HAWAJE
09:55
CHICAGO
13:55
SANTIAGO
16:55
DUBLIN
19:55
KRAKÓW
20:55
BANGKOK
02:55
MELBOURNE
06:55
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBnA; Rozdział XXXIV
5TPBnA; Rozdział XXXIV

Juliusz Verne


Co się stało z Joem? Gdy rzucił się do jeziora i wypłynął na powierzchnię, pierwszą jego czynnością było otworzyć oczy i spojrzeć w górę. Zauważył, że "Victoria" znów wznosiła się wysoko ponad jeziorem. Balon stawał się coraz mniejszym, nareszcie objął go silny prąd północny i znikł niebawem po za horyzontem.

- Prawdziwe szczęście, żem wpadł na tę myśl szczęśliwą, inaczej powziąłby ten zamiar pan Kennedy i nie wahałby się w czyn go wprowadzić, bo jest to bardzo naturalnem, że jeden człowiek poświęca się dla ocalenia dwóch innych.

Joe, uspokoiwszy się co do tego punktu, począł myśleć o sobie, znajdował się wśród niezmierzonego jeziora, zamieszkanego przez nieznane dzikie plemiona. Jeden z powodów więcej, aby się ratować bez użycia pomocy innych, a fakt ten wcale go nie przerażał.

Przed napadem tych ptaków, które wedle jego zdania zachowały się jak prawdziwe sępy, zauważył na horyzoncie wyspę. Postanowił zrzucić z siebie mniej potrzebne części ubrania i rozwinąć całą swą umiejętność pływania. Przechadzka wodna na przestrzeni 6-7 mil, nie utrudzała go zbytecznie i myślał teraz tylko o tem, ażeby prostą drogą dopłynąć do wyspy. Po upływie 11/2 godziny odległość, dzieląca go od wyspy, nie była zbyt znaczną, ale czem więcej zbliżał się do lądu, opanowywała go myśl, której pozbyć się nie mógł.

Wiedział on, że na brzegach tego jeziora znajdują się olbrzymie aligatory, których żarłoczność była mu znaną. Odważny ten chłopiec przyzwyczaił się do uważania wszystkiego na świecie za rzecz naturalną, ale do myśli o aligatorach nie mógł przywyknąć. Znajdował się już bardzo blisko od brzegu ocienionego drzewami, gdy poczuł niezwykły zapach.
- Zupełnie tak, jak przewidywałem, krokodyl niedaleko. - Zanurzył się szybko, ale nie tak prędko, ażeby mógł wyminąć jakieś olbrzymie ciało, którego skóra pokryta łuską, nieprzyjemnie go dotykała. Myślał, że jest stracony i począł pływać z rozpaczliwą szybkością; wypłynął na powierzchnię i znów się zanurzył. Płynął jak można najostrożniej, gdy nagle poczuł, jak go pochwycono za rękę, a potem całego.

Biedny Joe! myślał ostatni jeszcze raz o swoich panach i rozpoczął rozpaczliwie się pasować, podczas czego wielce go dziwiło, że nie jest pociągany na dno. Wiedział dobrze, że krokodyle zdobycz swą ściągają na dno i dopiero tam ją połykają, on wszakże czuł, że go ciągną na powierzchnię. Otworzył oczy i ujrzał się wśród dwóch negrów, którzy go mocno trzymali, wydając przy tem dzikie okrzyki.
- Patrzcie, negrzy zamiast krokodyli! - zawołał zdumiony Joe - przekładam ich w każdym razie nad te bestye! Ale jak mogli ci hultaje używać tu kąpieli. - Nie wiedział, że mieszkańcy wysp jeziora Tschad zanurzali się w wodach, w których przebywają aligatory, nie troszcząc się wcale o ich obecność.

Ale czyż Joe nie wpadł z jednego niebezpieczeństwa w drugie? Ponieważ jednak nie miał innej rady, dał się uprowadzić na brzeg.
- Prawdopodobnie - myślał on - ludzie ci podziwiali "Victorię" jako zjawisko powietrzne, byli świadkami mego upadku i obejdą się ze mną z szacunkiem, przynależnym człowiekowi, który spadł z nieba.

Tak myślał Joe, gdy go przyprowadzono do brzegu, na którym zgromadziły się tłumy wszelakiej płci i różnego wieku, wydające przeraźliwe okrzyki. Znajdował się wśród plemienia Biddiomahów, odznaczających się piękną czarną skórą jak heban. Nie potrzebował się wstydzić swego ubioru, gdyż był "rozebrany" wedle najnowszej mody tego kraju.

Zanim zdążył zdać sobie sprawę z położenia swego, zauważył, że przyjmowano go z prawdziwą czcią. Uspokoiło go to nieco, chociaż przygoda w Kaseh stała mu żywo jeszcze w pamięci.
- Przypuszczam, że będę musiał zostać albo Bogiem, albo jakimś synem księżyca, niech się więc dzieje wola nieba kiedy inaczej być nie może. Najważniejszem jest zyskać na czasie.

Podczas gdy Joe tak rozmyślał, tłum otoczył go wkoło, padając przed nim na ziemię. Coraz bardziej oswajano się z jego widokiem i ofiarowano mu pyszną ucztę, złożoną ze zsiadłego mleka, miodu i tłuczonego ryżu. Odważny chłopiec spożył z apetytem podane mu jadło. Gdy nastał wieczór, czarownicy wzięli ze czcią Joe`go za rękę i zaprowadzili do chaty pełnej amuletów. Zanim tam wszedł, spojrzał bojaźliwie na masę kości leżących wokoło tego świętego miejsca. Gdy go zamknięto, zaczął rozmyślać nad swojem położeniem.

Podczas wieczora i części nocy słyszał uroczyste pieśni i prócz tego hałas, który dla uszu afrykańskich był prawdopodobnie bardzo przyjemnym. Uderzano w bębny i łomotano starem żelazem, tańczono i śpiewano chórem.

Joe mógł przez otwory, znajdujące się w ścianach, obserwować te uroczystości; o każdej innej porze przyglądanie się ceremoniom sprawiłoby mu przyjemność, lecz umysł jego trapiły poważne myśli. Chociaż skłonny był na obecne swe położenie zapatrywać się z dobrej strony, nie mógł jednak zaprzeczyć faktowi, że wpadł w ręce dzikiego plemienia, a fakt ten wystarczał, ażeby wywołać smutne myśli. Po kilku godzinach znużenie przemogło i Joe popadł w sen głęboki, któryby trwał długo, gdyby nie zbudziła go wilgoć, roztaczająca się w chacie. Wilgoć ta zmieniła się niebawem w masę wody, sięgającej mu do pasa.
- Co się stało? - zawołał - powódź! Prawdopodobnie nowa tortura tych przeklętych negrów, naprawdę, nie będę czekał, aż woda dojdzie mi po za głowę. - Rzekłszy to, poruszył silnie ścianami, które się rozpadły i znalazł się niebawem w pośrodku jeziora; wyspa przestała istnieć, znikła podczas nocy, miejsce jej zajęła daleka płaszczyzna jeziora Tschad. Jedno z częstych zjawisk na jeziorze Tschad uwolniło odważnego Joe`go. Niejedna wyspa, która zdawała się posiadać moc skały, znikała w ten sposób.

Joe nie znał tych własności wysp Tschadu, ale nie omieszkał z nich skorzystać.
Wkrótce ujrzał barkę, do której się zbliżył, na szczęście znajdowało się w niej parę wioseł. Umieściwszy się w niej wygodnie, szybko mknął po jeziorze.
- Trzeba się zoryentować - mówił do siebie. - Gwiazda podbiegunowa mi dopomoże, zwykła ona wskazywać kierunek północny. Joe, ku wielkiemu zadowoleniu, niebawem się przekonał, że prąd gna go w kierunku północnego brzegu Tschadu. Około godziny 2-giej nad ranem natrafił na drzewo, które mu ofiarowało na swych gałęziach schronienie. Joe wdrapał się na nie i oczekiwał tam światła dziennego.

Gdy zaświtało, zaczął się przyglądać drzewu, na którem przesiedział i niezwykły widok napełnił go strachem. Gałęzie były pokryte wężami i kameleonami; można było mniemać, że jest to oryginalne drzewo, które zamiast owoców rodzi te osobliwe gady. Przy pierwszych promieniach słońca zaczęły się te płazy ruszać, Joe przy towarzyszeniu syku i świstu szybko zesunął się na dół. Skutkiem tej nocnej przygody postanowił odtąd ostrożniej postępować. Udał się w kierunku północno-wschodnim, omijając chaty, domy, doły i wogóle wszystko, gdzieby mógł natrafić na ludzi.

Często zwracał wzrok w górę, wciąż spodziewał się ujrzeć "Victorię" i chociaż upatrywał balonu przez dzień cały daremnie, nie tracił wiary w Fergussona. Potrzeba było silnej woli, ażeby znieść ze spokojem położenie w jakiem się znajdował. Głód coraz bardziej mu dokuczał, gdyż pokarm, złożony z korzeni i owoców palmy, nie mógł go zaspokoić i dodać sił do marszu 30-milowego, który właśnie odbył na zachód. Noc postanowił przepędzić na brzegu jeziora.

Tu znowu znosił wiele od ukąszeń rozmaitych obrzydliwych owadów; muchy, moskity i t.p. robactwo, formalnie pokrywało ziemię. Po upływie dwóch godzin z resztek ubrania nic nie pozostało, owady wszystko zjadły. Była to straszna noc, podczas której znużony wędrownik ani chwili nie mógł wypocząć.

Nareszcie nastał dzień; Joe szybko powstał i ujrzał ze wstrętem, że łoże jego dzieliła obrzydliwa ropucha, przyglądająca mu się obecnie dużemi, okrągłemi oczyma. Przejął go wstręt nie do opisania, ale otrząsnął się z niego niebawem, zanurzając się w wodzie. Po kąpieli, która go orzeźwiła trochę, puścił się w dalszą drogę. Właściwie nie wiedział już co czynić, ale czuł w sobie jakąś siłę, przezwyciężającą rozpacz.

Głód zaczął mu coraz bardziej dokuczać, dzięki obfitości wody miał przynajmniej czem gasić pragnienie i gdy przypomniał sobie cierpienia na pustyni, uważał się obecnie za szczęśliwego.
- Gdzie może się obecnie znajdować "Victoria" - pytał sam siebie... - Wiatr dmie z północy! Powinni byli wrócić na jezioro. Prawdopodobnie pan Samuel miał robotę koło przywrócenia równowagi, dzień wczorajszy na tem mu zeszedł; dziś więc może...

Ale trzeba działać, jak gdybym go nie miał nigdy już zobaczyć. Jeżeli mi się uda dotrzeć nakoniec do jednego z większych miast nad jeziorem, znajdę się położeniu podróżnych, o których opowiadał nam nasz pan. Dlaczego nie mam tak jak oni się wydostać? Niektórzy z nich powrócili do ojczyzny, czemubym ja...
Dalej więc odważnie!

Podczas gdy Joe prowadził sam ze sobą rozmowę i wciąż dalej się posuwał, ujrzał niedaleko gromadę dzikich. W porę się jeszcze zatrzymał, ażeby nie być przez nich widzianym i spoglądał przez zarośla na ich czynności. Zajmowali się oni truciem strzał za pomocą soków wilczego mleka, główne to zajęcie plemion tych okolic.

Joe obawiał się poruszyć, wstrzymał w sobie oddech i ukrył się w gęstwinie. Nagle spojrzał w górę i ujrzał "Victorię"; tak, to była "Victoria", oddalona od niego zaledwie o 100 stóp.

W obecnej chwili było niemożebnem, aby z balonu go ujrzano, albo usłyszano.
Łza stoczyła mu się z oczu, ale nie rozpaczy, lecz wdzięczności. Pan jego poszukiwał go! Pan jego nie chciał go porzucić! Biedny chłopiec musiał teraz oczekiwać odejścia czarnych, aby módz wyjść z ukrycia i pobiedz na brzeg Tschadu. "Victoria" w tej chwili znikła z horyzontu. Joe postanowił na nią oczekiwać; niewątpliwie znowu powróci. W istocie balon ponownie się ukazał, ale ze strony więcej na wschód. Joe biegł i krzyczał... ale daremnie. Silny wiatr unosił szybko balon.

Po raz pierwszy opuściły nieszczęśliwego energia i nadzieja, uważał się za straconego; nie miał już odwagi rozmyślać nad swem położeniem, nad środkami ocalenia.

Szedł dalej przez dzień cały, a nawet i część nocy, pomimo że nogi jego broczyły we krwi, a ciało okryte było ranami. Oczekiwał chwili, gdy siły jego doszczętnie się wyczerpią i męki zakończą się śmiercią. Noc była ciemna, posuwał się zwolna coraz dalej, gdy nagle uczuł, że grunt zaczyna się chwiać pod nim; były to duże bagna, w które się zanurzył. Pomimo wszelkich usiłowań, zapadał się coraz głębiej.

- Więc to ma być śmierć! - myślał - a przytem co za śmierć!
Z natężeniem wszystkich sił chciał się wydostać, ale wszelkie usiłowania na nic się nie przydały... Zamknął oczy i wołał:
- Mój panie! mój panie! Ratunku! ratunku!...


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

RPA: Wzgórza Kapsztadu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

TransChukotka 2006 Bike Expedition
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl