HAWAJE
03:18
CHICAGO
07:18
SANTIAGO
10:18
DUBLIN
13:18
KRAKÓW
14:18
BANGKOK
20:18
MELBOURNE
00:18
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K I-8; Walka z wielorybem
15K I-8; Walka z wielorybem

Juliusz Verne


Tak doświadczony łowca wielorybów, jakim był kapitan Hull, z góry przewidział wszystkie niespodzianki, jakie się mogą zdarzyć. Wiedział on dobrze, iż upolowanie wieloryba większych rozmiarów nie należy bynajmniej do rzeczy łatwych i że należy zachowywać się jak tylko można najostrożniej. Z tego powodu sternik kierował łodzią tak, ażeby podpłynęła do wieloryba pod wiatr.

- Uwaga, moje dzieci! - wesoło zakrzyknął kapitan - Postaramy się zbliżyć do naszego łupu tak, by naprzód poczuł harpun w swoim cielsku, a dopiero potem spostrzegł naszą obecność. By się to jednak stało, musimy się zachowywać o ile to możliwe najciszej i płynąć ciągle pod wiatr.
- Ostrożnie, cicho i równo zanurzajcie chłopcy wiosła w wodę - przemówił po dłuższej chwili milczenia wódz wyprawy.
Wieloryb ani się poruszył, co wskazywało, że nie zauważył dotychczas łodzi. Szalupa płynęła, jakby była poruszana czarodziejską siłą, bez najmniejszego szelestu, zupełnie cicho, jak widmo. Mimo to poruszała się z szybkością jaskółki.
Wieloryb trwał nieruchomo. Po upływie dwóch godzin łódź znalazła się dostatecznie blisko wieloryba, by można już było rozpocząć działania zaczepne. Kapitan Hull uniósł harpun i wziął zamach, by z tym większą siłą go rzucić, gdy nagle sternik Howick szepnął cicho z niepokojem w głosie:
- Podnieście w górę wiosła, chłopcy, zdaje mi się, że wieloryb poczuł nas wreszcie, oddycha bowiem teraz znacznie wolniej, aniżeli przed chwilą.
- Cicho, Howick! Nie czas teraz na robienie uwag i spostrzeżeń. Trochę już za późno na to. W obecnej chwili powinniśmy się starać jedynie o to, ażeby zbliżyć się do ssaka z jego lewego boku, by tym samym mieć możność ugodzenia go harpunem wprost w serce - cierpko powiedział kapitan.
W milczeniu wioślarze opuścili wiosła, zaś Howick tak zaczął manewrować łodzią, by zatoczywszy szeroki łuk zbliżyć się niepostrzeżenie do lewego boku wieloryba. Kapitan Hull stał na przedzie łodzi na wyprężonych jak stal nogach, z podniesionym w górę harpunem w ręku, gotowy w każdej chwili do zadania śmiertelnego ciosu.
Howick trwożnie spoglądał na ogon kolosa, lękając się uderzenia, które w jednej chwili mogło zamienić łódkę w drobne drzazgi. Wieloryb trwał ciągle w spokoju, być może nie zauważył jeszcze niebezpieczeństwa lub też je sobie lekceważył, co nie na żarty niepokoić już zaczynało starego Howicka. Zdarzało się, choć bardzo rzadko, zbliżyć się do śpiącego wieloryba i zabić go jednym, celnie wymierzonym ciosem. Lecz wieloryb, na którego polowano, nie spał przecież! Śpiący wieloryb nie wyrzuca w górę strumieni wody na dziesięć metrów! Ta uporczywa nieruchomość kolosa, nienormalna z pozoru, niepokoiła bardzo sternika.
- Coś tutaj jest nie w porządku, kapitanie! - odezwał się w końcu ledwo dosłyszalnym szeptem. - Z jakich przyczyn ten potwór się nie porusza? Przecież nie śpi, kanalia. Czy tylko w tym bezwładzie nie szykuje on nam jakiegoś straszliwego, a niespodziewanego ciosu?
Kapitan przyznał w duchu słuszność Howickowi, za późno było jednak, by się cofać. A zresztą, znajdowali się w doskonałym położeniu, które dawało nadzieję, iż pierwszy zadany cios może okazać się śmiertelnym. Zmierzywszy więc wytrawnym okiem odległość, kapitan "Pilgrima" obniżył harpun do wysokości oka i zaczął mierzyć, następnie podniósł go wysoko w górę, okręcił parokrotnie ponad głową i rzucił. Harpun ze świstem przeciął powietrze i nieomal do połowy pogrążył się w ciele wieloryba.
- W tył - zakomenderował kapitan po zadaniu ciosu - w tył!... od szybkości cofnięcia się bowiem zależy teraz nasze życie!
Jak lotna strzała ślizgać się zaczęła łódka po powierzchni fali. Kapitan tymczasem zaczął wyrzucać w wodę przygotowane zwoje lin, których jeden koniec był do harpuna przymocowany. Wtem stary Howick krzyknął wzburzonym głosem:
- Niech to wszyscy diabli wezmą, kapitanie!... to przecież jest samica!... Spójrzcie!... karmiła ona właśnie swe małe! I z tego powodu pozostawała nieruchomo, gdyśmy się do niej zbliżali!
Kapitan zasępił się, usłyszawszy te słowa. Istotnie, do prawej piersi wieloryba tuliło się małe, jeżeli użyć wolno takiego określenia, gdy się mówi o stworzeniu, mającym parę metrów długości. Okoliczność ta zwiększała bardzo poważnie niebezpieczeństwo łowów, ponieważ jest rzeczą ogólnie wiadomą, że samica w obronie swego małego potrafi stanąć do walki z ogromną zaciekłością. Na razie jednak wieloryb nie rzucał się na łódź, nie istniała więc konieczność odcinania liny i szukania ratunku w ucieczce.
Wieloryb jedynie zanurzył się nieco, a następnie bardzo szybko zaczął płynąć. Nie mniej szybko odwijała się lina, a i łódź mknęła bystro po powierzchni fal, nie mogła jednak ona dorównać szybkości wieloryba, więc trzeba było wkrótce dowiązać linę drugą, a następnie i trzecią. Najwidoczniej wieloryb otrzymał bardzo powierzchowną ranę i nie stracił nic ze swych sił.
- Patrzcie, jak pędzi to zwierzę przeklęte - mruczał stary Howick - powiedziałby kto, że to jakiś pierwszej klasy rumak na wyścigach.
W krótkim czasie w nurtach pogrążyła się cała lina czwarta, a następnie odwijać zaczęto i piątą, już ostatnią. Na szczęście pogrążyła się ona w wodzie do połowy zaledwie.
- W końcu! - zawołał kapitan. - Wieloryb zmęczył się. Teraz więc zbliża się chwila ostatecznej z nim rozprawy. Czas najwyższy, ażeby dać sygnał naszemu "Pilgrimowi".
Mówiąc to, kapitan powiewać zaczął białą chorągiewką. Dick znak ten dostrzegł natychmiast i bez chwili zwłoki, przy pomocy Murzynów, starał się wykonać rozkaz. Na nieszczęście jednak wiatr dął w przeciwnym akurat kierunku, tak, że statek miał możliwość bardzo powolnego zbliżania się do łodzi.
Tymczasem ranny wieloryb wypłynął na powierzchnię, aby odetchnąć powietrzem, lecz i teraz, ku ogólnemu zdziwieniu, trwał nieruchomo. Hak tkwił w jego grzbiecie, lecz harpun nie uszkodził żadnych wewnętrznych organów olbrzyma, gdyż znajdował się on w pełni swych sił, jak to wnioskować można było z iście szalonych uderzeń jego ogona.
- Oczekuje na małego - odpowiedział Howick w odpowiedzi na pytający wzrok kapitana - małe, rzecz zrozumiała, nie mogło nadążyć za matką i z tej przyczyny jedynie ona zatrzymała się, lecz nie z braku sił. Dobrze by było może fakt ten wykorzystać i skończyć z matką jak najprędzej.
Wszyscy uznali słuszność tej rady. Dwóch majtków pochwyciło więc za włócznie, ażeby ugodzić nimi olbrzymie zwierzę.
- Baczność, dzieci! - zawołał kapitan. - A dobrze mierzcie, bo zdarzyć się może, że nie będziemy w stanie powtórzyć ciosów.
Howick zawrócił łódkę wprost na wieloryba; umiejętnie pogrążone w wodzie wiosła potężnie pchnęły szalupę. Minuta jedna, druga... a wątła łódeczka prawie już wpadła na olbrzyma. Majtkowie już podnieśli w górę włócznie, gdy wieloryb uczynił nagły zwrot i zwrócił się przodem do atakujących; Howick tak zręcznie manewrował jednak, iż olbrzym nie mógł dosięgnąć łodzi. Rzucono włócznie, jedną, drugą, trzecią...
Po chwili walki wieloryb uspokoił się, znieruchomiał i zaczął wyrzucać w górę słupy wody zabarwionej ciemną krwią. Jego odpoczynek był bardzo krótki i zwierzę ponownie rzuciło się do walki, do ostateczności rozwścieczone. Tym razem udało mu się końcem płetwy dosięgnąć łodzi, tak iż ta mocno się przechyliła i nabrała wody.
- Do wiader, prędzej na Boga, bo inaczej potoniemy! - komenderował kapitan. - A ty, Howicku, uważaj, by wieloryb nie zaatakował nas niespodziewanie.
Dwóch majtków porzuciło wiosła i zaczęło wiadrami wylewać wodę. Kapitan przeciął bezużyteczną już teraz linę, ponieważ rozszalały wieloryb nie myślał o ucieczce, lecz raczej o napaści; ze ściganej zwierzyny sam zmienił się w myśliwego. Trzeci atak zapowiadał się bardzo groźnie, zważywszy przede wszystkim, iż łódź w połowie była napełniona wodą, to znaczy, iż utraciła swą dawniejszą łatwość zwrotów. Kapitan Hull ze swą załogą w obecnej chwili myślał już nie o połowie, lecz o własnym ocaleniu. Lecz i tym razem Howickowi udało się uchronić szalupę od rozbicia, wieloryb zdołał jednak otrzeć się swą płetwą o tył łodzi i uczynił to z taką siłą, że Howick aż spadł z ławy, łamiąc swoim ciężarem drąg steru.
- Mój Boże! - zawołał kapitan, widząc upadek swego przyjaciela. - Howicku, czy aby nic ci się nie stało?... nie połamałeś sobie rąk lub żeber?
- Ech! mniejsza o to, gorzej, iż złamałem drąg steru.
- A zapasowego nie ma? Jeżeli jest, to zakładać go żywo, bo wieloryb szykuje się do nowego ataku!
W tejże chwili w pobliżu łodzi woda silnie zawrzała i z otmętu wynurzył się mały wieloryb. Gdy matka ujrzała go, jednym potężnym uderzeniem ogona zbliżyła się do niego. Niebezpieczeństwo stało się jeszcze większe. Ruchami pełnymi beznadziejnej już rozpaczy kapitan Hull dawać zaczął białą chorągiewką "Pilgrimowi" sygnały, wzywające ratunku. Lecz jakąż pomoc dać mógł bardzo daleko się znajdujący statek?...
Dick Sand robił wszystko, co tylko leżało w jego mocy, lecz nie miał sił, by zbliżyć się z odpowiednią szybkością. Bezsilny z zamierającym z bólu sercem przyglądał się jedynie toczonej w oddali walce. A wieloryb, własnym ciałem osłoniwszy przede wszystkim swe małe, z tym większą wściekłością rzucił się do ostatecznej szarży. A ponieważ łódź była już bez steru, swój straszny cios ogonem wymierzyć mógł bez żadnego już oporu. Załoga łodzi zrozumiała, że jest zgubiona. Uderzenie było straszne. Dno szalupy momentalnie rozpadło się na niezliczoną ilość drobnych części, a ludzie znajdujący się w łódce naprzód zostali wyrzuceni w górę, a następnie głęboko zapadli się we wzburzone fale oceanu. Gdy "Pilgrim" zdołał dopłynąć w końcu do miejsca katastrofy, na powierzchni fal gdzieniegdzie zabarwionych krwią unosiły się tylko nikłe szczątki strzaskanej szalupy. Poza tym nie było na falach nic więcej.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

Tahiti: Żeglowanie po wyspach Mórz Południowych
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Islandia: Syduzi 2004 # 13
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl