikiem. Dwa miał do tego powody. Chciał obejrzeć owo miejsce domniemanego rozbicia się okrętu. Że Ayrton był kwatermistrzem na Britannii, o tem nie było co wątpić; i czemuż by statek ten nie miał się rozbić właśnie w tej stronie wschodniej a nie zachodniej? Nie należy lekkomyślnie opuszczać punktu, którego się już nigdy nie zobaczy. A potem, jeśli nie tu rozbiła się Britannia, to tutaj Duncan wpadł w moc złoczyńców. Może była przy tem jaka walka? Więc czemu by się nie miał znaleźć na brzegu jaki ślad oporu rozpaczliwego? Jeśli zaś osada zginęła w bałwanach morskich, to czemuż by one nie miały wyrzucić jakiego trupa? Więc Glenarvan ruszył z wiernym Johnem na przegląd brzegów. Właściciel hotelu Victoria dał im dwa konie, na których pojechali drogą północną, dążącą wzdłuż zatoki Twofold.

Smutne było to poszukiwanie. Glenarvan i John jechali, nic nie mówiąc, ale się rozumieli; jedne były ich myśli, a więc i troski te same. Patrzyli na skały, porozdzierane uderzeniami fal, ale nie mieli ani o co się pytać wzajemnie, ni sobie odpowiadać. Znając gorliwość i baczność Johna, można było zaręczyć, że każdy punkt brzegu, każdy jego zaułek był zbadany. Przejrzano każdy spadek, każdą ławicę piasku, na które mogły być wyrzucone jakie szczątki przez nieodznaczające się wielkością fale oceanu Spokojnego. Ale nie dostrzeżono nic, co by zachęcało do nowych poszukiwań w tych stronach. Ani żadnego śladu rozbicia się okrętu, ani też śladów Duncana. Jednak na krawędzi brzegu dostrzegł John świeże ślady obozowiska, resztki ogni, porozkładanych pod osobno stojącemi majolisami. Czy jakie koczujące pokolenie przechodziło tędy przed kilku dniami? Bynajmniej; to zbiegowie z więzień tu przebywali, bo pozostał tego dowód nieomylny. Był to kitel szary, zżółkły, zużyty, połatany, złowrogi łachman, porzucony pod drzewem. Był na nim numer porządkowy więzienia z Perth. Złoczyńcy nie było, ale była wstrętna jego opończa i mówiła o nim. Ta liberja zbrodni okrywała przez czas pewien nędznika, a teraz gniła tu, na opustoszałym brzegu.
- Patrz, Johnie - rzekł Glenarvan - te łotry były tutaj! A gdzie są teraz nasi nieszczęśliwi towarzysze z Duncana?
- Tak - odpowiedział John głosem stłumionym - to widoczne, że ich na ląd nie wysadzono. Zginęli.
- Nędznicy! Niech się tylko dostaną w me ręce, a pomszczę się za mą osadę.

Pod wpływem boleści stwardniały rysy Glenarvana. Przez kilka minut patrzył na fale bez końca, szukając może ostatniem jeszcze spojrzeniem jakiego okrętu, błądzącego w przestrzeni. Potem wzrok jego przygasł. Glenarvan stał się, jakim był zazwyczaj, i nie wymówiwszy słowa, nie skinąwszy nawet, puścił się galopem drogą ku Eden. Jedną jeszcze formalność należało spełnić: pozostawić konstablowi zeznanie o zaszłych wypadkach. Przyjął je Thomas Banks tego jeszcze wieczora. Urzędnik ten zaledwie zdołał powściągnąć swe zadowolenie, spisując protokół; po prostu rad był, że już niema Ben Joycea i jego bandy - a całe miasto równie było temu rade. Prawda, że złoczyńcy popełnili nową zbrodnię, opuszczając Australję, ale opuścili te strony. Zatelegrafowano ważną tę wiadomość władzom w Melbourne i w Sydney.

Złożywszy zeznanie, Glenarvan wrócił do hotelu Victoria. Smutnie spędzili podróżni ten ostatni wieczór. Myśli ich błądziły po tej ziemi płodnej w nieszczęścia. Wspominali sobie owe piękne nadzieje, powzięte na przylądku Bernouilli, tak okropnie zawiedzione przy zatoce Twofold. Paganelem owładnął niepokój gorączkowy. John obserwował geografa i uważał, że już od wypadku nad Snowy River chciał i nie chciał coś powiedzieć. Naciskał go nieraz pytaniami, ale bezskutecznie. Tego jednak wieczora, odprowadzając geografa do jego pokoju, zapytał, czem jest tak zaniepokojony.
- Mój przyjacielu - odparł wykrętnie Paganel - nie jestem więcej zaniepokojony, niż zazwyczaj.
- Panie Paganel - rzekł John - masz jakąś tajemnicę.
- A cóż - zawołał Paganel, gestykulując - nie umiem się ukrywać!
- I czego to nie możesz ukryć?
- Tego, co mnie przejmuje radością, a zarazem rozpaczą.
- Co? Rozpacz i radość zarazem?
- Tak, podróż do Nowej Zelandji przenika mnie radością i rozpaczą.
- Czy miałbyś jakie wskazówki? - zapytał żywo Mangles. - Czy wpadłeś na ślad zgubiony?
- Nie, mój przyjacielu. Nie wraca się z Nowej Zelandji.... a jednak!... Wiesz, jaka jest ludzka natura; człowiekowi dosyć jest mieć nadzieję, żeby oddychał. A ta moja dewiza: spero, spero, to najpiękniejsza w świecie dewiza!

Źródło: informacja własna

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

USA: Rajskie Hawaje
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 7; Santa Fe
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl